blog o książkach, które niedawno czytałam i polecam innym przeczytać

Wpisy z tagiem: opowiadania

sobota, 14 kwietnia 2012

 

Science Fiction

Wydawnictwo: Powergraph, 2011

 

Antologia „Science Fiction” to 800 stron czytania, 12 opowiadań polskich autorów i posłowie Tomasza Kołodziejczaka. Wahałam się, czy po nią sięgnąć, czy dam radę przeczytać. Przekonał mnie plebiscyt „Fantastyka 2011” organizowany przez portal Katedra, w którym książka ta otrzymała liczne nominacje, a ostatnio także nagrody (nominacje: najlepsza książka polska; najlepsza antologia; najlepsze opowiadanie polskie – Jacek Dukaj „Science Fiction”, Jakub Nowak „Amnezjak”, Cezary Zbierzchowski „Smutek parseków”; nagrody: najlepsza książka polska, najlepsze opowiadanie polskie: Jacek Dukaj „Science Fiction”).

Książkę udało mi się przeczytać w całości, z jednym wyjątkiem, nagrodzone opowiadanie Jacka Dukaja liczące ponad 200 stron przerosło moje siły (i cierpliwość, jest bardzo nowatorskie i jak dla mnie zbyt „awangardowe”, pewnie krytycy umieją je docenić).

A zaczęło się bardzo obiecująco. Na początek przeczytałam oczywiście opowiadanie pt. „A pierwsi będą ostatnimi” Rafała Kosika. Jest bardzo dobre! Dorównuje jego powieściom Tematem jest kolonizacja obcej planety przez grupkę spokrewnionych z sobą osób, które wybudzane co dwa lata z hibernacji próbują wychowywać nawzajem swoje potomstwo. Interesująco wymyślone, dobrze napisane i zmuszające do myślenia. I takie SF lubię najbardziej! Dwa pierwsze akapity, żebyście mogli się przekonać, jakie ciekawe:

 

„Od chwili, gdy otworzyłem oczy, zostały mi dwa lata życia. Ta przykra wiadomość docierała do mnie bardzo powoli. Budziłem się z narkozy połączonej z gigantycznym kacem, jaki ma się po mieszaniu wszystkiego, co tylko można zmieszać. Nie było w tym wielkiej przesady. Może poza tym, że sen trwał ponad sto siedemdziesiąt lat.

Nie czułem niczego ani niczego nie słyszałem. Uszy wciąż znajdowały się poniżej opadającego żelu fizjologicznego. Wzrok odzyskiwał ostrość. Widziałem rząd przyciemnionych lamp wpuszczonych w bruzdę na białym suficie i odchyloną pokrywę łoża letargowego. Przypomniałem sobie instrukcje postępowania po przebudzeniu. Nie ruszać się, czekać. Poczekam. Czekałem tyle lat, poczekam jeszcze chwilę.”

 

Podoba Wam się? Chcielibyście przeczytać dalej?

W dobrym nastroju rozpoczęłam lekturę pierwszego z opowiadań w antologii pt. „Smutek parseków” Cezarego Zbierzchowskiego i to dopiero było olśnienie! Pierwszy raz czytałam coś tego autora, ale na pewno nie ostatni. Najlepszy tekst z całego zbioru, słusznie nominowany do nagrody. Emigracja ludzi na obcą planetę. Na statku opiekują się nimi obserwatorzy-naukowcy z rożnych dziedzin i komputer pokładowy. Społeczeństwo w pigułce (a raczej w statku kosmicznym). Trzy pokłady, jak trzy kraje, niby-Niemcy, niby-Żydzi, niby-południowcy. Dochodzi do wojny, której sztuczna inteligencja nie pozwala przerwać. Kto rządki statkiem? Co jest prawdą na temat misji, która mają wykonać obserwatorzy? Ważne tematy, zaskakujące zakończenie, świetna konstrukcja fabuły. Po dwóch tak znakomitych opowiadaniach zaczęłam w głowie snuć teorie na temat genialności polskiej literatury SF i jej twórców. A miałam przed sobą jeszcze 10 opowiadań, w tym dwa nominowane do nagrody. Moja radość była trochę przedwczesna.

Trzeci z kolei tekst, „Pseudaki” Pawła Majki swoim niezrozumiałym językiem i trudnym stylem trochę ostudził mój entuzjazm. Za to zakończenie sprawiło, że nie pożałowałam lektury. Tytułowe pseudaki, nowe rozumne istoty i to, co stało się z ludźmi (większość przeniosła swoje życie w wirtualny świat), to czarne, lecz realistyczne wizje, które zostają w pamięci i przerażają.

Następne opowiadania niestety były dużo gorsze, nie będę o nich pisała. Wystarczy, że męczyłam się z czytaniem, ich językiem i stylem. Wyróżnić chciałabym tylko jeszcze jedno opowiadanie – Michała Cetnarowskiego „Godzina nadawania”. Może nie najlepiej napisane, ale ma w sobie „coś”. Tym razem akcja dzieje się na stacji badawczej znajdującej się na orbicie Ziemi.

Podsumowując: dla tych kilku tekstów było warto. Zachęcam, jeżeli ktoś lubi SF. Dzięki tej książce można się przekonać, że u nas nie tylko Rafał Kosik umie pisać literaturę fantastyczno-naukową. U mnie na półce czeka jeszcze jedna antologia wydana przez Powergraph – „Głos Lema”. Ciekawa jestem jej poziomu.

Ocena: 4+/6



wtorek, 03 kwietnia 2012

 

Jarosław Grzędowicz, Wypychacz zwierząt

Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2008

 

Bardzo czekałam na tę książkę, na kolejny po „Księdze jesiennych demonów” zbiór opowiadań Jarosława Grzędowicza. I niestety bardzo się zawiodłam. Nie dlatego, że tom jest zły lub nie wart czytania. Raczej dlatego że miałam zbyt wysokie oczekiwania. Liczyłam, że będzie podobny do tego, co już czytałam, że będzie się wyróżniał świetną psychologia postaci i ważkimi tematami. A on jest dobry, ale nie wybitny. Czyżbym aż tak się pomyliła odnośnie tego autora? Przypisałam mu większy talent niż posiada?

