Wpisy z tagiem: Spotkanie
czwartek, 12 kwietnia 2012
Rafał Kosik / fot. Felicja
Wczoraj (11 kwietnia 2012) odbyło się spotkanie z Rafałem Kosikiem w księgarni Empik w Galerii Bałtyckiej. Byłam bardzo ciekawa, jak spiszą się organizatorzy i trochę się rozczarowałam. Pomijam fakt, że pisarz nie został rozpoznany przez ochroniarza, który zatrzymał go przy pikającej bramce i kazał otworzyć plecak. Ale trudno mi nie napisać o przygotowaniu ogromnej liczby krzeseł dla czytelników. Zgadnijcie ile ich było? Policzyłam z trudem. Aż 13! Miejsc stojących o dziwo też wiele nie było, fani pisarza wyglądali zza półek z książkami, niektórzy usiedli na podłodze. „Dobrze”, że nie przyszły tłumy, bo co wtedy? Jaki sens ściągać pisarza z innego miasta, jeżeli nie liczy się na to, że ktoś będzie chciał się z nim spotkać? Księgarnia może nie jest wymarzonym miejscem na dyskusje, ale wydaje mi się, że przy odrobinie wyobraźni (i wysiłku polegającym na przesunięciu paru półek z książkami) można było tę przestrzeń zaaranżować lepiej. Ponarzekałam, to teraz o szczegółach spotkania. Poprowadziła je dziennikarka Radia Plus Iwona Demska. Na początku osób było nie za wiele, głownie młodzież i dzieci. Stopniowo pojawiali się kolejni zainteresowani. Niestety rozmowa dotyczyła głównie cyklu „Felix, Net i Nika”. Tak jakby książki Kosika pisane dla dorosłych nie istniały. Mimo że leżały na półkach i nawet na koniec pisarz, pokazując jedną z nich, wtrącił informację o tym, że jest autorem nie tylko powieści dla młodzieży. Prowadząca spotkanie jednak zupełnie nie podjęła tego tematu. Pytania zadawała z myślą o młodych czytelnikach, starając się nadać rozmowie trochę dydaktyczny charakter. Rozmowa Iwony Demskiej z pisarzem rozpoczęła się od pytania o ilość napisanych książek, a raczej od stwierdzenia, że jest ich bardzo dużo. Autor powiedział, że jest pracoholikiem (i leniem jednocześnie) i stąd tyle tych powieści. Później dziennikarka pytała o szkołę i czytane lektury, a także początki twórczości. Dowiedziałam się, że pisarz nie znosił czytania lektur, a pisanie wypracowań szło mu bardzo źle. Na maturze zamiast wymaganych czterech stron napisał dwie i pół, ale musiały być dobre, bo zdał. Poezji nie lubi. „Pana Tadeusza” doczytał tylko do drugiej księgi. Tłumaczył się w ten sposób, że ma problem z szefami nad sobą (wytrzymał cztery miesiące na etacie i z hukiem się zwolnił) i w szkole było tak samo. Trzy czwarte lektur było jego zdaniem nieciekawych, więc radził sobie lawirując. Z listy przeczytał np. książki: Prusa, Sienkiewicza i Lema. To właśnie twórczość tego ostatniego zainspirowała go do pisania fantastyki. Swoją przygodę z pisaniem zaczął bardzo wcześnie, już w pierwszej klasie podstawówki. Myślał wtedy, że będzie pisał do szuflady. Pierwsze opowiadanie ukazało się w 2001 roku w „Nowej Fantastyce” i były to „Pokoje przechodnie”. Zanim dziennikarka oddała głos publiczności zapytała jeszcze tylko o pisanie książek dla młodzieży. Rafał Kosik powiedział, że pisze takie książki, jakie sam chciałby czytać i że w Polsce nie ma literatury fantastycznej dla młodzieży poza tą pisana przez niego i Pilipiuka, reszta według niego jest dla dziewczyn. Pytań było sporo (więcej niż przygotowała prowadząca), choć zadawane były dość nieśmiało, jak to w takich przypadkach bywa. Młodzi czytelnicy