Wpisy z tagiem: czytadło
wtorek, 29 listopada 2011
Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2006
Powieść Jarosława Grzędowicza podobała mi się mniej niż jego opowiadania. Właściwie, gdyby skrócić ją do np. 60 stron (czyli pierwotnego tekstu – Obol dla Lilith) nic by się złego nie stało, a myślę, że miałabym bardziej pozytywne odczucia. Jak na tak długi utwór, to zdecydowanie zbyt prosta i jednowątkowa historia. Chociaż początkowe rozdziały zdają się zapowiadać świetną rozrywkę, to później właściwie fabuła zaczyna przypominać gry komputerowe, w których bohater za wszelka cenę stara się nie zginąć. Mamy walki, ucieczkę i przerażający świat Pomiędzy życiem a śmiercią. I okropne zakończenie z gatunku „deus ex machina”, czyli gdy autorowi kończą się pomysły, jak uratować swoją postać, wprowadza dodatkowy i niespodziewany czynnik, w tym wypadku – nagą czarownicę na motocyklu. A przecież miało być ciekawie. Narrator pierwszoosobowy tak opowiada o swoim dzieciństwie:
Tę historię da się logicznie wytłumaczyć – u bohatera powieści stwierdzono schizofrenię i zaczęto go leczyć. I podobno wyleczono, ale on nadal potrafi widzieć krainę „Pomiędzy”, która od czasu jego okresu dojrzewania wygląda tak:
W krainie Pomiędzy bohater odgrywa rolę Charona, albo jak sam siebie nazywa „psychopompa”, to znaczy pomaga duszom, które utknęły w tym miejscu po śmierci, przejść na drugą stronę, do światła. Choć sam nie ma pojęcia o tym, co jest dalej. Korzystając ze swoich niezwykłych umiejętności stara się też rozwiązać zagadkę morderstwa swojego przyjaciela – mnicha i dziwnych zdarzeń w jego klasztorze. Jednocześnie pracuje zawodowo na uniwersytecie, jest doktorem etnologii. Prowadzi wykłady na temat kultury Celtów (o legendach, przypowieściach, rytuałach i demonologii). Napisał też książkę o wierzeniach mieszkańców Syberii, Oceanii i Ameryki. Oba kręgi zainteresowań, zawodowy i prywatny wyraźnie się ze sobą łączą. Bohater może w praktyce sprawdzić różne podania ludowe o duchach i praktyki medytacyjne. I robi to, ryzykując własnym życiem. Jego historia jest zdecydowanie przerażająca, pełna demonów i trupów, wywołuje w czytelniku strach. Dla mnie jest zbyt mroczna i pozbawiona, w przeciwieństwie do opowiadań, drugiego dna. Doceniam język autora, tak dobry, że nie mogę się powstrzymać przed cytowaniem dłuższych fragmentów, doceniam wyobraźnię, która stworzyła bardzo konkretną krainę rządzącą się swoimi prawami. Nie odkryłam jednak sensu tej opowieści. Jedyne przypuszczenie związane jest z popularną anegdotą o tonącym człowieku, który odmawia pomocy ludzi, wierząc w pomoc Boga. Bohater podziela zdanie będące jej morałem, że radzić musimy sobie sami, bo „Bóg pomaga tylko tym, którzy sami sobie pomagają, ale nie wychodzi z cienia. Zapewne po to, by wiara nie stała się wiedzą”. Przyjmując taką interpretację, można by zaliczyć powieść Grzędowicza do „historii alternatywnych” będących ilustracjami, tego, co po śmierci. „Popiół i kurz” nie zniechęcił mnie do poznania kolejnych utworów tego pisarza. Może będą mniej mroczne i bardziej wieloznaczne. A na pewno oryginalnie napisane. Ocena: 4+/6
poniedziałek, 28 listopada 2011
Wydawnictwo: Muza SA, 2007
Bardzo byłam ciekawa twórczości tego japońskiego pisarza, o którym nie tylko głośno na blogach recenzenckich i w gazetach. Nawet moja koleżanka, która mało czyta, o nim słyszała. Nie mówiąc o tym, że pani farmaceutka z osiedlowej apteki też go uwielbia. Oczekiwania miałam więc wysokie i pewnie po części dlatego się zawiodłam. Po zmierzchu może i łatwo się czyta, ale niewiele potem w głowie zostaje. Akcji tam jak na lekarstwo, przez całą książkę prawie nic się nie dzieje. Dziewczyna siedzi w nocy w restauracji i czyta książkę. Przysiada się do niej „daleki znajomy”, którego w mieście zatrzymała