blog o książkach, które niedawno czytałam i polecam innym przeczytać

Wpisy z tagiem: książka

sobota, 19 maja 2012

 

Jane Austen, Rozważna i romantyczna

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 1996

 

To było moje drugie spotkanie z książką Jane Austen pt. „Rozważna i romantyczna”. Po raz pierwszy czytałam ją pewnie z dziesięć lat temu zachęcona wspaniałą ekranizacją z 1995 roku z Emmą Thompson i Kate Winslet w rolach głównych. Rzadko sięgam po powieści po raz drugi i obawiałam się, czy ponowna lektura mnie nie znudzi. Okazało się, że nie! Mimo że dobrze pamiętałam: przebieg wydarzeń, bohaterów, zakończenie.

Styl Jane Austen ma w sobie coś takiego, że warto czytać dla niego samego. Książka wciągnęła mnie w swój świat równie mocno jak kiedyś. Zachwycałam się sposobem charakteryzowania postaci, ciętym, ironicznym językiem narracji, przemyślaną konstrukcją, pełną omyłek i zwrotów akcji. Za drugim razem mogłam lepiej zaobserwować i docenić, jak świetnie pisarka radzi sobie ze zwodzeniem czytelnika. Niektóre zdania, opinie i dialogi mają zupełnie inne znaczenie, gdy zna się zakończenie powieści.

Dla tych, którzy nie czytali i nie oglądali nigdy „Rozważnej i romantycznej” podam kilka szczegółów dotyczących fabuły, ale myślę, że najlepiej zapoznać się z nią samemu. Bohaterkami są dwie siostry Dashwood: dziewiętnastoletnia Eleonora i siedemnastoletnia Marianna. Obie zakochują się po raz pierwszy i przeżywają trudne chwile spowodowane zachowaniem swoich ukochanych mężczyzn. Rożni je jednak podejście do przeżywania miłosnego zawodu. Starsza pragnie być rozważna i ukrywa swoje cierpienie. Młodsza nie wstydzi się uczuć i jawnie oddaje się rozpaczy.

Podoba mi się właśnie to kontrastowe zestawienie ze sobą dwóch postaw życiowych: rozwagi i romantyzmu:

 

„Eleonora, najstarsza, której wstawiennictwo wywarło taki skutek, obdarzona była zdolnością spokojnego rozumowania i chłodnego osądu, które to cechy, choć miała zalewie dziewiętnaście lat, pozwalały jej być doradczynią matki i powściągać – ku pożytkowi wszystkich czterech pań – matczyną popędliwość, wiodącą na ogół do nierozważnych postępków. Była to panna obdarzona najzacniejszym sercem – usposobienie miała czułe, a uczucia silne, umiała jednak na nimi panować. Tej umiejętności nie nabyła jeszcze jej matka, jedna z sióstr zaś postanowiła nie nabywać jej nigdy.

Zalety Marianny dorównywały pod wieloma względami zaletom starszej siostry. Była rozsądna i inteligentna, lecz we wszystkim nadmiernie popędliwa – jej smutki i radości nie znały umiarkowania. Była osobą wielkoduszną, miłą, interesującą, brakowało jej jedynie roztropności. Uderzająco przypominała swoją matkę.”

 

Myślę, że czytając tego typu opisy łatwo można się identyfikować z jedną lub drugą bohaterką, zależnie od naszego usposobienia i charakteru.

Dla mnie „Rozważna i romantyczna” jest przede wszystkim powieścią o radzeniu sobie z nieszczęściem. Żal po stracie ojca czy ukochanego mężczyzny i przyjaciela (albo ukochanej kobiety i przyjaciółki) jest ogromny. Utrata miłości lub jej złudzenia bardzo boli. Znalezienie sposobu na przetrwanie najgorszego to problem, z którym przychodzi się zmierzyć nie jednemu z nas lub naszych bliskich. Jane Austen pokazuje nam dwie drogi postępowania w cierpieniu: drogę Eleonory i drogę Marianny. Możemy albo zaakceptować sytuację, spróbować się z nią pogodzić i żyć dalej, lub poddać się smutkowi, buntować się przeciw faktom i rozpaczać aż do utraty sił. Możemy zaufać albo rozsądkowi, albo sercu.

Ocena: 5+/6

 


Na dyskusję o książce zapraszam serdecznie na blog Klubu Jane Austen:

 

 Klub Jane Austen

http://janeausten.blox.pl/2012/05/Recenzje-Rozwaznej-i-romantycznej.html

           



piątek, 18 maja 2012

 

Arthur Conan Doyle, Znak czterech

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 1997

 

W końcu udało mi się dostać w bibliotece drugą powieść Arthura Conan Doyle’a o Sherlocku Holmesie. Nie myślałam, że będzie z tym jakiś problem, ale gdy okazało się, że jednak jest, zdecydowałam się na zrobienie rezerwacji. Lubię czytać książki chronologicznie według tego, jak zostały napisane, szczególnie gdy są to cykle mające wspólnego głównego bohatera.

„Znak czterech” (wydany po raz pierwszy w 1890 r.) bardzo mi się podobał. Przywykłam już do stylu pisania Doyle’a, choć nadal dziwi mnie forma jego utworów. W porównaniu ze współczesnymi kryminałami są to raczej bardzo rozbudowane opowiadania (liczące ok. 125 stron), na końcu których, po zakończeniu śledztwa, morderca lub narrator opowiada całą historię zbrodni, od motywów aż po ich skutki.