chcieli się dowiedzieć m. in. czy autor byłby dumny, gdyby któraś z jego książek weszła na stałe do kanonu lektur (odpowiedź brzmiała: tak, ale z drugiej strony wtedy ktoś byłby zmuszony, żeby ją przeczytać), ile zajmuje napisanie jednej książki (napisanie pierwszej – zajęło półtora roku, a obecnie ok. pół roku), czy będzie film na podstawie „Felixa…” (film już jest, czeka na wyznaczenie „bezpiecznej” daty premiery, żeby nie trafić na zbyt silną konkurencję, np. typu „Shrek”), dlaczego nakręcono najpierw część drugą, a nie pierwszą (scenariusze obu napisał Rafał Kosik, ale projekt ekranizacji części pierwszej, która miała być serialem produkowanym przez TVP upadł, mimo że za scenariusz autor dostał nagrodę i pieniądze), czy będą kolejne audiobooki (tak, ale nie jest to priorytetem, wydaje je inne wydawnictwo, na razie ważniejsza jest sprzedaż „Felixa…” na rynek anglojęzyczny). Podczas zadawania pytań przez publiczność Iwona Demska dodawała pytania od siebie, będące rozwinięciem tematów podjętych przez czytelników, np. o pracę nad scenariuszem, efekty specjalne czy obsadę. Najważniejsze z nich, jak pisarz ocenia film. Kosik uważa, że film jest powyżej średniej krajowej. Część poświęcona na dyskusje była bardzo krótka, niecałe pół godziny (kolejny powód, dla którego się zastanawiałam, po co organizowane są przez Empik spotkania, jeżeli mają trwać tak krótko). Prowadząca dwa razy kończyła spotkanie, potem zadawała jeszcze jakieś pytanie albo odzywał się głos z publiczności. Nie wiem, po co podsumowała też charakter autora w niezbyt delikatnych słowach, choć wypowiedzianych bez złych intencji, nazywając go np. krnąbrnym indywidualistą (ja bym go raczej określiła jako inteligentnego, zabawnego, trochę nieśmiałego człowieka, do tego skromnego, ale pewnego swoich umiejętności pisarskich). Widać było, że niektórzy mają niedosyt pytań. Na koniec do autora ustawiła się długa kolejka po autografy.
Rafał Kosik / fot. Felicja
wtorek, 13 marca 2012
Ostatnio przeczytałam tyle książek Andrzeja Pilipiuka (i wciąż jeszcze czytam), że aż dziwne, że jeszcze nie mam dość. Ale to fakt, naprawdę nie mam dość, co więcej bardzo lubię książki tego pisarza (choć nie wszystkie tak samo, o czym niedługo przeczytacie na blogu). Z radością poszłam więc w sobotę (10 marca 2012) na spotkanie autorskie organizowane przez nowo powstałą Bibliotekę Manhattan w Gdańsku. Na początek jednak powinnam ponarzekać na organizatorów spotkania, choć to już niczego nie zmieni. Jednak wspomnę tu o małej ilości krzeseł (większość fanów stała, a przyszło naprawdę bardzo wiele osób, w tym dużo młodzieży), braku powietrza (duszno było niemożliwie, aż dziw, że nikt nie zemdlał) i najgorszym – zamieszaniu, które robiły małe dzieci bawiące się na placu zabaw tuż obok sceny. Naprawdę organizatorzy nie spodziewali się takich tłumów? Wiedząc jaką popularnością wśród miłośników fantastyki cieszy się Pilipiuk i że bardzo trudno go było namówić na przyjazd do Gdańska? I tak ciężko było przynieść dodatkowe krzesła z czytelni i pobliskich bibliotecznych stolików? Nie mówiąc o wyproszeniu dzieci w inny kąt biblioteki? To wszystko jednak pewnie Was nie interesuje, a ja długo jeszcze mogłabym pisać o swoich wrażeniach na temat nowo otwartej, najnowocześniejszej na Pomorzu „mediateki”. Więc szybko przechodzę