nocna próba zespołu. Siedzą, rozmawiają. Nic ciekawego. W tym samym czasie siostra dziewczyny śpi, śniąc dziwny sen. Telewizor sam się włącza pokazując mężczyznę w masce siedzącego na krześle – scena jak z typowego japońskiego horroru (motyw już bardzo ograny i nudny). Pozostałą cześć fabuły można opowiedzieć w kilku zdaniach. Chyba nikomu nie zepsuję przyjemności czytania, pisząc, że jedyne czego doświadczy dziewczyna tej nocy, to pomoc pobitej, chińskiej prostytutce i rozmowa z pracownicą hotelu. I oczywiście zaprzyjaźni się z poznanym w restauracji chłopakiem, który pomoże jej naprawić relację z siostrą. Bohaterowie tej historii są bardzo przeciętni. To, co ich spotyka zwyczajne (poza dziwnym telewizorem i światem po drugiej stronie ekranu.) Nic mnie nie urzekło, nie zachwyciło, nie dało do myślenia. Do połowy książki myślałam, że to tylko taki wstęp powolny, a dalej będzie się działo. Nic z tych rzeczy. Choć akcja ma miejsce w japońskim mieście próżno tu szukać jakiś głębszych informacji na temat tamtejszej kultury czy obyczajowości. Są jakieś drobne różnice, ale wszystko równie dobrze mogłoby się toczyć w każdym innym dużym mieście na świecie. Pod tym względem też się zawiodłam. Z literatury japońskiej wcześniej czytałam jedynie „Kobietę z wydm” Abe Kobo i zdecydowanie mogę ją polecić. Natomiast źródło popularności Murakamiego jest dla mnie zagadką. Można przeczytać Po zmierzchu, ale jest przecież tyle ciekawszych książek. Ja zaliczam ją na moim blogu do kategorii „czytadeł”. Właściwie jedyne, co ją wyróżnia to język. I nie wiem, czy liczyć go na plus powieści. Trochę ciężko się przyzwyczaić do narratora, który w pierwszej osobie liczby mnogiej opisuje nam świat widziany jakby okiem kamery. Przeczytajcie sami pierwsze zdania powieści:
I jak wrażenia? Co o tym myślicie? Ja nie wykluczam, że Murakami napisał ciekawsze powieści i za nie jest kochany przez czytelników. Jednak po przeczytaniu tej jednej, nie mam już ochoty poznawać kolejnych i to się nie zmieni raczej przez dłuższy czas. Ocena: 4-/6
piątek, 16 września 2011
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2011
Bardzo chciałam przeczytać tę książkę po dwóch pozytywnych recenzjach, jakie przeczytałam na książkowych blogach. Pewnie dlatego oczekiwałam od niej bardzo wiele i na początku przeżyłam rozczarowanie. Myślałam, że książka będzie z gatunku, który lubię bardzo, czyli science-fiction. I rzeczywiście fabuła dzieje się w przyszłości, w świecie zniszczonym przez naukowców i ich genetyczne eksperymenty. Wahałabym się jednak nazwać ją fantastyczną. Bardziej przypomina romans czy powieść obyczajową. Główna bohaterka, młoda dziewczyna Rhine, zostaje porwana i zmuszona do ślubu z nieznanym mężczyzną. Razem z nią porwane zostały też inne dziewczyny, dwie z nich zostają zmuszone do ślubu z tym samym mężczyzną co Rhine. W świecie przyszłości bowiem małżeństwa są poligamiczne, a kobiety nie mają nic do powiedzenia, nawet słowa przysięgi małżeńskiej wypowiada za nie kto inny. Po ślubie trzy dziewczyny zaczynają egzystencje w domu swojego męża, w którym są bardziej więźniami niż żonami. Rezydencja jest bardzo luksusowa, z pięknym ogrodem i wszelkimi możliwymi udogodnieniami, poza wolnością. Bohaterki przypominają piękne ptaki zamknięte w złotej klatce. Sam pomysł na fabułę zapewne nie jest nowy. Kobieta porwana i zmuszona do małżeństwa z nieznajomym to temat, który pojawiał się już i w książkach, i w filmach. O eksperymentach genetycznych, świecie przyszłości mówi się za to niewiele, a przecież to mogła być siła i oryginalność tej powieści. Opisać świat, którego nie ma, bo zniszczyli go sami ludzie, tego się autorce nie udało. To, co mi osobiście przeszkadzało to właśnie ubóstwo realiów tamtego zniszczonego świata. Parę wspomnień i migawek z życia Rhine