Książkę przeczytałam od razu po przyniesieniu z biblioteki, nie mogłam się od niej oderwać. Pierwszy rozdział i postać Sherlocka Holmes’a mnie zachwyciły:

 

„Sherlock Holmes zdjął z kominka flaszkę, a potem z małej walizeczki wyciągnął strzykawkę. Ręką o długich, nerwowych palcach osadził ciężką igłę i podwinął lewy mankiet koszuli. Przez chwilę spoglądał w zamyśleniu na muskularne ramię, pokryte niezliczoną liczbą śladów po ukłuciach, wbił igłę, nacisnął tłok strzykawki i wreszcie z westchnieniem ulgi zatopił się z powrotem w pluszowym fotelu.”

 

Pewnie się zastanawiacie, co w opisie wstrzykiwania sobie kokainy przez Sherlocka mogło mi się tak spodobać? Chyba zadziałał efekt zaskoczenia. Wielki detektyw – narkomanem. Tego się nie spodziewałam. Później kolejne niespodzianki. Holmes krytykuje „Studium w szkarłacie” napisane przez dr Watsona, którego sam jest bohaterem. A na koniec bardzo ciekawej sceny, na pytanie przyjaciela, opinia Sherlocka o sensie czy raczej bezsensie życia:

 

„ – […] Powiedz, czy masz teraz na warsztacie jakąś ciekawą sprawę?

 – Żadnej, stąd kokaina. Nie mogę po prostu żyć bez łamigłówek umysłowych. Bo po cóż innego warto żyć? Stań przy oknie i powiedz, czy widziałeś kiedyś podobnie posępny, pochmurny, beznadziejny świat. Popatrz na tę żółtą mgłę rozsnuwającą się wśród ulic i wpełzającą między szare domy. Cóż znajdziesz bardziej beznadziejnego, prozaicznego i materialnego? I cóż stąd, że człowiek posiada jakąś siłę, doktorze, jeżeli nie ma jej gdzie wyładować? Zbrodnia jest banałem i nic innego nie rządzi światem jak banał.”

 

Chyba mało dotąd wiedziałam o Sherlocku, stąd jego zachowania i słowa wciąż bardzo mnie dziwią.

W tej części jego przygód poznajemy Mary Morstan, która przychodzi po pomoc w sprawie tajemniczego listu i związanego z nim zaginięcia swojego ojca dziesięć lat wcześniej. Urozmaiceniem akcji jest wątek romantyczny – między doktorem Watsonem, a „czarującą” Mary szybko rodzi się uczucie.

Teraz muszę zdobyć „Księgę wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa”, czyli wydany po raz pierwszy w Polsce zbiór wszystkich powieści i opowiadań Arthura Conan Doyle’a o Sherlocku Holmesie. Całe szczęście nie będzie to trudne, bo został on niedawno kupiony przez moją osiedlową bibliotekę. Nie pomyślałam, o nim  wcześniej, bo to okropna „cegła”, zupełnie niewygodna do czytania (1108 stron, twarda okładka). Najwyżej będę ją czytała na raty i  opisywała na blogu „po kawałku”.

Ocena: 5/6



poniedziałek, 14 maja 2012

 

Rosamund Lupton, Siostra

Wydawnictwo: Weltbild, 2011



Do przeczytania „Siostry” zachęciła mnie wspaniała recenzja Danusi. Wiedziałam, czego się spodziewać, a jednak powieść Rosamund Lupton mnie zaskoczyła. To nie jest ani typowy kryminał, ani thriller. To powieść o uczuciach, o miłości między siostrami, o wyjątkowej i silnej więzi. Jest to także historia zbrodni, której skutkiem jest nie tylko ból, ale i głęboka przemiana osobowości.

Cała książka jest właściwie swego rodzaju listem, w którym Beatrice opowiada młodszej o pięć lat siostrze – Tess, co wydarzyło się po jej zaginięciu:

 

„Najdroższa Tess,

zrobiłabym wszystko, żeby być z Tobą teraz, w tej chwili, móc trzymać Cię za rękę, spojrzeć na Twoją twarz, słuchać Twojego głosu. Jak list może zastąpić doznania dotykowe, wzrokowe i węchowe – zapewniane nam przez receptory czuciowe, nerwy wzrokowe i wibrujące bębenki w uszach? Już wcześniej udawało nam się jednak wykorzystywać słowa jako pośredników, prawda? Gdy wyjechałam do szkoły z internatem i musiałyśmy zastąpić listami zabawy i śmiech, jak też wyznania czynione przyciszonym głosem. Nie pamiętam, co napisałam w pierwszym liście, ale przypominam sobie, że użyłam wybrakowanej układanki do tego, by unikać wścibskiego wzroku naszej wychowawczyni w internacie. (Dobrze się domyśliłam, że jej wewnętrzne dziecko, które chciałoby układać puzzle, dawno już umilkło). Pamiętam natomiast każde słowo Twojej odpowiedzi na moją tęsknotę. Miałaś siedem lat. Twoje pismo było niewidoczne do chwili, gdy podświetliłam je latarką. Od tamtej pory dobroć kojarzy mi się z zapachem soku z cytryny.”

 

Narracja jest więc pierwszoosobowa, pełna osobistych zwrotów, wspomnień wspólnych rozmów i e-maili. Dodatkowo akcja dzieję się na dwóch płaszczyznach. Pierwsza – zeznania, które Beatrice składa przed prokuratorem i które jednocześnie opowiada siostrze, druga – prywatne śledztwo, które prowadzi. Poznajemy powoli skomplikowaną sytuację, w której znalazła się była studentka Tess – romans z profesorem, nieślubne dziecko, mukowiscydoza, ryzykowne leczenie. Dowiadujemy się też coraz więcej o życiu Bee, od dzieciństwa do chwili obecnej. Charaktery obu sióstr wydają się zupełnie różne. Młodsza to spontaniczna malarka, umiejąca cieszyć się życiem, taki niepokorny lekkoduch. Za to starsza jest spokojna, dobrze zorganizowana, odpowiedzialna, ale wciąż przed czymś ucieka, choć początkowo zupełnie nie zdaje sobie z tego sprawy.