do głównego tematu – czyli samego spotkania z autorem. Było rewelacyjne i naprawdę warto było pójść! Jeżeli kiedyś będziecie mieli okazję, nie wahajcie się, Andrzej Pilipiuk jest świetnym gawędziarzem, opowiada niesamowicie zabawne anegdoty, odgrywa scenki ze swojego życia, cytuje dialogi z książek, zdradza tajemnice niewydanych jeszcze opowiadań i powieści. Żałuje tylko jednego, że mogłam go słuchać tak krótko. Dziesięć pytań prowadzącego, dziennikarza „Gazety Wyborczej”, Przemka Guldy (któremu dwa razy trochę się dostało od pisarza za miejsce pracy) i 12 pytań czytelników, owacja na stojąco, potem rozdawanie autografów, i koniec. Pierwsze pytanie dotyczyło braku czasu na promowanie książek i przyjazd do Gdańska wcześniej. Pisarz tłumaczył się obowiązkami rodzinnymi (żartował, że pracował nad powiększeniem rodziny), odległością (wyprawa z Krakowa do Gdańska zajmuje mu 2 dni), ale jednak uległ presji: „Męczyli, męczyli, to trzeba było przyjechać”. Drugie pytanie tyczyło już literatury, a dokładniej ilości napisanych książek i szalonego tempa pisania. Pilipiuk znowu odpowiedział żartem, że najpierw sprawdza stan konta, a potem bierze się do pisania. Bardziej na poważnie tłumaczył, że „Ile się włoży, tyle się wyjmie” i że „Trzeba swoje zrobić”. Dodał też, że z tym jego tempem pisania, to trochę mit, który on stara się podtrzymywać, jak może. A tak naprawdę, to wychodzi mu średnio jakieś 3 strony dziennie, raz napisze 10-15 stron, a czasami tylko szlifuje napisany tekst. Opowiadał też, w jaki sposób pisze, jak siada i gdzie, nawet pokazywał, którymi palcami stuka w klawiaturę. Niedługo na moim blogu recenzje „Kuzynek” i „2586 kroków”. I kto wie, jeżeli się zmuszę, to i „Drogi do Nidaros” (w końcu zostało mi tylko 200 stron). A pomiędzy będzie jedna książka napisana nie przez Pilipiuka i nie należąca do gatunku fantastyki.
środa, 08 lutego 2012
Andrzej Mestwin / fot. Felicja
Pewnie większość z Was zastanawia się, kim jest Andrzej Mestwin? Po przeczytaniu tego tekstu mam nadzieję, że każdy zapamięta, że to utalentowany poeta. 7. lutego 2012 roku w bibliotece w Gdańsku (Filia Gdańska Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej, przy ul. Mariackiej 42/43) odbyła się promocja jego dwóch debiutanckich książek: „Być może Coś innego” i „Elegie Gdańskie”. Przed spotkaniem niewiele można było wyczytać o autorze w Internecie. Znalazłam jedynie krótką notatkę biograficzną i jedną recenzję z fragmentami wierszy. To jednak wystarczyło, żeby mnie zachęcić do udziału. Zdziwiłam się bardzo, bo przybyło bardzo wiele osób, organizatorzy musieli dostawiać dodatkowe krzesła, a i tak część osób siedziała na schodach. Wśród zaproszonych byli znajomi i rodzina pisarza, ale również sporo znanych osób. Publiczność przywitał pisarz Aleksander Jurewicz, wiersze czytał aktor Jarosław Tyrański, a wywiad poprowadził przyjaciel poety Dariusz Wołodźko. Na początku Aleksander Jurewicz odczytał wiersz Wisławy Szymborskiej „Nagrobek” w hołdzie zmarłej noblistce. Następnie powiedział, że „poeci odchodzą, przychodzą następni” i z humorem przedstawił bohatera wieczoru – Andrzeja Mestwina – „to ten brodaty, który dość długo był maglowany, żeby coś wydał” i plan wieczoru:
Wiersze Mestwina w interpretacji Tyrańskiego naprawdę zrobiły na mnie wrażenie. Aktor przeczytał ok. 16 utworów, czyli połowę tomiku. To wrażenie byłoby pewnie jeszcze większe, gdyby nie przerwy w czytaniu spowodowane przez spóźnionych fanów poezji, którzy co chwila wchodzili i niewyłączone telefony komórkowe, które często dawały o sobie znać. Jako pierwszy przeczytany został utwór „Wiara” (jest on również pierwszym utworem w tomiku):
Po części „recytacyjnej” nastąpiła równie ważna część „dialogowa”. Szczególnie nowi czytelnicy mogli się dowiedzieć podstawowych informacji o autorze i poznać go trochę bliżej. Pierwsze pytanie Dariusza Wołodźko dotyczyło terminu debiutu książkowego (ponad 20 lat po wydrukowaniu pierwszego wiersza w prasie – w 1990 roku na łamach „Gwiazdy morza”). „Dlaczego musieliśmy tak długo czekać?” – zapytał. „Nie byłem gotowy” – odpowiedział krótko i prosto Andrzej Mestwin i wymienił kilka faktów z historii swoich publikacji i udziału w konkursach literackich. Trzy lata temu rozpoczął szukanie nowego języka i zaczął pisanie na nowo. Drugie pytanie brzmiało: „Skąd tytuł Być może Coś nowego?” Autor długo odpowiadał na to pytanie. Przyznał, że napisał ok. 300-400 wierszy, większość w ciągu dwóch, trzech lat. ”Jakbym przez całe życie to w sobie tłumił” – tłumaczył przypływ weny. Jednak z tytułu nie jest zadowolony. Ma on pokazywać, że jest to inna propozycja poezji niż większość tomików poetów, którzy teraz piszą (technicznie dobrych, ale piszących o niczym). Chciał napisać takie wiersze, które będą związane z konkretną tematyką, która jest w nim i która go obchodzi. Interesują go trzy tematy: religia, kwestia Boga (nie wyśmiewanie się, nie żarliwość w modlitwie, raczej modlitwa sceptyczna), śmierć (zagłada, Holocaust, historia, Rwanda, Kambodża), tematy społeczne (bycie w społeczeństwie, poezja zaangażowana). Tytuł zbioru ma sugerować, że treść nie będzie tylko grą z czytelnikiem i mówieniem o sobie. Autor wspomniał, że był kiedyś pytany, dlaczego pisze modernistycznie i odpowiedział wtedy, że chce, żeby jego utwory miały powierzchnię i głębię, przesłanie i temat. Niespodziewanie w słowo autorowi wszedł Aleksander Jurewicz, który wyraził swoje zdanie na temat tego, co jest najważniejsze w twórczości Mestwina (odcięcie się od twórczości ojca). Między zaprzyjaźnionymi pisarzami doszło do dość ostrej wymiany zdań, co powtarzało się potem jeszcze kilkakrotnie. Kolejne pytania Dariusza Wołodźko dotyczyło budowy debiutanckiego tomiku i jego podziału na trzy części. „Dlaczego akurat trzy?” – zapytał. „Trójka jest dobrą liczbą, magiczną.” – odpowiedział poeta. Zapytany, jak wybierał wiersze, odparł, że oczywiście wybrał te najciekawsze, najlepsze, ale do tego musiały być jednorodne. Odrzucił np. wiersze o ojcu, te będące dyskusją z Grochowiakiem, a także nawiązujące do mitologii. Następne zagadnienie, które zostało poruszone przez pytającego, to tytuły poszczególnych części („Może i wiara”, „Być gdzieś obok”, „Pod koniec”). Pytanie: „Skąd nazwy?”, odpowiedź: „Jest to pewna sugestia tematów”. W tym miejscu ponownie wtrącił się Aleksander Jurewicz protestując przeciwko takiej tematyce w poezji i mieszaniu jej z publicystyką. Jego zdaniem poezja powinna być rozmową z nieobecnym, nieznajomym. Poety bronił m. in. Dariusz Wołodźko twierdząc, że pierwsza część tomiku jest najlepsza, a pozostałe bardzo dobre. Do dyskusji głośnymi komentarzami włączały się osoby z publiczności. Atmosfera zrobiła się gorąca. Rozmowa zeszła na tematy bezpośrednio niezwiązane z poezją (np. padło nazwisko ojca Rydzyka). Całe szczęście szybko Dariusz Wołodźko przeszedł do kolejnych pytań, tym razem o Boga i wiarę. Zapytał: „Czy Bóg powinien być socjalistą?”