A może przyczyną mojej słabszej oceny jest konstrukcja zbioru, a raczej jej brak, ot jest to zwykła zbieranina tekstów napisanych przez pisarza w ciągu kilku lat i rozproszonych po różnych czasopismach i antologiach. Mamy więc krótkie, lekkie teksty, pisane dla czytelników „Magazynu Faktu” i parę dłuższych opowiadań o naprawdę różnorodnej tematyce. Jest SF i podróże w czasie, równoległe światy, kosmici, a także historia pisana „na nowo”. Jakoś Grzędowicz jako twórca SF mnie nie zachwyca. To chyba nie jest jego gatunek. Zresztą większość opowiadań z tego zbioru szybko zapomniałam. Przeglądając spis treści, nie potrafiłam sobie przypomnieć fabuły większości utworów po tytułach. Wyróżniało się tylko jedno – „Buran wieje z tamtej strony”. Zaczyna się tak:

 

„Gdyby ten człowiek wyszedł na drogę dwie minuty wcześniej, Korpałow przejechałby go i nawet tego nie zauważył. Szerokie gąsienice śniegołaza rozgniatały dziesiątki takich podłużnych zasp, a człowiek leżący na drodze, smagany śnieżnym tajfunem w kilkadziesiąt sekund zamieniłby się właśnie w zaspę.

Tymczasem omal nie przyprawił Korpałowa o zawał serca, bo pojawił się znienacka spomiędzy drzew w świetle halogenowych reflektorów. Chudy, wysoki, w łachmanach, wytoczył się prosto na pojazd i runął na drogę. Wyglądał po prostu jak okręcony szmatami żywy, rozpadający się szkielet.”

 

Dwóch bohaterów – jeden uciekł z syberyjskich łagrów, drugi dobrowolnie przyjechał na wakacje na Syberię. Dwóch ludzi, dwa różne życiowe doświadczenia. Początkowo nawet nie potrafią się dogadać, mimo że mówią jednym językiem. Który z nich mówi prawdę? Czy któryś jest wariatem? Tekst zdobył nagrodę Sfinks za rok 2004. Za to „Wilcza zamieć”, która dostała Nagrodę Zajdla za 2005 rok zupełnie nie w moim guście. Czasy drugiej wojny światowej, podwodny okręt wojenny i nordyccy bogowie.

Opowiadań jest 13. Chyba nie ma sensu ich tu wszystkich omawiać. Niektóre są bardzo krótkie i ich siłą jest zaskakujące zakończenie, więc jeżeli je zdradzę nie będzie, po co czytać. To nie są niestety teksty, do których się wraca. Można je przeczytać, ale nie trzeba. Niedługo na moim blogu napiszę o kolejnej książce Jarosława Grzędowicza pt. „Pan Lodowego Ogrodu”.

Ocena: 4/6



wtorek, 20 marca 2012

 

Andrzej Pilipiuk, 2586 kroków

Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2005

 

To kolejna książka Andrzeja Pilipiuka, którą przeczytałam i chcę Wam polecić. Zbiór opowiadań na naprawdę wysokim poziomie. Bez Wędrowycza, za to dwa opowiadania z doktorem Skórzewskim. W sumie 14 tekstów, ponad 500 stron wspaniałej rozrywki.

Autora już chyba nie muszę przedstawiać (można zajrzeć do poprzednich wpisów, a jest ich na moim blogu o jego książkach już sporo), ani jego stylu pisania. Musiałbym powtórzyć to, co już napisałam np. przy okazji „Rzeźnika drzew”. Zamiast tego krótka charakterystyka opowiedzianych historii:

 
„2586 kroków”
– Norwegia 1876/1877, doktor Paweł Skórzewski walczy z epidemią trądu i demonem.

„Samolot z dalekiego kraju”
– mały sklepik na lotnisku odwiedzają podróżnicy z innego świata i ich wygnany król lub wariat.

„Wieczorne dzwony”
– Kijów 1893, dr Skórzewski i tajemnicza choroba na wyspie, która być może graniczy z mityczną krainą nieludzi.

„Parszywe czasy”
– o komuniście chcącym zabezpieczyć się przed wiecznym potępieniem po śmierci i sprzedającym duszę podejrzanej firmie za 50 euro.

„Szansa”
– o zmienianiu historii Polski przez rosyjskiego generała i polskiego rewolucjonistę.

„Mars 1899”
– próba odpowiedzi na pytanie, czy były kontakty z Marsjanami w XIX wieku i jakie mogły mieć konsekwencje.

„W moim bloku straszy”
– list zaniepokojonego mieszkańca bloku, Tomasza Ettera, do ministra spraw wewnętrznych i administracji.

„Atomowa ruletka”
– alternatywna historia Polski, w której wygraliśmy drugą wojnę światową i podporządkowaliśmy sobie Ukrainę, jednym z bohaterów opowiadania jest Hans Kloss

„Wiedźma Monika”
–  historia miłości czarownicy i inkwizytora.

„Griszka”
–  o uzdrowicielu Grigoriju Rasputinie i śledzących go agentach.

„Bardzo obcy kapitał”
– drugi list Tomasza Ettera ostrzegającego tym razem przed kosmitami.

„Vlana”
– dwa światy: ludzi i wampirów połączone jedynie bramami teleportacyjnymi, ale bliźniaczo do siebie podobne.

„Szambo”
– labirynt pod moskiewskim metrem i jego tajemnice, a w tle atak kosmitów.

„Strefa”
– o dziwnych mutacjach w strefie zamkniętej wokół elektrowni w Czarnobylu.

 

Jak widać z powyższego streszczenia opowiadania są różnorodne, dzieją się nie tylko w różnych miejscach, ale i czasach, a nawet w różnych światach. Każde posiada zabawne lub zaskakujące zakończenie. Bohaterowie czasami się powtarzają, ale tym przyjemniej się o nich czyta. Wszystkie mi się podobały, choć „Wiedźma Monika” najmniej. Polubiłam (znanego mi już z „Rzeźnika drzew”) doktora Skórzewskiego i jego przygody. W pamięci zostaną mi też wizje alternatywnej historii Polski, takie jak np. ta z „Atomowej ruletki”:

 

„ – Wiesz dobrze, co było dalej. 27 sierpnia polski ambasador przybył do Kancelarii Rzeszy i złożył na ręce fuhrera akt wypowiedzenia wojny. Przyjechał limuzyną, ale zostawił ją na dziedzińcu tłumacząc się awarią silnika. Opuścił budynek pieszo i złapał taksówkę. Godzinę i dwadzieścia minut później wybuchła podłożona przez niego walizkowa bomba atomowa… Eksplodowała akurat w chwili, gdy Adolf Hitler otwierał naradę sztabu generalnego. Polska armia, choć mobilizację przeprowadzono tylko częściowo, przekroczyła koło południa granicę…

– …zajmując w pasie przygranicznym ogromne składy broni, amunicji i surowców strategicznych, które Niemcy przygotowywali przeciw Polakom – uzupełniłem znowu. – Tysiące czołgów, stojących na lawetach, samoloty na polowych pasach startowych… A wszystko to tylko częściowo obsadzone, bo ich załogi były dopiero w drodze na wyznaczone pozycje. Reszta musiała walczyć bez sztabu, bez wodza, pozbawiona zapasów strategicznych… Pierwszego września padł Berlin…”

 


I jak się Wam podoba taka wizja historii? I czy chcielibyście przeczytać, co byłoby dalej?