Bardzo podobała mi się warstwa psychologiczna „Siostry”. Wątek kryminalny natomiast, mimo że bardzo ciekawie poprowadzony, rozczarował mnie. Włączenie do fabuły tematu badań genetycznych i wynikających z tego zagrożeń dla ludzkości było moim zdaniem błędem. Właściwie, gdyby nie końcowe rozdziały, byłaby to powieść wybitna. Jestem jednak przekonana, że warto po nią sięgnąć. W nieodległych planach mam przeczytanie kolejnej powieści Rosamund Lupton – „Potem”.

Ocena: 5/6



środa, 09 maja 2012

 

Julianna Baggott, Nowa Ziemia

Wydawnictwo: Egmont, 2012

 

Dziś (9 maja 2012 r.) polska premiera książki pt. „Nowa ziemia” autorstwa Julianny Baggott. Z wewnętrznej strony okładki dowiedziałam się, że ta nieznana mi wcześniej pisarka: „W ciągu ostatnich dziesięciu lat wydała aż siedemnaście książek – dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Wykłada na Uniwersytecie Stanowym Florydy, gdzie prowadzi zajęcia z twórczego pisania. Działa też w założonej z mężem fundacji Kids in Need – Books in Deed, której celem jest przekazywanie darmowych książek dzieciom z ubogich rodzin”. Interesujące, prawda?

Powieść Baggott to pierwsza część trylogii „Świat po Wybuchu”. Od początku kojarzyła mi się z niedawno przeczytanymi przeze mnie „Igrzyskami śmierci” Suzanne Collins. Ameryka przyszłości i kilkoro nastolatków, którzy muszą sobie radzić w nowych, trudnych warunkach. Totalitarne państwo, które niszczy swoich obywateli. To dwa największe podobieństwa, styl pisania obu pań jednak zupełnie inny. Collins bardzo silnie oddziałuje na emocje czytelnika i opowiada raczej historię indywidualną – dzieje Katniss. Natomiast Baggott tworzy bardzo sugestywne obrazy i to one głównie zostają w pamięci – zmutowani ludzie, którzy na skutek wybuchu bomb atomowych i nuklearnych zostali połączeni z materią ożywioną i nieożywioną, która otaczała ich w chwili katastrofy. Szesnastoletnia Pressia ma głowę lalki zamiast jednej dłoni, jej dziadek mały wiatraczek w gardle, Bradwell przyrośnięte do pleców ptaki. Każdy został w jakiś sposób okaleczony na całe życie. Ale to nie wszystko. Niektórzy ludzie zostali połączeni na stałe z ziemią, roślinami czy maszynami albo ze sobą nawzajem, np. matki z dziećmi, które już nigdy nie urosną:

 

„Pyły to ludzie, którzy stopili się z ziemią, a w mieście – ze zrujnowanymi budynkami. Większość z nich zmarła zaraz po Wybuchu, ponieważ nie mogli w żaden sposób zdobyć pożywienia bądź nie mieli usta albo mieli, ale bez układu trawiennego. niektórzy przetrwali, gdyż stali się bardziej skałami niż ludźmi, inni zaś okazali się użyteczni, współdziałając z Bestami, czyli tymi, którzy stopili się ze zwierzętami. Kiedy Pressia szpera w gruzach, ma się na baczności przed Pyłami, które mogą złapać ja za nogę i ściągnąć w dół. Nigdy nie była poza miastem, w miejscu gdzie napadnięto tego chłopca. Właśnie tam niektórzy stopili się z gruntem. Słyszała, że w Martwych Ziemiach Pyły mrugają z pokrytego popiołem piasku. Ponoć mnóstwo ocalałych, którzy jeszcze przed Wybuchem sądzili, że dostrzegają koniec świata, i przenieśli się do lasów, zostało wchłoniętych przez drzewa.”

 

Jedyni, którzy przeżyli bez żadnych obrażeń, to ludzie zwani „czystymi”, którzy wcześniej ukryli się w specjalnie zbudowanej przez siebie Kopule i żyją tam dotąd odcięci od „nieszczęśników”. Główni bohaterowie: Pressia, Bradwell i Partridge (czysty) spotkają się przypadkowo, zaprzyjaźnią i wspólnie będą próbowali odnaleźć matkę tego ostatniego i dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się, gdy byli jeszcze dziećmi.

Początkowo akcja toczy się powoli, poznajemy bohaterów, ich życie i dwa światy: zniszczone miasto i zachowaną Kopułę. Później wydarzenia dzieją się bardzo szybko. Trudno się od nich oderwać. Pressia musi ukrywać się przed oddziałam OPR (Organizacja Przenajświętszej Rewolucji), które wcielają do wojska wszystkie dzieci, które ukończyły szesnaście lat. Partridge zaś ucieka z bezpiecznej Kopuły, od wpływowego ojca, który okłamał go w sprawie śmierci matki (i nie tylko w tej). Autorka przygotowała dla czytelników szereg niespodzianek. Nie będę ich tu zdradzać, warto je poznać samemu. Dodam tylko że ważnym tematem w powieści są manipulacje kodem genetycznym człowieka, „kodowanie” chłopców polegające na „ulepszaniu” ich cech fizycznych i umysłowych. Z jednej strony mamy więc wizję zdegenerowanej i okaleczonej ludzkości, z drugiej naukowe próby stworzenia „nadludzi”. Podczas czytania zastanawiamy się nie tylko nad tym, co stanie się z bohaterami, ale również nad tym, jak doszło do katastrofy w wyniku, której zniszczony został cały świat. A prawda okazuje się szokująca.