. Autor odpowiedział: „Bóg jest socjalistą, jest sprawiedliwy.” Kolejne pytanie: „Czy Bóg jest potrzebny?”. Andrzej Mestwin odpowiedział, że Bóg jest mu potrzebny, nie tylko do pisania wierszy: „Ja się modlę pisząc. Ale to nie ma być modlitwa na kolanach.” Następnie Wołodźko pytał o konkretne wiersze: „Ponownie ocalony” i „Obok”, prosił o ich interpretację. Fragment „królestwo z tego świata / nie bardzo do mnie pasuje” Mestwin przetłumaczył „to, co tu się dzieje nie jest do końca ważne". A drugi wiersz uznany przez przyjaciela za swój manifest rozwinął w ten sposób: „Jestem po środku. Jednocześnie wierzę i wątpię. Chcę jednocześnie wierzyć i wątpić.” W tym momencie „na scenę” znowu wkroczył Jurewicz zadając pytanie: „Kiedy jest nam potrzebny Pan Bóg?” i dzieląc się z publicznością swoimi przemyśleniami na ten temat. Miałam wrażenie, że te „wtrącenia” są nie na miejscu, bohaterem spotkania miał być przecież Andrzej Mestwin. Jednak autor mniej lub bardziej cierpliwie odpowiadał „Olkowi” (jak zwracał się do kolegi po piórze). Te odpowiedzi były bardzo ciekawe i pomimo wszystko dużo wniosły do dyskusji. Na powyższe pytanie odpowiedział, że Bóg, to „część mnie” i że „Można wierzyć wątpiąc i wątpiąc grzeszyć.” Przy okazji tematu Boga między pisarzami po raz kolejny doszło do spięcia w kwestii ojca Andrzeja Mestwina. Autor wytłumaczył zgromadzonym, że „Mestwin”, to nie jest jego nazwisko, ale drugie imię (nadane na cześć średniowiecznego gdańskiego księcia). Naprawdę poeta ma na nazwisko Fac, ale jego ojciec, również pisarz (Boleslaw Fac, 1929 – 2000) życzył sobie, by syn nie używał nazwiska, ale sam zapracował na swój sukces, na swoich przyjaciół i wrogów. Ostatnie pytania Dariusza Wołodźko dotyczyły drugiej z debiutanckich książek – „Elegii Gdańskich”. Pytanie: „Skąd pomysł na „Elegie Gdańskie?”. Odpowiedź: „Jest to hołd miastu i ludziom, którzy pisali o Gdańsku i żyli tu.” Andrzej Mestwin dodał też, że nazywa tę książkę poematem dygresyjnym, bo nie ma w niej subtelnego liryzmu tak, jak w tomiku wierszy „Być może Coś więcej”, to raczej proza. Wołodźko dopytał, czy autorowi chodziło też o wpisanie własnej mitologii rodzinnej w historię miasta. Pisarz odparł, że tak. Utwory tworzą kolaż nazwisk i miejsc, chronologicznie, od założenia miasta do dziś. Po tym wprowadzeniu w tematykę „Elegii Gdańskich” Andrzej Mestwin sam, mimo chrypki, przeczytał kilka utworów. Następnie okazało się, że jest to nie tylko jego debiut jako autora, ale również jako współwydawcy. Razem ze swoją „ukochaną”, poetką, Ewą Miłek założył wydawnictwo Oficyna Wydawnicza Tysiąclecia, w którym wydają nie tylko swoje wiersze, ale pracują już nad wydaniem poezji kolejnych autorów, m. in. Barbary Piórkowskiej (21. lutego 2012 o godz. 18 odbędzie się promocja jej tomiku „International” w tym samym miejscu, co spotkanie z Andrzejem Mestwinem). Czekają na kolejnych twórców (najlepiej „z gotówką”). Pytań czytelników było niewiele, głównie dziękowali za piękne i wzruszające wiersze. Jedno ważne pytanie o „trud tworzenia”: „Niektóre utwory były prezentowane dwa lata wcześniej, co się w nich zmieniło od tego czasu?”