Ocena: 5/6

 

niedziela, 18 marca 2012

 

Antonina Kostrzewa, Zawstydzeni, czyli skazani na.. samotność

Wydawnictwo: Astrum, 2010

 

Bardzo się cieszę, że otrzymałam tę książkę od Clevery w ramach wymiany, którą niedawno rozpoczęłam na moim blogu (wysłałam jej „Los utracony” Imre Kertesza). Gdyby nie ona, pewnie nigdy nie przeczytałabym tej książki, ani się o niej nie dowiedziała (nie ma jej też w żadnej z miejskich bibliotek).
„Zawstydzeni, czyli skazani na.. samotność” to utwór wyjątkowy. Złożony ze wstępu i dwóch opowiadań, w których autorka stara się nam ukazać świat ludzi nieśmiałych i samotnych. Rozpoczyna się tak:

 

„Wstęp, czyli kim jesteśmy?

W dzisiejszym świecie osobom nieśmiałym ciężko poznać kogoś nowego. Jesteśmy coraz mniej społeczni. Wszędzie panuje kult jednostki i pęd sukcesu. Mamy coraz mniej czasu dla naszych bliskich, a szczere rozmowy z przyjaciółmi zamieniamy na wirtualne pogaduchy. Ciężko nam się przyznać, że także tacy jesteśmy. Niektórzy bardziej, inni mniej.”

 
Po przeczytaniu tego prawie dwudziestostronicowego wprowadzenia, nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać dalej. Domyślałam się tematyki, ale forma, którą wybrała Antonia Kostrzewa bardzo mnie zaskoczyła. I to podwójnie.

Pierwsze opowiadanie „Samotna w wielkim mieście” opowiada o Yoshiko i Kazuo, którzy poznają się, zakochują w sobie, ale pomimo tego nie zamieniają z sobą nigdy ani jednego słowa, co dla obojga kończy się tragicznie. To smutny tekst. Tytuły rozdziałów zdają się sugerować, wbrew treści, że możliwy jest „happy end”. Narracja nie jest jednorodna, raz trzecioosobowa, a raz pierwszoosobowa, czasami przetykana cytatami myśli w pierwszej osobie pisanymi kursywą. Bardzo ciekawy zabieg i daje dobry efekt. Dzięki niemu poznajemy wydarzenia z punktu widzenia Yoshiko:

 

„Już nie martwiłam się o Kazuo, tylko byłam zła na całą sytuację. Tę całą otoczkę. Czułam się jakbym nie miała serca. Tyle czasu ostatnio spędzaliśmy ze sobą i choć byłam zdenerwowana na siebie i na Niego, że żadne z nas się nie odezwało ani nie zrobiło niczego innego, co mogłoby być pierwszym krokiem, to… Już sama nie wiem, co o tym myśleć.

 

Chyba go kocham. Tak po prostu. Nie wiem, kiedy się w nim zakochałam, ale czułam to. Takie silne uczucie, a nawet nie wiem, czy On także coś do mnie czuł? Jakbym miała teraz, choć jedna szansę, by wyjawić mu moją miłość, pewnie bym to zrobiła, ale znając życie pewnie znów się oszukuję. Nigdy moje wargi nie poruszą się i nie wypowiedzą w Jego kierunku żadnego słowa.”

 
Trochę zabrakło mi w postępowaniu bohaterów jakiejś dojrzałości czy rozsądku. Szczególnie w zakończeniu zdają się bardziej parą rozchwianych emocjonalnie nastolatków niż dorosłymi ludźmi (ona ma 24, on 28 lat). Całość jak dla mnie trochę zbyt „wydumana”.

Drugie opowiadanie – „Samotny w wielkim bólu” – czytało mi się zdecydowanie lepiej. Bez japońskich imion, osadzone w polskiej rzeczywistości, prostsze, choć też trochę melodramatyczne:

 

"Nazywam się Sławek. Tak po prostu. Podawanie mojego nazwiska, czy adresu jest zbyteczne, tak jak i pozostałych w tej historii. W życiu dużo przeszedłem, ale wciąż czuję się przytłoczony przez samotność. Może nie powinienem narzekać, bo mam przy sobie moje oczko w głowie, czyli moją wspaniałą, kochaną córeczkę. Dzisiaj będzie miała swoje trzynaste urodziny, a to już najwyższy czas, by powiedzieć jej, jak poznałem jej matkę i jak to się stało, że nie ma jej teraz przy niej. Część prawdy już zna, ale dopiero teraz twierdzę, że dorosła na tyle, by poznać dokładnie, czym jest miłość i poświęcenie."

 

Taką historie pewnie gdzieś już czytaliście lub oglądaliście. Nieśmiały Sławek i chora na raka dziewczyna Kasia. To ona nawiązuje z nim rozmowę na imprezie u znajomych, zaprasza do siebie, a później okazuje się, że konsekwencją wspólnie spędzonej nocy jest dziecko, którego ona nie chce usunąć mimo zagrożenia własnego życia. Co w takiej sytuacji zrobi Sławek? Historia może nie jest oryginalna, ale bardzo dobrze napisana. Emocje mężczyzny (bo tym razem poznajemy męski punkt widzenia na nieśmiałość i samotność), jego sposób myślenia i postępowania zostały bardzo dobrze przedstawione. Autorka stworzyła wiarygodny portret psychologiczny (nie mówiąc o tym, że wycisnęła przy okazji ze mnie wiele łez).

Szkoda, że takie książki jak ta przechodzą u nas prawie niezauważone. Jeżeli chcecie to zmienić i poznać twórczość tej autorki, to zapraszam na jej blog:


http://antoninakostrzewa.blogspot.com



Gdzie nie tylko można poczytać, co ma do powiedzenia, ale także znaleźć linki do jej opowiadań i pobrać ich fragmenty.