Myślę, że książka na długo zostanie mi w pamięci. Jest dobrze skonstruowana i napisana. Pobudza wyobraźnię i zmusza do myślenia. Spodoba się i nastolatkom, i dorosłym czytelnikom. Jedna z wytworni filmowych już wykupiła prawa do ekranizacji.

Ocena: 5/6

 

PS Strona trylogii "Świat po Wybuchu" Julianny Baggott na Facebooku:



https://www.facebook.com/SwiatPoWybuchu



niedziela, 06 maja 2012

 

Adam Zalewski, Małe miasteczko

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2012

 

Książkę otrzymałam niespodziewanie w prezencie od Danusi. Bardzo się ucieszyłam!  I od razu wzięłam się za lekturę! „Małe miasteczko” czyta się bardzo szybko. Dużo dialogów, bohaterów, świetna narracja. I do tego te wszystkie cechy, za które polubiłam poprzednie utwory Adama Zalewskiego, czyli: wiarygodne odtworzenie amerykańskich realiów i życia małej społeczności, znajomość ludzkiej psychiki, ukazywanie dobra i zła, piękna i „brzydoty” ludzkiego życia. Nie mówiąc o prawdziwym literackim talencie, który sprawia, że czytanie to przyjemność.

Myślę, że powieść w której bohaterem jest miasto i jego mieszkańcy jest trudna do napisania z wielu powodów. Po pierwsze ilość postaci, które trzeba czytelnikowi zaprezentować w taki sposób, żeby zostały zapamiętane. Po drugie przedstawienie historii miejsca, oddanie jego atmosfery trzeba przeprowadzić w taki sposób, żeby nikogo nie zanudzić. Te dwa warunki Adam Zalewski spełnił wzorowo. Abraham to miasteczko w Nebrasce, które początkowo wydaje się idealnym miejscem do życia:

 

„Słoneczne poranki złocące dachy domów i ciepłe, letnie wieczory przepełnione ćwierkaniem niezliczonych świerszczy, Urzeka mnie sielska, senna atmosfera małych miasteczek, w których wszyscy się znają, chodzą do kościołów wybudowanych własnymi siłami i robią zakupy w tych samych sklepach. Stanowią coś w rodzaju wielkiej rodziny nawet wtedy, kiedy przyjdzie im się pokłócić, a pies Hendersonów czy Boyle’ów nie szczeka na ciebie, gdy mijasz ich ogrodzenie, bo robisz to codziennie od lat. Wtedy najlepiej doświadczysz, że jesteś wśród swoich.”

 

Są w nim co prawda np. patologiczne rodziny czy bójki pod barami, lecz nic nie zapowiada katastrofy, która dopiero ma nadejść. Akcja toczy się nie tylko w domach, ale i w urzędzie pocztowym, biurze szeryfa, czy na szkolnym boisku. Poznajemy kolejnych bohaterów i historie ich życia ukazane w krótkich scenach – migawkach z przeszłości. Kiedy porwana zostaje pierwsza dziewczynka, wydaje się, że zło może pochodzić wyłącznie z zewnątrz. Kolejne wydarzenia temu jednak zaprzeczą.

Adam Zalewski pokazuje naturę człowieka z różnych stron. Widzimy świat oczami seryjnych morderców, dobrodusznego listonosza, prawego szeryfa, zakochanego pisarza, samotnej kobiety i wielu innych. Autor czy narrator ich nie ocenia, jedynie pokazuje ich czyny, byśmy sami mogli wyrobić sobie o nich zdanie. Czytając, zadajemy sobie pytanie: kto jest porywaczem dzieci i mordercą. Kto z tych znających się od lat ludzi, skrywa mroczne tajemnice? Kto byłby zdolny do okrucieństwa i zabójstwa? Podejrzewamy wszystkich, choć nie ma żadnych dowodów. Nie podejrzewamy nikogo, bo każdy na swój sposób wydaje się sympatyczny lub budzi współczucie.   

Akcja jak na thriller toczy się dość spokojnie. Nie jest też tak drastycznie jak np. w opowiadaniach „Sześć razy śmierć”. Moim zdaniem dobry wybór, jeżeli chce się zacząć swoją przygodę z twórczością tego pisarza.

Ocena: 5/6

 

PS Jeżeli kogoś przekonałam do sięgnięcia po „Małe miasteczko”, to od jutra pod specjalnym wpisem, będzie się można zgłaszać do losowania, w którym będzie ono nagrodą. Darmo dostałam i darmo oddam jednej szczęśliwie wylosowanej osobie.

Danusiu, dziękuję! Jesteś kochana! :-)



piątek, 04 maja 2012

 

Andrzej Ziemiański, Achaja

Wydawnictwo: Fabryka Słów, wyd. I – 2002, wyd. III – 2011

 

Jak napisać o książce wyjątkowej? Takiej, która wciąga w swój świat i nie puszcza z niego do ostatniej strony? Nawet jeżeli tych stron jest ponad 1500? Trzy grube tomy „Achai” czytałam przez tydzień. Mogłabym i szybciej, ale to jedna z tych powieści, których nie chce się skończyć, chciałoby się ją czytać i czytać. Miałam szczęście, że wszystkie części od razu były dostępne w bibliotece. Opowiem Wam więc o trylogii Andrzeja Ziemiańskiego jako o całości.