pojawia się co prawda czasami, ale jest ich bardzo mało, do tego wciąż powtarzają się te same. Książka powinna przecież mieć bogatszą warstwę faktów do opowiedzenia, a to co znajdujemy w tej z ledwością starczyłoby, żeby wypełnić krotki film. Myślę, że scenarzysta sam musiałby się napocić, żeby wymyślić dodatkowe sceny i zapełnić puste luki fabuły. Czytając cały czas zastanawiałam się, co tak naprawdę jest nie tak z tą ksiązką i naprawdę nie wiem. Chyba najsłabszą stroną jest narracja. Mało scen oddanych „na żywo”, tak żeby czytelnik mógł je sobie wyobrazić i uznać za prawdziwe. Mało wydarzeń i akcji, która nie skupiałaby się wokół małżeństwa poligamicznego i dziwnej sytuacji, w której znalazły się dziewczyny. I chyba też niewiarygodne portrety bohaterek. Szczególnie Rhine, która bardzo nienawidzi swojego porywacza, a jednocześnie współczuje mu i zaprasza do swojego łóżka po śmierci jego pierwszej żony. Coś ją ciągnie do męża, a jednocześnie sama nie zdaje sobie z tego sprawy. Postępuje fałszywie zarówno wobec niego, jak i wobec siebie. Najbardziej denerwująca postacią jest jednak mąż trzech dziewczyn – Linden, opisany jako inteligentny i wrażliwy, a w praktyce po prostu wykorzystujący swoją uprzywilejowaną sytuację bez żadnych wyrzutów sumienia. Do tego w powieści brak ciekawych dialogów. Decydująca rozmowa na podstawowe tematy nigdy nie ma miejsca między małżonkami. Może gdyby powieść została napisana w trzeciej osobie portrety psychologiczne bohaterów byłyby głębsze i bardziej interesujące. „Przepuszczone” przez świadomość Rhine są dość płaskie i odpychające. Zupełnie nie odczuwa się również grozy sytuacji, która spotkała dziewczyny, całość wydaje się tylko kostiumem dla romansu. Oto pierwsze zdania, żebyście sami mogli zdecydować, czy macie ochotę przeczytać dalszy ciąg tej historii i poznać jej narratorkę i bohaterkę – Rhine:
W sumie „Atrofia” mogłaby być dużo lepszą książką, ale pisarce czegoś zabrakło. Może talentu? A może doświadczenia w pisaniu książek? Zapowiedziane są już dwie kolejne części, docelowo ma to być trylogia. Zdecydowanie nie zamierzam ich przeczytać, żeby ponownie się nie rozczarować. Chociaż możliwe, że będą ciekawsze. Ta nadaje się na czytadło na jeden raz, pod warunkiem, że nie spodziewamy się w niej głębokich przemyśleń. Ocena: 4-/6
wtorek, 13 września 2011
Wydawnictwo: Albatros, wyd I - 2003, wyd. II - 2007
Książki Cobena to idealna lektura do czytania podczas przeziębienia. Język prosty, zabawny, dużo dialogów, żadnych skomplikowanych treści ani przydługich opisów przyrody. Problem z nimi jest tylko jeden – fabułę zapomina się zazwyczaj już kilka dni po przeczytaniu. Pamięta się za to głównego bohatera wielu powieści – Myrona Bolitara, agenta sportowego i byłego współpracownika FBI, na własną rękę rozwiązującego zagadki kryminalne. W każdej części cyklu jest taki sam i budzi sympatię z kilku powodów. Ma do siebie duży dystans, jest autoironiczny i zabawny. Do tego to typ wrażliwego faceta, który uwielbia serial z Batmanem i chciałby być trochę jak ten superbohater pomagający innym w potrzebie. Ważną stroną jego charakteru poza poczuciem sprawiedliwości jest uczuciowość. Wiele dowiadujemy się na temat jego relacji z innymi ludźmi, przyjaciółmi: Esperanzą i Winem, dziewczynami: Jessicą, Emily czy Terese, a także bardzo silna więź łączy go z rodzicami. Strona psychologiczna, nieoczekiwane zwroty akcji i wciągająca intryga kryminalna to największe atuty serii z Bolitarem. Dodałabym do tego jeszcze plastyczny język, który od początku mojej przygody z tym autorem sprawia, że czytając jego książki bez problemu potrafię sobie wszystko wyobrazić tak, jakbym oglądała film. Parę razy udało mi się też odgadnąć mordercę, co według mnie w kryminałach jest bardzo ważne. Zagadka nie może być zbyt