blog o książkach, które niedawno czytałam i polecam innym przeczytać

Wpisy z tagiem: Alcott

wtorek, 22 listopada 2011

 

Małe kobietki, cz.2, Louisa May Alcott

Wydawnictwo: TENTEN, 1992

 

Oczywiście po części pierwszej Małych kobietek musiałam sięgnąć po część drugą (pierwsze wydanie - 1869). Miałam obawy, że będzie gorsza, a okazała się jeszcze lepsza. I do tego troszkę inna. Bohaterki powieści są trzy lata starsze i w ich życiu pojawiają się zupełnie nowe dylematy i wyzwania.

Autorka na początku powieści, w rozdziale pt. Plotki, uprzedza, co będzie tematem powieści:

 

„Zanim znów podejmiemy nasza opowieść i spokojnie udamy się na ślub Meg, powinniśmy najpierw poplotkować nieco o rodzinie Marchów. Na wypadek gdyby któryś ze starszych czytelników uważał, że w historii tej zbyt wiele mówi się o „miłości” (nie sądzę, by młodsi czytelnicy mieli podobne zastrzeżenia), mogę tylko powtórzyć słowa pani March: – Czegóż innego można się spodziewać, kiedy w domu są cztery wesołe dziewczęta, a nie opodal pełen werwy, młody sąsiad?”

 

Książka rozpoczyna się krótką informacją o tym, co działo się z rodziną Marchów i ich przyjaciółmi przez ostatnie trzy lata. Dowiadujemy się trochę o ojcu dziewcząt, ale będzie on marginalną postacią w tej powieści. Najważniejsze znowu będą: Meg, Jo, Amy i Beth. Każdej z nich poświęcone będą osobne rozdziały, bo ich drogi powoli zaczną się rozchodzić.

Właśnie taka kompozycja powieści jest jej siłą. Cztery bohaterki, siostry, ale cztery różne historie. Problemy i radości przeplatające się nieustannie w ich młodym życiu. Do tego duża dawka humoru, zabawne sytuacje wywołujące uśmiech i skłaniające jednocześnie do refleksji. Wspaniałe portrety psychologiczne bohaterek (szczególnie Jo, roztrzepanej, zabawnej i buntowniczej dziewczyny o złotym sercu i wielkiej wyobraźni).

Zastanawiałam się, jak Alcott poradzi sobie z ułożeniem dalszych losów swoich prawie „idealnych” bohaterek. Otóż po mistrzowsku udało jej się pokazać, jak złożona jest ludzka natura.

Czytamy, jak młoda, kochająca żona, Meg zamienia się w rozhisteryzowaną, samolubną jędzę z powodu nieudanych konfitur porzeczkowych (jedna z najlepszych scen jakie czytałam, niezapomniany obrazek). Jak jej równie kochający mąż – John pod wpływem humorów żony zajętej wyłącznie pielęgnacją ich dziecka, oddala się od rodzinnego gniazdka i coraz częściej wybiera towarzystwo wesołych sąsiadów. „Idealna” małżeńska sielanka powoli zamienia się w puste życie obok siebie.

Z kolei przyjaźń Lauriego i Jo przechodzi ciężką próbę, gdy chłopak wyznaje jej swoją miłość. Bliscy sobie ludzie ranią się wzajemnie i muszą rozstać. Jo niegotowa na życie we dwoje postanawia zrealizować swoje marzenia o pisaniu. Laurie musi odnaleźć sens życia, które wcześniej było dla niego jedynie przyjemną zabawą, a teraz mimo otwartych różnych dróg staje się nie do zniesienia. Bogaty, inteligentny, przystojny szuka celu poznając Europę.

Beth zmaga się ze świadomością śmiertelnej choroby, o której początkowo nie chce powiedzieć najbliższym, by ich nie martwić. Cicha i samotna walczy z ciężarem ponad jej siły.

Za to do Amy szczęście się uśmiecha, spełniając jedno z jej marzeń – podróż za ocean do kilku europejskich miast. Szuka tam natchnienia i chce doskonalić swój kunszt malarski, ale odkrywa ze smutkiem, że nigdy nie będzie prawdziwą artystką.