Główną bohaterką jest tytułowa Achaja, księżniczka. Nienawidzona przez macochę (prawie jak w bajkach) zostaje w wyniku intrygi wysłana przez ojca do wojska. Jej historia jest zaprzeczeniem losów herosów. Najpierw jako żołnierz, potem niewolnica, złodziejka, prostytutka, „chłopka” i znowu żołnierz, księżniczka, potwór przejdzie przez życie doświadczając najróżniejszych nieszczęść, podłości i zła. Ale nie tylko. Pozna także przyjaciół.

Ziemiański wymyślił bohaterkę będącą ucieleśnieniem kobiety-wojownika. Nie tylko na polu walki, ale i w sferze psychiki. Czyli mimo wszystko jednak superbohaterka, nad którą pisarz znęca się niemiłosiernie.

Pierwszy tom jest zdecydowanie najlepszy. Autor zaskakuje nas co krok. Jak to księżniczka poniżana we własnym pałacu? W koszarach pobita, w niewoli wykorzystywana, zatrudniona w kamieniołomach przy budowie drogi na pustyni? Gdy wydaje się, że gorzej już być nie może, nagle – jest jeszcze gorzej. Do tego historia Achai przeplatana jest dwoma innymi, bardzo interesującymi wątkami. Mamy zbiegłego galernika Siriusa i pisarza świątynnego Zaana, którzy zaczynają kraść, oszukiwać i zabijać, powoli burząc istniejący na świecie porządek. Jest też czarodziej – Meredith, któremu ukazuje się bóg i którego kusi Wielki Kłamca, opowiadając o wojnach bogów i odległych światach.

Drugi tom poświęcony jest głownie Achai. Szkoda. Zabrakło mi przeplatania się opowieści, tajemnic, rozwoju niektórych zaczętych tematów. Z kolei trzeci tom, to już wojna, wojna i wojna. Oba są udane, choć nie na tak wysokim poziomie jak pierwszy. Nie ma w nich tej wieloznaczności.

„Achaja” to moje pierwsze zetknięcie się z twórczością Andrzeja Ziemiańskiego. Pomyślałam, że po Andrzeju Sapkowskim i Andrzeju Pilipiuku, to trzeci Andrzej, który potrafi pisać wyśmienitą fantastykę. Ma świetne poczucie humoru, potrafi używać wulgaryzmów, a akcja jego powieści pędzi w zawrotnym tempie. Najważniejszy jest jednak jego styl pisania. Tego nie da się opowiedzieć. to trzeba przeczytać. To fragment, w którym Achaja mówi o człowieku, w którym się zakochała:

 

„Nie mogła poradzić sobie z własnym wnętrzem. Twarda kobieta zabójca, miękła nagle, kiedy ten sukinsyn choćby żartował sobie, że się z nią ożeni. Chyba zwariowała. Taka świnia, taki maleńki gnojek upaprany w niezliczonych aferach. A tam – aferach! Tego nie można nawet tak nazwać. Upaprany w mętnych aferkach gdzieś na końcu świata, w zupełnie nieważnym królestwie, o którym w Troy wiedzieli jedynie najbardziej oświeceni bibliotekarze i najbardziej zajadli agenci wywiadu. Pijak, gnój, świnia taka… Zatraceniec pierdolony. Takie nic! Taki śliczny, tchórzliwy mężczyzna. Takie gówno, które przykleja się do buta. Taki pieprzony ideowiec, który potrafi, jeden z nielicznych, zrealizować swoje dzieło, nie cofając się przed niczym, przed żadnym świństwem. Kłamca. Bajerant. Tchórz. Maminsynek. Morderca. Skurwiel. Wyrafinowany intelektualista zapijający swoje żale w beczkach wódy, rzygający publicznie, trzeźwy, pozbawiony złudzeń pacan – jedyny jednak człowiek na świecie, który mógł ją zrozumieć. I taki piękny… taki śliczny! Taki wrednie ładny! Worek łajna ociosany przez mistrza mistrzów – przez istotę natchnioną, przy której inni rzeźbiarze powinni zająć się odtąd wyłącznie struganiem koników i drewnianych lalek na wiejskie odpusty.

Bogowie, jak mogliście stworzyć takie monstrum?”

 

Postaci Ziemiańskiego nie są wyidealizowane, świat nie jest piękny. Język, na pewno nie jest grzeczny. Coś jednak jest w sposobie pisania tego autora, coś co porywa, rozprasza nudę, pobudza wyobraźnię. A najlepsza z wiadomości to taka, że Ziemiański napisał kontynuację „Achai” – „Pomnik cesarzowej Achai” i wiele innych powieści i opowiadań, po które niedługo zamierzam sięgnąć.

Ocena: 5+/6



wtorek, 17 kwietnia 2012

 

Głos Lema

Wydawnictwo: Powergraph, 2011

 

„Głos Lema” to antologia opowiadań SF napisana w hołdzie Stanisławowi Lemowi przez dwunastu pisarzy. Tym razem nie zmuszałam się do czytania wszystkich tekstów. Niektóre cechują się niezrozumiałym językiem, inne nowatorstwem formy, a jeszcze inne są po prostu nudne. Zdecydowałam się jednak napisać o tym zbiorze ze względu na trzy opowiadania autorstwa: Rafała Kosika, Wojciecha Orlińskiego i Joanny Skalskiej.