prosta, ale czytelnik musi mieć szansę samodzielnego poukładania licznych wskazówek w jedną całość. W Ostatnim szczególe Myron rozwiązuje tajemnicę morderstwa bejsbolisty, o które została oskarżona jego przyjaciółka i wspólniczka – Esperanza. Wszystkie dowody zdają się wskazywać na nią, a ona sama nie chce o tej sprawie rozmawiać z nikim, poza adwokatką. Bohaterów jest niewielu, za to dużo mylnych tropów i tajemnic z przeszłości. Najbardziej podobała mi się okładka i związany z nią pierwszy rozdział, którego akcja toczy się na „rajskiej wyspie”. To pierwsze zdania powieści, które świetnie reprezentują styl Cobena:
Nie trzeba czytać wszystkich powieści o Myronie, by wiedzieć, co takiego sprawiło, że jest nieszczęśliwy. Autor zawsze przedstawia swoich bohaterów i ich losy w krótkich migawkach. Czasami nawet używa tych samych zdań do opisu ich wyglądu czy charakteru. Dzięki temu każda z części cyklu o Bolitarze jest zamkniętą całością. Niestety po kilku powieściach odczuwa się przesyt. Pewne motywy i rozwiązania powtarzają się, czego pewnie przy tylu utworach nie sposób uniknąć. Jednak jeżeli spodoba nam się jedna powieść Cobena, to na pewno spodobają nam się też inne. Pisarz ten ma bardzo charakterystyczny styl, choć wątpię, żeby swoimi kryminałami zapewnił sobie nieśmiertelną sławę. Zdecydowanie jest to świetna rozrywka i nic więcej. Dziwi mnie tylko, że jeszcze nie możemy Myrona Bolitara oglądać na wielkim ekranie. Jego przygody to przecież idealny scenariusz dla amerykańskiego kina. Ocena: 4/6
piątek, 02 września 2011
Książkę przeczytałam jednym tchem, a właściwie dwoma, bo o drugiej po północy zrobiłam sobie małą drzemkę i kontynuowałam następnego dnia. W sumie kilka godzin czytania. Ktoś mógłby po tym zdaniu dojść do wniosku, że książka rewelacyjna, a tak nie jest. Dlaczego? Książki Chmielewskiej pisane przez nią dawniej są tak genialne, że chyba sama autorka nie jest już w stanie sobie dorównać. Po „Byczkach w pomidorach” myślałam, że coś w niej „drgnęło” i wraca do starego stylu, ale jednak „Gwałt” jest tego zaprzeczeniem. To taka książka, której byśmy się po Chmielewskiej nie spodziewali. Po pierwsze ze względu na tytułowy gwałt, bo przecież Chmielewska zawsze sceny miłosne u siebie omijała, po drugie ze względu na gatunek. Nie jest to książka pełna trupów, nie obraca się wokół pytania „Kto zabił?”. Ewentualnie „Czy był gwałt, czy go nie było?” Akcja książki toczy się w dużej mierze na sali sądowej. Główni bohaterowie to prokurator i dziennikarka oraz dziewczyna, która twierdzi, że została zgwałcona. Ilość głównych bohaterów w sam raz. Duża liczba dialogów, humor, wciągająca fabuła, przedstawiona z różnych punktów widzenia. Świetna pierwsza połowa... Co więc z tą książką jest nie tak? Przewidywalne zakończenie i takie uczucie niedosytu, że to jednak nie tak zabawne, nie tak oryginalne jak kiedyś. „Lesio”, „Całe zdanie nieboszczyka” czy „Klin” to książki, do których można wracać wielokrotnie (sama tak robię) i za każdym razem czytelnik świetnie się bawi, śmieje się z tych samych żartów, ale w niczym mu to nie przeszkadza. Chyba wielką zaletą tamtych książek byli bohaterowie, nie tylko Lesio, ale przede wszystkim książkowe alter ego pisarki - Joanna. To z nią czytelnik się utożsamiał albo podziwiał jej osobowość, oryginalność, siłę charakteru. W nowszych książkach takiej Chmielewskiej jest coraz mniej. Ani sympatyczna dziennikarka Patrycja, ani przystojny prokurator Kajtuś, ani naiwna Stefcia nie mają w sobie tej autentyczności i wyjątkowości. Nie zaprzyjaźnimy się z nimi, nie będziemy chcieli do nich wracać. Ot zabawna historyjka, zabawne postaci, z których trochę się pośmiejemy. Właśnie tej głębi i prawdziwości brakuje w książce najbardziej. A do tego niektóre tezy na temat gwałtu w tej książce są zadziwiające.