Ocena: 4+/6

 

wtorek, 06 marca 2012

 

Andrzej Pilipiuk, Rzeźnik drzew

Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2009

 

Książek Andrzeja Pilipiuka na moim blogu ciąg dalszy. W ekspresowym tempie nadrabiam zaległości, już w sobotę spotkanie z pisarzem w nowej bibliotece Manhattan w Gdańsku! „Rzeźnik drzew” to zbiór 12 opowiadań (tym razem bez Jakuba Wędrowycza). Zastanawiałam się, co je łączy. Dwa pierwsze są zdecydowanie w stylu Wędrowycza (zabawne, trochę absurdalne), a w pozostałych przeważa motyw podróży w czasie (znany mi z „Operacji Dzień Wskrzeszenia”, pisane w podobny sposób, „na poważnie”). Wszystkie teksty czyta się z przyjemnością, mają charakterystyczne zaskakujące zakończenia.

Najbardziej dziwi mnie to, że nie przeszkadza mi w nich duża dawka historii, jej ważna rola (nigdy nie przepadałam za historią i powieściami historycznymi). Autor umieszcza akcję swoich opowiadań w różnych miejscach (jednak najczęściej w Warszawie) i czasach: cmentarz na Powązkach, Warszawa w czasach PRL-u, Sankt Petersburg 1903 r., wieś Zgniła Woda, okolice Dniepru, Syria 1923 r. Tematy poruszane przez Pilipiuka również są bardzo urozmaicone: alternatywna wizja dziejów Polski i świata, nawiedzony teatr, kosmici, smok i chińskie jajka, droga do Raju, „zombiaki”, „łotrowskie” drzewo, tajemnicza biblioteka, badania archeologiczne. Dziwna mieszanka. Ja bym je chyba pogrupowała tematycznie i wydała osobno, w mniejszych zbiorach, np. tom z tekstami o Warszawie lub o podróżach w czasie czy światach alternatywnych. A może taka różnorodność to zaleta?

Po prawie pięciuset stronach „Rzeźnika drzew” wydaje mi się, że znam już styl Andrzeja Pilipiuka trochę lepiej. Sposób pisania, kształtowania bohaterów, tematy, rozwiązania fabuły. Wciąż jednak nie mam dość. Zaczęłam kolejny tom opowiadań. Tak samo ciekawe.

A na koniec do poczytania cytat z jednego z opowiadań – „Bunt szewców”. Amiwelechus Marv, pochodzący z innego świata, wypowiada się na temat ziemskiej cywilizacji w ten sposób:

 

„A jednak czuję niesmak. Trudno to wytłumaczyć, kto cale życie obcował z wytworami techniki. Nauczyłem się używać komputera, rozmawiam przez telefon. Elektryczność czy silnik spalinowy nie budzą mojego zdziwienia, a jedynie odrazę. Żyjąc wśród ludzi, musiałem przyjąć pewne obowiązujące tu reguły. Ale nie rozumiem ich.

Ziemska cywilizacja dokonała dziwnego skrętu, coś przetrąciło jej kręgosłup. Nie potrafili w porę zatrzymać postępu i teraz technika pożera ich świat. Nawet nie dostrzegają, jak bardzo technika zmieniła ich mentalność. Nie umieją już żyć bez ułatwień. Zmiękli, zdegenerowali się, wyrodzili. Nie są w stanie cieszyć się codziennym trudem, wysiłkiem, bólem zmęczenia. Płaczą, że nie mają pracy, a jednocześnie od setek lat konstruują coraz wymyślniejsze maszyny, by się od tej pracy uwolnić.

Wolne chwile zatruwają oglądaniem telewizji albo czytaniem. Nie mając własnych kłopotów, przejmują się zmyślonymi problemami innych. Pamiętam głęboki szok, który przeżyłem, gdy zorientowałem się, że miliony ich książek są prawie bez wyjątku wyssane z palca. Ale zaraz zrozumiałem, dlaczego nasi mędrcy nazwali ten świat „Ziemią Kłamców”.

 

Pod wpływem tego tekstu przyszło mi do głowy pytanie: A czy Wy umiecie się cieszyć „codziennym trudem, wysiłkiem, bólem zmęczenia”?

Ocena: 5/6

 

PS Zapomniałam wspomnieć o okładce „Rzeźnika drzew”, która wyjątkowo, w przypadku wydawnictwa Fabryka Słów, bardzo mi się podoba.

 



wtorek, 28 lutego 2012

 

Andrzej Pilipiuk, Kroniki Jakuba Wędrowycza

Wydawnictwo: Fabryka Słów, wyd. I - 2001, wyd. III - 2003

 

Andrzej Pilipiuk to moje kolejne wielkie odkrycie, jeżeli chodzi o polską fantastykę (niedawno zachwycili mnie: Anna Kańtoch, Jarosław Grzędowicz, Rafał Kosik). A trafiłam na niego przypadkiem. Gdy dowiedziałam się, że na otwarcie nowej biblioteki w Gdańsku będzie można się z nim spotkać, postanowiłam najpierw sprawdzić, czy warto, sięgając po jego dzieła. I teraz już wiem. Naprawdę warto. Przeczytałam dwie jego książki, zaczęłam trzecią, jeszcze jedna stoi na półce i czeka. Mam zamiar do 10 marca (termin spotkania) poznać jak najwięcej. A potem chyba przeczytam wszystko, co napisał.

Dobrze, że najpierw wypożyczyłam „Kroniki Jakuba Wędrowycza”. To pierwsza część cyklu opowiadań z tym bohaterem w roli głównej. Jakub jest niesamowity. Nie myślałam, że można aż tak polubić osiemdziesięcioletniego alkoholika, przestępcę i „cywilnego” egzorcystę w jednym. To postać tak barwna jak absurdalna, łącząca kilka sprzecznych cech. Tak przedstawia go w „Protokole zatrzymania”, zamieszczonym na końcu książki, autor:

 

„Wojsławice 6 IX 1985 r.

POUFNE

Protokół zatrzymania.

Imię: Jakub

Nazwisko: Wędrowycz

Urodzony: ok. 1900 roku. Dokładnej daty sobie nie przypomina.

Zamieszkały: Stary Majdan, gmina Wojsławice.

Wykształcenie: 3 klasy szkoły gminnej (jeszcze za cara). Obecnie, jak twierdzi, niepiśmienny (analfabetyzm wtórny).

Zawód wyuczony: Brak danych. Zatrzymany odmówił odpowiedzi.

Zawód wykonywany: Pasożyt społeczny notorycznie uchylający się od pracy. Notowany za kłusownictwo i bimbrownictwo oraz niszczenie mienia organów ścigania.