Jako pierwszy przeczytałam znowu tekst Rafała Kosika „Telefon”. Wciąga od pierwszych stron! I jest zupełnie inny od jego powieści SF. Główna bohaterka, Kinga, przygotowuje w domu obiad, czekając na powrót męża Romka. W międzyczasie ogląda telewizję, w której dziennikarze informują o katastrofie lotniczej:

 

„Przerwali program i powtarzali w kółko nagranie zrobione chyba komórką: samolot zniża się nad lasem, chwilę sunie skrzydłami po wierzchołkach drzew i wygląda na to, jakby miał miękko osiąść na tych drzewach. Przypomina papierowy samolocik zrobiony przez całkiem zdolnego dzieciaka, taki dobrze wyważony, który wolno szybuje nad kanapą, stołem i miękko ląduje na puszystym dywanie przed telewizorem. Jednak samolot pasażerski waży ponad trzydzieści ton. Po kilku sekundach zieleń pochłania kadłub, ale wydaje się, że mimo wszystko udało się, że zapadł w wielki dywan, a pasażerowie odepną pasy i zjadą po nadmuchiwanych zjeżdżalniach jak na niedzielnym festynie przed centrum handlowym. Wtedy sto, może dwieście metrów dalej pojawia się kula ognia i dymu.”



Początkowo Kinga myśli, że lot męża będzie opóźniony i nie ma co spieszyć się z robieniem pieczeni, lecz po chwili odczytuje mail od niego i zaczyna się martwić. W momencie gdy już jest pewna, że Romek nie żyje, ten dzwoni do niej. To jednak dopiero początek tajemniczych zdarzeń. Świetny portret psychologiczny, do tego kobiecy, wciągająca akcja, wydarzenia opisane w tak obrazowy sposób, że cały czas miałam je przed oczyma wyobraźni. Tym tekstem autor pokazał, że potrafi pisać też o tym, co dzieje się w głowach bohaterów, czyli o ich psychice (wcześniej w jego powieściach tego elementu właśnie mi brakowało i kobiet w roli głównej).

Drugie z przeczytanych przeze mnie opowiadań – Joanny Skalskiej „Płomieniem jestem ja” zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie (niedawno próbowałam czytać jej powieść „Eremanta”, ale mi się nie spodobała). Jedyna pani spośród autorów antologii napisała ciekawy tekst o ciężarnej kobiecie znalezionej na pokładzie statku kosmicznego, który zbliżył się do Ziemi. Shooma urodziła bliźnięta i została od razu otoczona opieką naukowców. Kim jest? Czy stanowi zagrożenie dla ludzkości? Fabuła bardzo odpowiednia, by ją zekranizować.

Podobnie jak treść opowiadania Wojciecha Orlińskiego „Stanlemian”. Świat przyszłości, akcja dzieje się w nowoczesnym kasynie, które proponuje wirtualny hazard. Chętni zostają przeniesieni do stworzonego przez programistów Nowego Jorku i mogą się tam wzbogacić na kilka sposobów. Warunkiem otrzymania prawdziwych pieniędzy jest dotarcie z wygraną do pokoju hotelowego, w którym zaczyna się gra. Bohaterem jest „zawodowy hazardzista”, który w imieniu klienta ma odzyskać ukryte przez niego pieniądze. Podobał mi się sposób w jaki autor wplótł w tekst imię i nazwisko Stanisława Lema oraz jego idee.

W antologii znalazło się kilka intrygujących cytatów z dzieł Stanisława Lema. Bardzo klarowny wstęp o twórczości polskiego klasyka SF napisał Jacek Dukaj. Określa w nim cechy literatury science fiction a’la Lem. Za słabo znam twórczość autora „Solaris”, żeby określić, na ile twórcom „Głosu Lema” udało się napisać teksty mające coś z nią wspólnego. Jednak te trzy teksty, o których Wam opowiedziałam, naprawdę warte są przeczytania. Mają też jedną cechę wspólną – bardzo plastyczny, obrazowy styl i fabuły, które zostają w pamięci.



poniedziałek, 16 kwietnia 2012

 

Suzanne Collins, Igrzyska śmierci

Wydawnictwo: Media Rodzina, 2011

 

„Igrzyska śmierci” będę Wam dziś polecała. Książka dostarcza bardzo dobrej rozrywki, świetnie się ją czyta i jeszcze dzięki plastycznej narracji bardzo łatwo można sobie wszystkie wydarzenia wyobrazić. A później można wybrać się do kina na film. Nie oglądałam, ale mam wielką ochotę zobaczyć.

Samą fabułę już pewnie znacie z reklam wersji kinowej. Świat przyszłości, okrutne igrzyska, na których na śmierć i życie walczą wylosowane z dwunastu dystryktów nastolatki. Też znałam przed lekturą ten zarys, a jednak byłam bardzo zaskoczona. Książka wzrusza, łapie za gardło, wyciska łzy. Poznajemy Katniss, szesnastolatkę, która nielegalnymi polowaniami próbuje zapewnić byt rodzinie. To nie ona zostaje wylosowana, a jej ukochana młodsza siostra Prim. W tej sytuacji Katniss zgłasza się na ochotnika, by ją uratować. Wydaje się, że tym czynem skazuje siebie na pewną śmierć. Zmagać się będzie przecież nie tylko ze starszymi od siebie chłopcami, ale i z osobami specjalnie szkolonymi do zabijania. Jak na ironię z  jej miasta wylosowany zostaje Peeta, który kiedyś podarował jej chleb i uratował od głodówki.