. Autor odpowiedział, że było za dużo elementów lirycznych w „Elegiach Gdańskich” i że nadal ich jest za dużo, mimo że redagował je, wycinał fragmenty i zmieniał. Nie jest z nich do końca zadowolony, z tomiku wierszy jest natomiast „w miarę” zadowolony. Na koniec Dariusz Wołodźko zapytał, czy będzie drugi tomik. Poeta odpowiedział, że na pewno nie w tym roku. I na tym skończyła się cześć oficjalna. Po niej można było nabyć książki Andrzeja Mestwina i poprosić o autograf, co oczywiście zrobiłam. Czytelnicy zostali też poczęstowanie lampką czerwonego wina. http://ibedeker.pl/osobowosci/andrzej-mestwin-w-filii-gdanskiej-2/
sobota, 28 stycznia 2012
Zygmunt Miłoszewski / fot. Felicja
Wahałam się, czy iść. Dobrze, że poszłam. Powieść „Uwikłanie” wzbudziła we mnie mieszane uczucia, ale jej autor – Zygmunt Miłoszewski okazał się inteligentnym, zabawnym i sympatycznym człowiekiem. 26 stycznia 2012 roku w bibliotece w Gdańsku mogłam poznać bliżej jego poglądy na literaturę, sztukę i media. Zrobiłam bardzo dużo notatek, prawie jak na studiach. Spotkanie z pisarzem odbyło się w czytelni. Spodziewałam się tłumów, było raczej kameralnie (może 30-40 osób). Zygmunt Miłoszewski pojawił się na miejscu dużo wcześniej niż większość czytelników. Można było obserwować jego rozmowy z paniami bibliotekarkami prowadzone na zapleczu przy uchylonych drzwiach. Wyglądał trochę inaczej niż się spodziewałam, czy widziałam wcześniej na zdjęciach. Wysoki, szczupły, młody (wciąż ma w sobie coś z chłopca), uśmiechnięty, trochę nieśmiały. Już na samym początku, zaraz po przywitaniu się, poprosił o zadawanie pytań, włączanie się w dyskusję. Rozmowę poprowadziła dobrze przygotowana pani, która zadawała wcześniej starannie przygotowane pytania (choć zadawała je może zbyt rozwlekle). Miłoszewski przez cały czas miał dobry kontakt z publicznością, żartował, gestykulował, nawiązywał kontakt wzrokowy. Pierwsze pytanie dotyczyło powieści „Ziarno prawdy” i przyczyn przeprowadzki jej głównego bohatera, Teodora Szackiego, z Warszawy do Sandomierza. Pisarz uzasadniał ją potrzebą zmian („Nikt z nas nie je codziennie kotleta schabowego”). Według niego serie kryminałów miejskich idą po najmniejszej linii oporu. Dla dobra czytelników i własnego chciał jak najwięcej w trylogii o Szackim pozmieniać. Nowe miejsce, to nowi bohaterowie, szefowie, koledzy z pracy. Wszystko nowe, poza prokuratorem, który też się jednak zmienia wewnętrznie. Drugie pytanie było podobne – co pogna Szackiego w kolejnej części, trzeciej już (i jak zaznaczył twórca – ostatniej), do Olsztyna. Odpowiedź, która padła żartem to – „Wola autora”. Później rozwinął ją o przyczyny prywatne, Szacki „namieszał tak w Sandomierzu, że musiał się wynieść”. Jednak autor zdawał sobie sprawę, że wszyscy będą się dopatrywali tu wątków autobiograficznych (Miłoszewski mieszka obecnie w Olsztynie z żoną, w Sandomierzu jest persona non grata). Przy okazji odpowiedzi na to pytanie można się było dowiedzieć, co pisarz sądzi o życiu w wielkim i małym mieście („Każdy obywatel metropolii jest skazany na bezdomność”, „Przyjezdny nie stanie się pełnoprawnym członkiem społeczeństwa małego miasteczka”). Ta część jego wywodów o poszukiwaniu własnej