Powiązania:

Semen Korczaszko: rosyjski monarchista
Józef Paczenko: bimbrownik,
Paweł Markowski: ksiądz.

Stosunek do ustroju państwa: Obsesyjnie negatywny.

Przyczyna aresztowania: Rozkopywanie grobu na cmentarzu parafialnym celem profanacji zwłok przy użyciu osikowego kołka. Ujęty na gorącym uczynku.”

 

I właściwie więcej nie trzeba o nim opowiadać. Trzeba przeczytać samemu. Tak jak Andrzej Sapkowski stworzył wiedźmina Geralta, tak Andrzej Pilipiuk stworzył swojego Jakuba Wędrowycza – antysuperbohatera. Wędrowycz potrafi pozbyć się niechcianych duchów, utopca, czarownicy czy implantu kosmitów. Mieszanka nawiązań literackich i filmowych jest „zabójczo” śmieszna (jako jeden z bohaterów pojawia się agent Mulder z „Z archiwum X”). Czasami Jakub postępuje jak fachowiec, innym razem jak wioskowy głupek (rozbrajając głowicę nuklearną, którą bierze za pralkę lub inny wynalazek techniki i zamierza oddać na złom, by zarobić na piwo „Perła”). Zawsze jednak wychodzi cało z opresji. To nie jest ani typowe fantasy, ani typowe SF. To jest jakaś oryginalna mieszanka „wszystkiego” (pojawia się nawet nawiązanie do baśni i „Czerwonego kapturka”) dziejąca się w realiach polskiej wsi (głównie w okolicach karczmy, a bohater bardzo rzadko jest trzeźwy).

Nie wiem, jak wy, ale ja mam ochotę na więcej absurdalnych przygód Jakuba Wędrowycza. Więcej Pilipiuka. Jego humoru, pomysłowości i oryginalnego stylu.
A na koniec muszę jeszcze pochwalić okładkę. właśnie tak wyobrażam sobie Jakuba Wędrowycza. Ta mina, ta poza. Cały on :-).

Ocena: 5+/6



sobota, 14 stycznia 2012

 

Obywatel, który się zawiesił, Rafał Kosik

Wydawnictwo: Powergraph, 2011

 

Ponieważ nie mogę nigdzie wypożyczyć „Kameleona” (2008) Rafała Kosika, bardzo się ucieszyłam, gdy odkryłam, że autor napisał jeszcze jedną książkę dla dorosłych czytelników, oprócz powieści „Mars” (2003) i „Vertical” (2006), zbiór opowiadań „Obywatel, który się zawiesił” (listopad 2011). Wydany w twardej okładce, z futurystyczną ilustracją autorstwa samego Kosika (wydawnictwo Powergraph też jest jego własnością), ok. 345 stron, zawiera 10 opowiadań o różnej długości (od 6 do 68 stron). Jednak radość trwała krótko.

Jeszcze w drodze powrotnej z biblioteki, w tramwaju, przeczytałam pierwsze z opowiadań, tytułowe – „Obywatel, który się zawiesił”. I okazało się, że to nie typowe SF, raczej przypomina film sensacyjny o mężczyźnie, który zwariował, zabarykadował się w domu i zabija każdego, kto się do niego zbliży, a to wszystko z powodu niezapłaconego podatku za zamknięcie własnej firmy. Oto fragment rozmowy policjantów obserwujących jego dom:

 

„– Kapitan Preis – przedstawił się – Prosił pan o wsparcie.

– Prosiłem o brygadę antyterrorystyczną.

– Są w drodze. Kto tam jest?

– Nazywa się Łukasz Wroński. Były biznesmen. Miał sporą firmę handlującą roślinami doniczkowymi. Obecnie pewniak do psychiatryka albo jeszcze lepiej do kostnicy. Na posesji leżą ciała czterech ochroniarzy i dwóch naszych.

–  Jezu! Co mu odwaliło?

– Odmówił zapłaty należności dla skarbu państwa. Po trzech wezwaniach przyjechał komornik, ale gość go spławił, więc komornik wrócił ze wsparciem. Wsparcie leży w ogródku, komornik w szpitalu.

– A nasi?

– Próbowali sforsować tylne drzwi. Rozwalił ich przez szczelinę strzelniczą.

– Szczelinę strzelniczą?!

– Ten dom to twierdza. Okna kuloodporne, drzwi z pancernej stali. Nie pozwolił nawet zabrać ciał.

Młody policjant oparł głowę o błotnik i zapytał:

– Ile miał do zapłacenia?

– Trzysta osiemnaście złotych i pięćdziesiąt trzy grosze.”


Widać wyraźnie, że autorowi nie brakuje poczucia humoru i wyczucia absurdu w codziennym życiu. To jeden z lepiej napisanych tekstów w tym zbiorze.

Informacja z okładki okazała się prawdziwa – gatunkowo opowiadania należą do horroru, sensacji i SF. Jest to więc bardzo różnorodna mieszanka i dla mnie osobiście najlepsze są te ostatnie, które przypominają mi czytane wcześniej powieści Kosika. Ściśle mówiąc dwa z opowiadań są alternatywnymi wersjami historii w nich ukazanych. „Wyprawa szaleńców” dzieje się w „świecie lin”, czyli w Verticalu, a tekst „Ohyda” w końcowej części przedstawia początki „komplantu”, wynalazku znanego „na Marsie”. Opowiadania powstały w latach 2001 – 2007 i były wcześniej wydawane w czasopismach.

Najtrudniej czytało mi się drugie – „Skrytogrzesznicy”, w którym bardzo szybko zmieniają się wydarzenia, bohaterowie, czas. Trochę to oszołamiające i początkowo niezrozumiałe. Czytałam je w poczekalni u lekarza i doczytałam jedynie do połowy, a potem zraziłam się do książki na kilka dni. Mimo że pomysł dobry, docenia się go dopiero na końcu, po przebrnięciu 50 trudnych stron. Podróże w czasie, rozmowy między równoległymi światami, możliwość poznania przyszłości, testy wierności – materiału starczyłoby na powieść.

Z kolejnymi tekstami nie było lepiej. Pewnie przez zaskoczenie, że Kosik pisze w innym niż wcześniej gatunku literackim. „Mgła” to horror, o dziewczynie i chłopaku szukających zapomnianego domku w lesie. Gdy go odnajdą, przeżyją w nim niesamowite i straszne rzeczy. Przy okazji warto zauważyć, że główny bohater kilku opowiadań, tego również, ma na imię Adrian, co na pewno nie jest przypadkowe, choć nie tworzą one jakiejś całości.