To jednak dopiero początek fascynujących zdarzeń. Wylosowani, zwani trybutami, zostają przewiezieni do stolicy, by tam pod okiem stylistów przygotować się do występu przed kamerami. Igrzyska, przypominające te ze starożytnego Rzymu, otrzymały w książce oprawę medialną rodem z BigBrothera. Twórcy nie cofną się przed niczym, żeby tylko przyciągnąć jak najwięcej widzów przed ekrany telewizorów. Poznajemy mechanizmy powstawania wielkiej produkcji telewizyjnej, które autorka zapewne podpatrzyła podczas swojej pracy w telewizji (tworzyła programy dla dzieci).

Nie chcę Wam za dużo zdradzać, żeby nie psuć przyjemności czytania. Powieść ma drobne mankamenty, ale szybko się o nich zapomina. Postacie są ciekawe, szczególnie główna bohaterka, odważna, szczera i waleczna. Fabułę napędza nie tylko pytanie, kto przeżyje i będzie zwycięzcą, ale dużo ważniejsze, kto jest przyjacielem, a kto tę przyjaźń tylko udaje. Bardzo chętnie sięgnę po następny tom tej trylogii. Mam nadzieję, że jest równie dobry. Dawno takiej powieści dla młodzieży nie czytałam, jest w niej jakiś powiew świeżości.
A tak się rozpoczyna:

 

„Gdy się budzę, czuję, że druga strona łóżka już zdążyła wystygnąć. Wyciągam rękę w poszukiwaniu Prim, ale dotykam tylko szorstkiego płótna materaca. Na pewno przyśnił się jej koszmar, więc poszła do łóżka mamy. Oczywiście, że tak. Dziś dożynki.

Podpieram się na łokciu. W pokoju jest już na tyle jasno, że je widzę. Moja młodsza siostra Prim zwinęła się jak embrion i wtuliła w mamę, przywarły do siebie policzkami. We śnie mama wygala młodziej, nadal wydaje się zmęczona, ale nie taka sterana. Prim ma twarz świeżą jak poranek i śliczną jak prymulka, na której cześć dostała imię. Mama też kiedyś była wyjątkowo piękna. Tak przynajmniej słyszałam.”



Recenzje tej książki możecie przeczytać także na blogach padmy i bookfy. Ja na koniec dodam tylko, że okładka choć nawiązuje do treści książki, nie przypadła mi do gustu.

Ocena: 5/6

 



niedziela, 15 kwietnia 2012

 

Ursula K. Le Guin, Czarnoksiężnik z Archipelagu

Wydawnictwo: Prószynski i S-ka, 2011 

 

To była moja druga próba przeczytania tej książki, tym razem udana. Zaparłam się i z trudem, czytając po dwa rozdziały dziennie, skończyłam. Ktoś mógłby zapytać, po co się tak męczyć. Uznałam, że dzieło tak znane i chwalone (nazywane wprost „arcydziełem”) będzie warte włożonego wysiłku. Styl pisania autorki zupełnie mi nie odpowiada (według mnie jest po prostu nudny), ale przesłanie powieści widoczne szczególnie w zakończeniu jest bardzo mądre i pouczające. Wniosek: czasami forma książki nie dorasta do jej treści.

Fabuła nie jest oryginalna (chociaż może w 1968, kiedy pierwszy raz ukazał się „Czarnoksiężnik z Archipelagu”, było inaczej?). Chłopiec z małej wioski uczy się jak być czarnoksiężnikiem i wykorzystywać swoją moc. Najpierw uczony jest przez czarownicę, potem czarownika, a następnie trafia do szkoły magii (wątek znany z dużo późniejszego „Harrego Pottera”, ale zupełnie inaczej opowiedziany). Nauka momentami jest trudna i żmudna. Ged przez swój charakter szybko pakuje się w poważne kłopoty, ściąga na siebie tajemniczy i śmiertelnie niebezpieczny Cień. Większość książki to ucieczka, a później poszukiwanie Cienia. To mag Ogion doradza swojemu uczniowi, żeby zawrócił:

 

„– Jeżeli będziesz szedł przed siebie, jeśli nie przerwiesz ucieczki – dokądkolwiek uciekniesz, wszędzie napotkasz niebezpieczeństwo i zło, ono bowiem cię popycha, ono wybiera dla ciebie drogę. To ty musisz wybierać. To ty musisz poszukać tego, co ciebie szuka. Musisz ścigać to, co ciebie ściga.

Ged nic nie powiedział.

– Nadałem ci imię u źródeł rzeki Ar – mówił mag – nad strumieniem, który spływa z gór do morza. Człowiek może poznać cel, do którego zmierza – ale nie potrafi go poznać, jeśli się nie odwróci, jeśli nie powróci do swego początku i nie zawrze tego początku w swoim istnieniu. Jeśli nie chce być patykiem porwanym przez wir i pochłoniętym przez prąd, musi być samym owym prądem, całym, od źródła aż do pogrążenia się w morzu. Wróciłeś na wyspę Gont, wróciłeś do mnie, Ged. Teraz zawróć już zupełnie z drogi, szukaj swego źródła i tego, co leży przed źródłem. Tam spoczywa twoja nadzieja na odzyskanie siły.”



Fragment może trochę niejasny bez znajomości całej powieści, ale zapewniam, że jeżeli dotrwacie do jej końca, to nie będziecie rozczarowani. Ja zapamiętam walkę Geda z Cieniem i to jaki miała sens. Trochę denerwowało mnie, że autorka nie pozostawia pola do interpretacji dla czytelnika, sama podaje znaczenie wydarzeń, ale z drugiej strony może sama nie umiałabym tak tego trafnie ująć jak ona. Po inne jej książki jednak już nie zamierzam sięgać, może za kilka lat.