tożsamości i korzeni była bardzo ciekawa. Kolejne pytanie rozwijało ten wątek. Pani prowadząca spotkanie zapytała, co jest ciekawego w Sandomierzu dla literata. Miłoszewski określił je jako jedno z najpiękniejszych miast w Polsce, choć z wyglądu „niepolskie” (przepraszał za taki komplement). Według niego Sandomierz ma kilka wymiarów: jest Sandomierz powiatowy, śliczny, ale też Sandomierz niesłuszny, niepewny, pełen różnych starych mniejszych i większych tajemnic. Z uśmiechem dodał, że to miasto „ojca Mateusza”, czyli miejsce nieprzeliczonych morderstw. Opowiadał też trochę o wątkach polsko-żydowskich, pogromach Żydów w Sandomierzu. Powiedział, że w XVIII wieku to miasto było stolicą polskiego antysemityzmu. Następnie pisarz został zapytany o temat manipulacji, czy będzie do niego wracał. Odpowiedział: „Literatura to jest manipulacja. Gra z czytelnikiem w kotka i myszkę”. Przy tym pytaniu chyba nie do końca był zadowolony ze swojej odpowiedzi, bo jeszcze dwukrotnie nawiązywał do tego wątku, opowiadając o swoich doświadczeniach pracy w mediach (m. in. był felietonistą Newsweeka). Mówił o tym, że łatwo manipulować mediami, że nie trzeba niczego wielkiego, żeby wzniecić histerię w mediach. Trochę starał się przerazić swoją wizją prasy i telewizji – „Nie macie Państwo pojęcia. To, co sobie wyobrażacie, pomnóżcie razy trzy.”, „Media nie opierają się na prawdzie, lecz na tezach, które same wymyślają.”, „Jeśli fakty nie pasują do tezy, to gorzej dla faktów.” Najbardziej zaskakująca jednak była odpowiedź na następne pytanie – czy najbardziej w pisaniu interesują go relacje między ludźmi. Miłoszewski odpowiedział, że nie. Są potrzebne w powieści, ale nie są celem. Dla niego liczy się jedynie efekt, czytelnik ma być zaciekawiony fabułą i zastanawiać się, co będzie na następnej stronie. Wydaje mi się to dość kontrowersyjne podejście, jak na pisarza (nawet jak na twórcę kryminałów). Potem pytania były już mniej ciekawe. O czas powieściowy, czy mają znaczenie informacje o tym, co działo się danego dnia w kraju umieszczone przed rozdziałami. Miłoszewski odpowiedział, że chciał, żeby powieść była jak najbardziej realistyczna, przedstawiała prawdziwy świat, żeby łatwiej było uwierzyć, że to wszystko działo się naprawdę. Zapytany o horror, czy lubi ten gatunek, odparł, że miał wrażenie, że się za bardzo wzoruje na Kingu i uważa przygodę z powieścią grozy za zamkniętą. Przy pytaniu o powieść przygodową zażartował, że wywiady powinny mieć terminy przydatności do spożycia, bo często mu przytacza się jego własne słowa, które już są nieaktualne. Dodał też, że czuje się zmęczony tematyką kryminalną, mroczną (czuje się jak przybudówka do TVN24), bo to nie jest życie. Na pytanie, jaki typ mordercy najbardziej go interesuje, zaskoczył stwierdzeniem, że nie lubi seryjnych morderców („Najnudniejszy morderca, to seryjny morderca.”). Jego zdaniem taki typ zbrodniarza zwalnia autora z szukania motywacji dla popełnionych zbrodni („Fajnie, jak morderca ma motywację.”). Pisarz uważa, że morderca powinien być zwykłym człowiekiem. Jak widać pytania w drugiej części wywiadu nie bardzo się z sobą łączyły. Prowadząca zapytała jeszcze, dlaczego głównym bohaterem powieści Miłoszewskiego jest prokurator. Odpowiedź: pomysł powstał z poszukiwania jakiejś nowej jakości dla czytelnika. Ostatnie