„Za dobre to zrobiliśmy”
przenosi nas w świat reklamy i praw rządzących agencjami i ludźmi w nich pracującymi. W połowie tego opowiadania zrezygnowana zaczęłam „skakać” po tomie szukając SF i „znanego mi” Kosika. Nie było łatwo. Większość opowiadań jest inna.

„Coś czego nigdy nie pamiętamy”
– opowieść ze świata snu, mężczyzna poszukuje żony i dziecka, którzy nagle zniknęli podczas wspólnych wakacji nad morzem.

„Ohyda”
– o telewizji, programach typu reality-show i do czego są w stanie posunąć się producenci, by zarobić pieniądze, trochę też o polityce i demokracji.

„Pokoje przechodnie”
– króciutki tekst o tym, jakby to było, gdyby każdy z pokojów w mieszkaniu znajdował się w innej części świata, do tego ulegał niekontrolowanemu przesunięciu w przestrzeni.

„Szczelina”
– o pociągu jadącym z Warszawy do Krakowa, lecz czasami przenoszącym ludzi w inny wymiar.

„Czy ktoś tu widział Boga?”
– o życiu po śmierci w nudnym niebie, zarządzanym automatycznie.

„Wyprawa szaleńców”
– misja naukowców, konstruktorów, artystów i marynarzy, którzy na kilkudziesięciu żaglowcach wyruszają w poszukiwaniu ratunku dla świata, który powoli pogrąża się w wodzie.

Oceniając tom jako całość, stwierdzam, że nie jest zły, ale że jest zdecydowanie gorszy od powieści. Choć opowiadania napisane zostały w podobnym stylu, nie są jednak tak dobrze dopracowane, tak oryginalne i zachwycające. Pojawiają się w nich ciekawe wynalazki, ważne problemy społeczne i polityczne, niewyjaśnione zagadki. Czegoś w nich jednak za mało, to dopiero szkice, pomysły, gotowe do rozwinięcia. Brakuje charakterystycznych bohaterów, którzy zostaliby w pamięci. Wszyscy zlewają się w jednego Adriana, plus może jeszcze jedną Magdę. To chyba wada całej twórczości Kosika – skupiając się na fabule, zapomina o tworzeniu ciekawych i głębokich portretów psychologicznych postaci. W powieściach jednak nie jest to tak widoczne, bo tam skupiamy się na niesamowitych światach stworzonym przez autora i wymyślonych przez niego tajemnicach.

Zastanawiam się, jaki będzie drugi tom opowiadań, zapowiedziany już na 2012 rok, o tytule „Nowi ludzie”. I czy wiedząc, czego mogę się spodziewać, będę bardziej zadowolona z ich czytania? Oby. I oby autor napisał jeszcze wiele powieści.

Ocena 4+/6



środa, 07 grudnia 2011

 

Sześć razy śmierć, Adam Zalewski

Wydawnictwo: Funky Books, 2010

 

Są książki, od których ciężko się oderwać i to właśnie jest jedna z nich, zbiór sześciu opowiadań o morderstwach, szaleńcach i seryjnych zabójcach – Sześć razy śmierć. Na okładce reklamowana jako dzieło polskiego mistrza grozy i zakwalifikowana w bibliotece jako horror, tak naprawdę nie jest straszna, jest przerażająca. Nie bałam się podczas lektury, ale byłam przerażona tym, do czego zdolni są bohaterowie opowieści. Czytanie o sadystycznym ojcu i mężu, który katuje swoją rodzinę, żeby odreagować stres po pracy, czy poznawanie historii schizofrenika-rzeźbiarza, który zaczyna „rzeźbić” swoje ciało (a później ciała innych) za pomocą noża, trudno nazwać przyjemnością. Książka wywołuje skrajne emocje. Pełna jest cierpienia i śmierci, opisów od których cierpnie skóra, czoło się marszczy, a oczy najchętniej by się zamknęły, żeby nie widzieć tego całego okropieństwa.

To na pewno są historie dla dorosłych. Kojarzą mi się z nowelami pozytywistycznymi (ten sam realizm w opisywaniu rodzinnych dramatów, ludzkiej głupoty), powieściami Thomasa Harrisa o Hannibalu Lecterze (Czerwony smok nawet został w jednej z nich wprost przywołany), filmem Piła (przez opisy znęcania się i morderstw) i Zbrodnią i karą Fiodora Dostojewskiego (pokazywanie wydarzeń z punktu widzenia zabójcy). Omawiam je tu łącznie, ale właściwie każdej można by poświecić osobny wpis.


Kilof – o sadyście znęcającym się nad żoną i synem.

Osiedle drwali
– o samosądach: zbiorowym i indywidualnym w małej, górskiej wiosce.

Agnes
– o recenzentce literatury, która nienawidzi mężczyzn i seksu.

Rzeźbiarz
– o schizofreniku okaleczającym ludzkie ciała.

Krwawy ślad
– o morderstwach prostytutek i samotnych kobiet.

Nad rzeką węży
– o turystycznej wyprawie trójki znajomych z tajemniczym przewodnikiem.

 

Pierwsze z opowiadań wydało mi się najsłabsze, ostatnie najlepsze. (Możliwe, że musiało trochę potrwać zanim przyzwyczaiłam się do stylu Adama Zalewskiego i poruszanej przez niego tematyki). Wszystkie napisane są z pomysłem i dużym talentem. Pierwsze poraziło mnie ukazanym okrucieństwem, podobnie końcówka drugiego była bardzo makabryczna. Zastanawiałam się, czy chcę czytać dalej. Przełomowe okazało się trzecie – Agnes, w którym pisarz świetnie ujął problem subiektywnych opinii recenzentów i ich wpływu na karierę twórców. Od czwartego przestałam zwracać uwagę na język opowieści, stał się dla mnie doskonale przezroczysty, a opisywane wydarzenia rozgrywały się wprost w mojej wyobraźni, jak film. Minimalna ilość słów budujących sceny, dużo dialogów, wciągająca akcja. Ostatnie opowiadanie zdecydowanie najlepsze, najmniej drastyczne, z powoli odkrywaną tajemnicą i zaskakującym, tragicznym końcem. Wszystkie na długo zostaną w pamięci. Podobnie jak przesłanie, które niosą, o tym, że zło i źli ludzie istnieją.

Mottem Rzeźbiarza są następujące słowa:

 

„Żyją pośród nas. Większość z nich to ludzie

zupełnie nieszkodliwi. Niekiedy jest inaczej.

Jedni i drudzy potrzebują pomocy i opieki.