Alcott nie wybrała dla swoich bohaterek łatwego losu. Wchodzenie w dorosłość będzie dla nich bolesne. Choć dzięki miłości rodziny, mądrym wskazówkom rodziców wyjdą z wielu różnych prób zwycięsko. Na końcu będą mogły podziękować matce za wspaniale wychowanie i cieszyć się owocami swojej pracy:

 

„– Tak, Jo, myślę, że twoje zbiory będą udane – zaczęła pani March, odpędzając wielkiego czarnego świerszcza, który przestraszył Teddy’ego.

– Nawet w połowie nie tak udane jak twoje zbiory, mamo. To przecież w dużej mierze dzięki tobie wszystkie jesteśmy dziś szczęśliwe – zawołała Jo z pełną miłości porywczością, z której nigdy nie wyrosła.”

 

Zdecydowanie warto przeczytać tę książkę. Po to, żeby się przy niej wzruszyć, uśmiechnąć, zadumać. Po to by przeżyć wspaniałą historię ze szczęśliwym zakończeniem.

Ocena: 5+/6

 

piątek, 28 października 2011

 

Małe kobietki, Luisa May Alcott

Wydawnictwo: Muza SA, 1999

 

Mam zdecydowaną słabość do dziewiętnastowiecznych powieści. Po klasyce literatury angielskiej (Shirley Charlotte Bronte) sięgnęłam po klasykę prozy amerykańskiej – czyli Małe kobietki Luisy May Alcott (pierwsze wydanie - 1868). I się nie zawiodłam. Choć powieść została napisana specjalnie dla dziewcząt i u mnie w bibliotece właśnie w dziale z literaturą młodzieżową leży (do tego bogato ilustrowana i opatrzona komentarzami historycznymi i biograficznymi), myślę, że spodoba się i starszym czytelniczkom. A może nawet czytelnikom? Szczególnie młodym tatusiom, którzy chcieliby się dowiedzieć, jak najlepiej wychowywać swoje małe dziewczynki.

Jest to w pewnym sensie powieść dydaktyczna, typowa historia z morałem. A jednocześnie przekonuje realizmem i świetnymi portretami bohaterów. Akcja toczy się w czasie wojny secesyjnej. Głównymi postaciami są cztery siostry March: Meg, Jo, Beth i Amy, które próbują sobie wspólnie z matką radzić z biedą i innymi kłopotami pod nieobecność ojca – wojskowego kapelana. Zajęte pracą, nauką i domowymi obowiązkami, znajdują też czas na zabawę, a może, co jeszcze ważniejsze, na doskonalenie swoich charakterów. Wychowywane są w bardzo religijnym i patriotycznym duchu. Choć początkowo zdają się chodzącymi ideałami, takim wzorem do naśladowania dla młodych dziewcząt, to jednak szybko pojawiają się rysy na ich charakterach. Trudne sytuacje przed jakimi stają, poddają próbie ich dobre wychowanie. Zmagają się z napadami złości, próżnością, egoizmem, lenistwem, zazdrością Jednak łączy je wielka miłość, która dodaje im sił w najtrudniejszych momentach życia.

Alcott wspaniale potrafiła opisać dziewczyny dobre, inteligentne, kochające, ale nie płaskie i nudne. Ciekawa jestem, jak podobałaby się ta książka współczesnej młodzieży. Co powiedzieliby o niej uczniowie klasy piątej czy szóstej? Szkoda, że już nie będę miała okazji ich o to zapytać. Na pewno jest to lektura wartościowa i dobrze byłoby wprowadzić ją do szkół. Świetnie by się też nadawała na prezent gwiazdkowy dla jakiejś „młodej kobietki”, ponieważ rozpoczyna i kończy się w okresie Świąt Bożego Narodzenia, a do tego jest to historia podnosząca na duchu, optymistyczna, choć nie bez smutnych akcentów. Oto pierwsze zdania powieści:

 

„– Święta Bożego Narodzenia bez prezentów to nie święta – mruczała Jo, leżąc na dywanie.

– To takie okropne być biednym! – westchnęła Meg, spoglądając na swą starą sukienkę.

– Uważam, że to niesprawiedliwe, aby jedne dziewczynki miały dużo ładnych rzeczy, a inne nie miały nic a nic – dodała mała Amy obrażonym głosem.

– Mamy ojca i matkę, i siebie nawzajem – odezwała się ze swojego kącika Beth, zupełnie zadowolonym tonem.

Cztery młode twarze, na które padał blask ognia z  kominka, rozjaśniły się na te pogodne słowa, po czym znów spochmurniały i Jo powiedziała ze smutkiem:

– Nie mamy ojca i jeszcze długo nie będziemy go miały.