pytanie dotyczyło hobby pisarza – gier komputerowych. Odpowiedź była bardzo ciekawa. „Interesuje mnie fikcja w każdej postaci. Nie słucham muzyki. Muzyka mnie nudzi. Interesuje mnie tylko sztuka, która jest sztuką narracyjną. Gry zmieniają się. To przyszłość opowiadania historii.” Dodał do tego jeszcze, że dziś seriale telewizyjne są ciekawsze niż kino. Niestety na sam koniec pani, która prowadziła spotkanie zadała pytanie dodatkowe, uzupełniające, odwołując się do tego, co wcześniej powiedział pisarz, zapytała, czym zajmuje się zawodowo, skoro już nie jest felietonistą Newsweeka. Jak można się pytać znanego pisarza, czym zajmuje się zawodowo? Trochę mi się zrobiło wstyd za tą panią. I przykro, że Miłoszewski musiał odpowiedzieć, że zawodowo pisze książki i flirtuje z przemysłem filmowym i telewizyjnym. Wydało mi się oczywiste, że zarabia na swoich książkach tyle, że nie musi już dorabiać niczym więcej. Po części oficjalnej, pytania mogli zadawać czytelnicy. Były one bardzo urozmaicone (przytoczę tylko kilka). Nie wszyscy czytali powieści Miłoszewskiego, więc niektóre były bardzo ogólne. Np. o początki pisania, wskazówki dla początkujących pisarzy, o sposób pisania. Odpowiedzi: „Zostałem pisarzem, dlatego że nie chciałem chodzić do biura”, „Nie wierzę, że można się nauczyć pisania na kursach, jedynie przez czytanie dobrej literatury”, „Coś takiego jak wena nie istnieje”. Mnie szczególnie zainteresowały dwa pytania. O postać Teodora Szackiego, czy jego zmiana w drugiej powieści jest wiarygodna. Miłoszewski odpowiedział, że tak, że często wokół siebie obserwuje taki schemat, że mężczyzna opuszcza żonę dla młodszej kobiety. Przy okazji określił swojego bohatera jako niezbyt sympatycznego i niezbyt kryształowego w sferze prywatnej. Drugie pytanie, które mnie zainteresowało dotyczyło ekranizacji „Uwikłania” (dla mnie film jest tak nudny, że nie sposób go oglądać). Miłoszewski szczerze przyznał, że film mu się nie podobał, ale też nie miał na niego żadnego wpływu. Podpisał złe umowy. Nie ma pretensji o zmianę płci prokuratora, czy o zmianę miejsca z Warszawy na Kraków, ale o zmianę fabuły na taką, która nie ma sensu, o to, że film jest niechlujny. Według niego jedyne, co się udało, to wyeksponowanie wątku IPN-u. Spotkanie trwało około dwóch godzin. Niektóre z poglądów autora były dość kontrowersyjne (np. te tyczące niewiarygodności i upolitycznienia mediów, manipulacji odbiorcami), ale on sam wydaje mi się teraz bardzo barwną postacią, człowiekiem, który nie boi się mówić, co myśli i narażać się władzom powiatowym, czy medialnym. Cieszę się, że mogłam go choć trochę poznać. Jestem też ciekawa, w jakim kierunku pójdzie jego twórczość. Wydaje mi się, że on wciąż się zmienia i ona się będzie zmieniała razem z nim.
|
Archiwum
Zakładki:
Moje blogi
Polecane książki:
Klasyka:
Kryminały:
Fantastyka/SF:
Horror/Thriller:
Poezja:
Dla młodzieży:
Dla dzieci:
Czytadła:
Zaproszenie :-)
Akcja - opowiadanie:
Szablon:
Tagi
Facebook - profil
Skrzynka pocztowa
Ostatnio przeczytane:
Jane Austen Arthur Conan Doyle Danuta Wałęsa Andrzej Pilipiuk Suzanne Collins Ursula Le Guin Jarosław Grzędowicz Andrzej Pilipiuk Jarosław Grzędowicz Siergiej Łukjanienko Antonina Kostrzewa Maciej Bennewicz Andrzej Pilipiuk Andrzej Pilipiuk Tove Jansson Małgorzata Warda Andrzej Mestwin |