Jedni i drudzy zasługują na współczucie.”

 

Można by je odnieść do postaci z całego zbioru. Uznać, że wszyscy przedstawieni w nim mordercy to wariaci, chorzy, którzy nie są winni popełnionych zbrodni, bo nie popełnili ich świadomie, z premedytacją. Sami cierpią, nie mają wpływu na to, co robią, nie panują nad agresją i „głosami”, które słyszą w głowach. Najstraszniejsze w tej myśli jest to, że podobni im żyją wśród nas, a my możemy ich kiedyś spotkać na swojej drodze.

Gdyby nie Avo_lusion i jej pozytywne recenzje twórczości Adama Zalewskiego, pewnie nie sięgnęłabym po tę książkę albo odłożyłabym ją po pierwszym opowiadaniu. Teraz czuję, że przeczytam wszystkie pozostałe powieści tego autora. Na półce już czeka debiutancka – Biała wiedźma, a ja nie mogę się doczekać, żeby ja otworzyć i dać się wciągnąć lekturze. Jest sporo grubsza, wiec jeżeli znowu zacznę czytać na noc, to nie pójdę spać o drugiej jak przy Sześć razy śmierć, a nad ranem. Dziękuję Danusiu!

Ocena: 5/6

 

poniedziałek, 05 grudnia 2011

 

Bajki dla dorosłych

Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2009

 

700 stron, 12 autorów, 12 opowiadań. Tak w liczbach można by podsumować antologię Bajki dla dorosłych. Do jej wypożyczenia z biblioteki skłoniły mnie nazwiska na okładce: Kańtoch, Grzędowicz, Białołęcka. I kilka innych, które wtedy znałam jedynie ze słyszenia. Teraz moja lista polskich autorów piszących fantastykę, których książki chciałabym przeczytać znacznie się wydłużyła. Szczególnie o nazwiska dwóch piszących pań: Kossakowskiej i Kozak. Nie będę się już również wahała przy pozostałych pisarzach, bo odkryłam, że oni naprawdę umieją pisać :-). Może nie wszystkie opowiadania były dokładnie w moim guście, może nie wszystkie zapamiętam na długo, ale na pewno dobrze się bawiłam przy czytaniu, a oto też chodzi.

Antologia powstała po śmierci jednego z pisarzy – Tomasza Pacyńskiego i jest hołdem pamięci złożonym mu przez kolegów po fachu, a może raczej „po piórze”. Temat zaczerpnięty został z opowiadania „Packa” pod tym samym tytułem zamieszczonego w tej książce jako pierwsze. Bajki dla dzieci są tam przeciwstawione tym dla dorosłych, w których "Świat to strachy i zmory, które czyhają wszędzie", a na tym świecie "Są mroczne siły, silniejsze od nas. Gniewne, złe i rozczarowane. Łakome krwi i zemsty". To fragment tego opowiadania:

 

„– Zdajesz sobie sprawę, w co się pakujesz? I jak małe są szanse?

Skinęła głową.

Wiedziała wszystko. Już poznała prawdę, że na świecie są nie tylko wredne, dziecinne bajki, niegrzeczne misie, które nie chcą podać łapek. Są też bajki dla dorosłych.

Pora dorosnąć, napłynęło wspomnienie. Kiedyś to słyszała, od pieprzonego wujka pedofila. Wprawdzie wujek miał na myśli inną dojrzałość, ale to, co mówił zyskiwało jakiś sens. Właśnie dorosła.

Są na świecie strachy i upiory. Są potwory takie jak my, uświadomiła sobie.”

 

Bajki dla dorosłych pełne są bohaterów takich, jak: św. Mikołaj, elfy, krasnoludy, jednorożce, smok, diabeł, Śnieżka, Roszpunka, Czerwony Kapturek, wampir, Dzwoneczek i wiele innych. Mamy w nich odwołania do utworów Tolkiena, braci Grimm, a nawet Biblii i polskiej literatury patriotycznej (Mickiewicza, Słowackiego, Żeromskiego). Bardzo dziwna to mieszanka i zaskakująca. Zależnie od charakteru i talentu pisarza, opowiadania są albo zabawne, albo smutne, albo dające do myślenia. Każdy powinien znaleźć wśród nich coś dla siebie:

 
Tomasz Pacyński
, Bajki dla dorosłych – o Dziadku Mrozie, jego ukochanej czarownicy i zemście na „mrocznym bogu”.

 
Anna Kańtoch
, Za siedmioma stopniami – o prezencie urodzinowym, który straszy, nietypowym Czerwonym Kapturku i śmierci, która przychodzi z niespodziewanej strony.

 
Robert J. Szmidt
, To będą inne święta – o wypadku na autostradzie, ubranym na czarno Mikołaju i dostarczaniu prezentów w Wigilię.

 
Wojciech Świdziniewski
, Bądź moim krukiem – o pisarzu – alkoholiku i jego wymyślonym świecie elfów i krasnoludów, który niespodziewanie przenosi się do Białegostoku, i o miłości – tej wymarzonej.

 
Magdalena Kozak
, Polowanie na jednorożce – o „złej” kobiecie, która walczy z plagą jednorożców przemieniających ludzi w „świętych”.

 
Eugeniusz Dębski
, Trupi tan – o handlu trupami, które po śmierci stają się tanią siłą roboczą bez świadomości i pracują w nielubianych i niebezpiecznych zawodach; o synu, który sprzedał ojca.

 
Rafał Dębski
, Gdy smok powie dobranoc – o pojedynku smoka z elfem i o tym, kto okazał się sprytniejszym oszustem.

 
Jacek Komuda
, Partia porucznika Szymańskiego – o powstaniu styczniowym, walce dobra ze złem i szatańskich pokusach „łatwego” odzyskania niepodległości przez Polskę. 

 
Jarosław Grzędowicz
, Chwila przed deszczem – o „neogenach”, nadludziach ze zmodyfikowanym DNA, a także o biblijnym potopie i karze za zabawy z genetyką.

 
Andrzej Pilipiuk
, Dzwon wolności – o Syberii, tajemniczej legendzie i dzwonie, który odmieni losy świata.

 
Ewa Białołęcka
, Skok na żywca – o napadzie rabunkowym, w który zamieszane są Śnieżka z Roszpunką.

 
Maja Lidia Kossakowska
, Smak kurzu – o krainie wróżek, która przestanie istnieć, jeżeli nie będziemy w nią wierzyć; o równowadze, w jakiej utrzymują świat rozum i wyobraźnia.