Nie powiedziała „może już nigdy”, ale każda dodała to sobie z osobna po cichu, myśląc o ojcu, który był gdzieś daleko, tam, gdzie toczyły się walki.”

 

Fabuła została oparta na wspomnieniach pisarki z dzieciństwa. Każda z bohaterek miała swój rzeczywisty odpowiednik w siostrach Alcott. Tylko, że życie okazało się dla nich smutniejsze niż powieść. Elizabeth Alcott (w książce nazwana Beth) tak naprawdę w wieku 23 lat zachorowała i zmarła na szkarlatynę, May Alcott (Amy) zmarła młodo podczas edukacyjnej podróży po Europie finansowanej przez starsza siostrę pisarkę, Anna Alcott (Meg) wcześnie owdowiała i wychowywała z siostrą dwójkę dzieci, a sama pisarka – Luisa May Alcott (Jo) nigdy nie wyszła za mąż i nie miała dzieci, za to jej książka Małe kobietki, napisana w wieku 36 lat od razu po wydaniu w 1868 osiągnęła olbrzymi sukces.

Pewnie dlatego książka jest taka dobra, zawiera w sobie opis prawdziwych postaci i ich życia. Alcott trochę idealizuje cudowny czas dzieciństwa, ale jej postacie do dziś nie straciły swojego uroku. Razem z nimi możemy zatopić się w szczęśliwy świat pełen nadziei i rodzinnego wsparcia, poświęcenia i miłości. A momentami może też najdzie nas refleksja podobna do tej, która mnie osobiście bardzo poruszyła, że:

 

„– Radość nadeszła tym razem tuż po smutkach i sądzę, że zapoczątkowała zmiany – powiedziała pani March. – W wielu rodzinach zdarza się od czasu do czasu rok pełen ciężkich przeżyć. Ten rok był właśnie taki dla nas, ale kończy się, mimo wszystko, dobrze.”

 

Małe kobietki skłaniają do przemyśleń na temat rodziny, wychowania dzieci, szczęścia i nieszczęścia. Jak sobie radzić w obliczu choroby najbliższej osoby? Jak przetrwać czas wojny, biedy, samotności i tęsknoty? Szczególnie ciekawa jest postać matki, która zachowuje pogodę ducha i rozsądek, zajmuje miejsce głowy rodziny i stara się wychować swoje dziewczynki najlepiej jak potrafi, wiedząc, że to głownie z niej biorą one przykład zachowania. Niestety miłość nie jest wystarczającym parasolem przed smutkiem i innymi trudnościami życia. W świetle historii sióstr Alcott trochę dwuznacznie brzmi ostatnia rozmowa Jo i Lauriego, bo zamiast niczym niezmąconego szczęścia słychać w niej echo przyszłych nieszczęść:

 

„– To prawda. Czy nie chciałabyś móc zajrzeć w przyszłość i zobaczyć, gdzie wtedy wszyscy będziemy? Ja tak – odparł Laurie.

– A ja raczej nie, bo mogłabym zobaczyć coś smutnego, a teraz wszyscy wyglądają na tak szczęśliwych, że nie sądzę, żeby mogło im być o wiele lepiej. – I wzrok Jo powędrował powoli dookoła pokoju, a oczy rozjaśniały się w miarę patrzenia, gdyż widok był rzeczywiście przyjemny.”

 

Alcott napisała dalsze losy Małych kobietekDobre żony (znane u nas jako –  Małe kobietki  cz. 2). Zdecydowanie zamierzam po nie sięgnąć, żeby się przekonać jaką przyszłość przeznaczyła swoim bohaterkom. Chętnie bym również obejrzała świetny film z 1994 nakręcony na podstawie książki w reżyserii Gillian Armstrong i w doborowej obsadzie (Jo – Winona Ryder, Amy – Kirsten Dunst, Beth – Claire Danes, matka dziewczynek – Susan Sarandon), który już kiedyś widziałam obiecując sobie sięgnięcie do źródła. Bardzo polecam.

Ocena: 5/6

 

Zakładki:
Moje blogi
Polecane książki:
Klasyka:
Kryminały:
Fantastyka/SF:
Horror/Thriller:
Poezja:
Dla młodzieży:
Dla dzieci:
Czytadła:
Zaproszenie :-)
Akcja - opowiadanie:
Szablon:

Facebook - profil


Skrzynka pocztowa

Napisz e-mail