Ocena: 4/6



sobota, 14 kwietnia 2012

 

Science Fiction

Wydawnictwo: Powergraph, 2011

 

Antologia „Science Fiction” to 800 stron czytania, 12 opowiadań polskich autorów i posłowie Tomasza Kołodziejczaka. Wahałam się, czy po nią sięgnąć, czy dam radę przeczytać. Przekonał mnie plebiscyt „Fantastyka 2011” organizowany przez portal Katedra, w którym książka ta otrzymała liczne nominacje, a ostatnio także nagrody (nominacje: najlepsza książka polska; najlepsza antologia; najlepsze opowiadanie polskie – Jacek Dukaj „Science Fiction”, Jakub Nowak „Amnezjak”, Cezary Zbierzchowski „Smutek parseków”; nagrody: najlepsza książka polska, najlepsze opowiadanie polskie: Jacek Dukaj „Science Fiction”).

Książkę udało mi się przeczytać w całości, z jednym wyjątkiem, nagrodzone opowiadanie Jacka Dukaja liczące ponad 200 stron przerosło moje siły (i cierpliwość, jest bardzo nowatorskie i jak dla mnie zbyt „awangardowe”, pewnie krytycy umieją je docenić).

A zaczęło się bardzo obiecująco. Na początek przeczytałam oczywiście opowiadanie pt. „A pierwsi będą ostatnimi” Rafała Kosika. Jest bardzo dobre! Dorównuje jego powieściom Tematem jest kolonizacja obcej planety przez grupkę spokrewnionych z sobą osób, które wybudzane co dwa lata z hibernacji próbują wychowywać nawzajem swoje potomstwo. Interesująco wymyślone, dobrze napisane i zmuszające do myślenia. I takie SF lubię najbardziej! Dwa pierwsze akapity, żebyście mogli się przekonać, jakie ciekawe:

 

„Od chwili, gdy otworzyłem oczy, zostały mi dwa lata życia. Ta przykra wiadomość docierała do mnie bardzo powoli. Budziłem się z narkozy połączonej z gigantycznym kacem, jaki ma się po mieszaniu wszystkiego, co tylko można zmieszać. Nie było w tym wielkiej przesady. Może poza tym, że sen trwał ponad sto siedemdziesiąt lat.

Nie czułem niczego ani niczego nie słyszałem. Uszy wciąż znajdowały się poniżej opadającego żelu fizjologicznego. Wzrok odzyskiwał ostrość. Widziałem rząd przyciemnionych lamp wpuszczonych w bruzdę na białym suficie i odchyloną pokrywę łoża letargowego. Przypomniałem sobie instrukcje postępowania po przebudzeniu. Nie ruszać się, czekać. Poczekam. Czekałem tyle lat, poczekam jeszcze chwilę.”

 

Podoba Wam się? Chcielibyście przeczytać dalej?

W dobrym nastroju rozpoczęłam lekturę pierwszego z opowiadań w antologii pt. „Smutek parseków” Cezarego Zbierzchowskiego i to dopiero było olśnienie! Pierwszy raz czytałam coś tego autora, ale na pewno nie ostatni. Najlepszy tekst z całego zbioru, słusznie nominowany do nagrody. Emigracja ludzi na obcą planetę. Na statku opiekują się nimi obserwatorzy-naukowcy z rożnych dziedzin i komputer pokładowy. Społeczeństwo w pigułce (a raczej w statku kosmicznym). Trzy pokłady, jak trzy kraje, niby-Niemcy, niby-Żydzi, niby-południowcy. Dochodzi do wojny, której sztuczna inteligencja nie pozwala przerwać. Kto rządki statkiem? Co jest prawdą na temat misji, która mają wykonać obserwatorzy? Ważne tematy, zaskakujące zakończenie, świetna konstrukcja fabuły. Po dwóch tak znakomitych opowiadaniach zaczęłam w głowie snuć teorie na temat genialności polskiej literatury SF i jej twórców. A miałam przed sobą jeszcze 10 opowiadań, w tym dwa nominowane do nagrody. Moja radość była trochę przedwczesna.

Trzeci z kolei tekst, „Pseudaki” Pawła Majki swoim niezrozumiałym językiem i trudnym stylem trochę ostudził mój entuzjazm. Za to zakończenie sprawiło, że nie pożałowałam lektury. Tytułowe pseudaki, nowe rozumne istoty i to, co stało się z ludźmi (większość przeniosła swoje życie w wirtualny świat), to czarne, lecz realistyczne wizje, które zostają w pamięci i przerażają.

Następne opowiadania niestety były dużo gorsze, nie będę o nich pisała. Wystarczy, że męczyłam się z czytaniem, ich językiem i stylem. Wyróżnić chciałabym tylko jeszcze jedno opowiadanie – Michała Cetnarowskiego „Godzina nadawania”. Może nie najlepiej napisane, ale ma w sobie „coś”. Tym razem akcja dzieje się na stacji badawczej znajdującej się na orbicie Ziemi.

Podsumowując: dla tych kilku tekstów było warto. Zachęcam, jeżeli ktoś lubi SF. Dzięki tej książce można się przekonać, że u nas nie tylko Rafał Kosik umie pisać literaturę fantastyczno-naukową. U mnie na półce czeka jeszcze jedna antologia wydana przez Powergraph – „Głos Lema”. Ciekawa jestem jej poziomu.

Ocena: 4+/6



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Zakładki:
Moje blogi
Polecane książki:
Klasyka:
Kryminały:
Fantastyka/SF:
Horror/Thriller:
Poezja:
Dla młodzieży:
Dla dzieci:
Czytadła:
Zaproszenie :-)
Akcja - opowiadanie:
Szablon:

Facebook - profil


Skrzynka pocztowa

Napisz e-mail