 

Właściwie o każdym z tych opowiadań mogłabym napisać dużo więcej. Ale wydaje mi się, że lepiej będzie, jeżeli sami je przeczytacie. U mnie w wypożyczalni widziałam jeszcze dwie antologie wydawnictwa Fabryka Słów i myślę, że w niedługim czasie sprawdzę, czy czyta się je równie przyjemnie, jak Bajki dla dorosłych.

Ocena: 5/6

 

czwartek, 24 listopada 2011

 

Księga jesiennych demonów, Jarosław Grzędowicz

Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2003

 

Okładka tej książki sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z przerażającymi opowiadaniami. Podobnie opis z tyłu – „Tak demonicznych i mrocznych opowiadań nie przeczytasz w żadnej innej książce”. Oczywiście wszystko to gruba przesada. Nie wiem, kto to wymyśla, ale książkę z taką okładką i takim opisem na pewno omijałabym szerokim łukiem, gdyby nie to, że postanowiłam poznać laureatów Nagrody im. Janusza A. Zajdla przyznawanej w dziedzinie fantastyki (pisałam o tym w poprzednim wpisie, więc nie będę się powtarzać).

Opowiadania w ogóle mnie nie przestraszyły. Scharakteryzowałabym je zupełnie inaczej niż wydawca. To prawda, że mamy w nich do czynienia z rożnymi nadprzyrodzonymi postaciami: diabłem, aniołami, Bogiem, wilkołakiem itd., ale autor moim zdaniem nie ma na celu wystraszenia czytelnika. Tematem wszystkich opowiadań są raczej problemy natury psychologicznej. Bohaterowie to ludzie, którym w życiu z rożnych powodów nie wyszło. Brakuje im albo pieniędzy, albo miłości, albo sukcesów w pracy. Wszystkim można by przypisać lekką jesienną depresję, stąd pewnie tytuł. Książka jest o demonach, ale nie tych, którymi straszą nas horrory, ale tych, które nosimy w sobie, z którymi walczymy na co dzień, a w szczególności jesienią, gdy na dworze robi się szaro i ponuro.

Czy nie przydałby nam się czasami wszystkowiedzący szaman, który w pierwszym rozdziale tak zwraca się do zagubionego klienta w sklepie z magią:

 

„– Zostaw te tandetne talizmany, człowieku – powiedział sprzedawca. – Tobie potrzebna jest prawdziwa pomoc. Zgubiłeś drogę, co? Wszystko się wali, bez żadnego powodu? Nosisz płaszcz, teczka pod pachą. Jesteś poważnym człowiekiem. Żadnych kadzidełek, horoskopów, kryształów. Stoisz twardo na ziemi, a jednak tu wszedłeś. Oglądałeś wizytówki, potem talizmany. Tu są ciekawsze rzeczy dla zatwardziałego materialisty. Mnóstwo gadżetów, którymi można ozdobić mieszkanie albo zrobić komuś prezent. Niebo się wali, co?

– A co? Sprzedasz mi specjalny towar? Taki, który naprawdę działa? – zakpił Jacek.

– Nie trzymaj tej zasuwy – oznajmił sprzedawca cierpko. – Możesz ją otworzyć i iść dalej. Chociaż wygląda na to, że nie masz dokąd. Zgubiłeś swoja drogę przyjacielu. – Wyciągnął palec w kierunku tablicy z ogłoszeniami. – Szaman miejski. To moja wizytówka. Jeżeli wiesz, co dalej robić, idź. Jeżeli nie wiesz, zrób to, co się w takich razach robi od wieków. Usiądź i zapytaj szamana.” 

 

Czy ten fragment nie jest intrygujący? Mogłabym wypisać jeszcze kilka, które bardzo mi się podobały, ale zabrałoby to zbyt wiele miejsca. To jedna z tych książek, które porywają czytelnika, ale nie tempem akcji, zagadkami czy wyobraźnią autora. To wszystko tu jest, ale najważniejsza jest głębia psychologiczna każdego z tekstów. W każdym z nich można znaleźć coś mówiącego o człowieku, jego lękach, potrzebach. Pięć opowiadań plus krótki prolog i epilog, 413 stron. Jedno opowiadanie ma ok. 70 stron. Czy to nadal jest krótki utwór prozatorski? Nie są długie, ale podobnie jak w przypadku opowiadań Anny Kańtoch długość tekstu jest wystarczająca, żeby wczuć się w akcję, poznać bohaterów, zrozumieć myśl pisarza. Zaczynam się przekonywać do takiej formy opowiadania. I doceniam zalety. Jedna książka – aż 6 intrygujących historii. Aż chciałoby się każdą opisać Wam po kolei, ale to zepsułoby radość czytania, bo w większości przypadków zawierają one nieprzewidziane zwroty akcji, tajemniczych bohaterów i zaskakujące zakończenia.

Podam tylko krótki zarys początku każdego tekstu:

Klub absolutnej karty kredytowej jest o człowieku, który zawsze cierpiał na brak pieniędzy i nagle otrzymuje tajemniczą kartę kredytową z nieograniczonymi środkami na własny użytek.

Opowieść terapeuty
– o psychologu, który w każdy czwartek ma depresję, bo nie ma już sił pomagać swoim pacjentom i marzy o tym, by mieć boską moc leczenia dusz. Do jego gabinetu zgłasza się niezwykły pacjent.

Wiedźma i wilk – historia czarownicy żyjącej w związku z alkoholikiem i sadystą, która postanawia się wyzwolić przy pomocy wilkołaka.

Piorun – o mężu, który próbuje rozgryźć zdradę żony.

Czarne motyle – samotna starsza pani przyjmuje w swoim pensjonacie agroturystycznym spóźnionego gościa, kulturalnego pana po sześćdziesiątce. Co z tego wyniknie?

Moje streszczenie tylko udowadnia, że nie sposób tej książki opowiedzieć (ma w sobie dużo więcej treści niż to wynikałoby z opisu samej fabuły). Trzeba ją przeczytać. I koniecznie sięgnąć po inne dzieła tego autora. Ja przeczytałam już powieść Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy, gorszą od opowiadań, ale o tym opowiem w jednym z kolejnych wpisów.

Ocena: 5/6

 

Zakładki:
Moje blogi
Polecane książki:
Klasyka:
Kryminały:
Fantastyka/SF:
Horror/Thriller:
Poezja:
Dla młodzieży:
Dla dzieci:
Czytadła:
Zaproszenie :-)
Akcja - opowiadanie:
Szablon:

Facebook - profil


Skrzynka pocztowa

Napisz e-mail