„Gwałt” jako przeżycie budzące cudowną zgrozę, której dziewczęta nie mogą się doczekać? Autorka starała się pewnie pokazać „rozwydrzenie obyczajów” wśród młodzieży, ale jednak dziwnie czyta się takie zdania:
Jak to wstyd było „nie zostać zgwałconą”? To czym musiałby być dla kogoś gwałt, by uznać go za źródło dumy? W literaturze przedstawiano gwałt rozmaicie, jako źródło hańby, poniżenia albo cierpienia kobiety, nie tylko fizycznego, ale i psychicznego. U Chmielewskiej jest inaczej. I więcej nie zdradzę, żeby nie psuć nikomu przyjemności czytania odkrywaniem zakończenia. Jeżeli Chmielewska będzie miała pecha, to ktoś kupi prawa do ekranizacji i zrobi z „Gwałtu” głupiutką komedię romantyczną z czołówką polskich aktorów serialowych. Wątek „romantyczny” jest w książce podwójny i drugi co do ważności, zaraz po tytułowym gwałcie. Sam pomysł na historie miłosne nie najgorszy, ale zabrakło wyrazistego zarysowania postaci. To oczywiste, że od pierwszych stron powieści atrakcyjny prokurator i inteligentna dziennikarka mają się ku sobie. Pomaga im w tym fakt, że mieszkają w jednym mieszkaniu. Zaskakuje jednak niekonsekwencja w przedstawianiu ich charakterów. Ich dialogi są błyskotliwe i zabawne, pełne wzajemnych uszczypliwości i rywalizacji. Nie ufają sobie, ale coś wyraźnie ich do siebie ciągnie. On jest tym, który ma tajemnice i ukrywa różne brzydkie sekrety (romanse i szwindle). Ona nie daje się nabrać na jego piękne oczy, czułe słówka i bukiety kwiatów. Przypominają Joannę i Diabła (też prokuratora) z wcześniejszych książek Chmielewskiej, są ich „łagodniejszą wersją”, przez to też niestety mniej prawdziwą. Oceńcie sami na podstawie fragmentu skalę tego podobieństwa:
Szkoda, że później będziemy zmuszeni uwierzyć w przemianę Kajtusia i Patrycji według nudnych stereotypów. Bohaterką drugiego romansu jest Stefcia Rucka (współczesna „Trędowata” chciałoby się rzecz, ale z Stefci Rudeckiej ma ona w sobie niewiele). Poza może pierwszym zdaniem powieści, które jakoś od razu skojarzyło mi się z dziełem Mniszkówny:
Wokół tej cnoty będzie się kręciła akcja powieści. A wybrankiem serca naiwnej dziewczyny od początku będzie przestępca i pierwszy podrywacz miasta Płocka – Ziutek Klimczak. Ich historia jest jeszcze mniej wiarygodna niż Patrycji i Kajtusia. W związku z tym marzy mi się, żeby Chmielewska odnalazła w szufladzie wśród sterty papierów jakiś zapomniany rękopis swojej powieści. Albo napisała powieść, która będzie dorównywała tym z przeszłości tak, jakby była wtedy pisana. Akcja „Gwałtu” toczy się co prawda w czasach PRL-u, ale jest to tylko taki „kostium”, bo równie dobrze mogłaby się toczyć współcześnie. Jest książką, przy której można spędzić przyjemnie czas, ale niestety już się po nią ponownie nie sięgnie i myślę, że bohaterów i fabułę też szybko zapomnimy. Najgorszą stroną książki jest okładka – brzydka, staromodna, zbyt dosłowna w oddawaniu fabuły powieści. Nie podoba mi się podobnie jak okładki kilku ostatnich książek Chmielewskiej. Chociaż wiernych czytelników taki szczegół pewnie nie zniechęci. Ocena: 4/6
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
„W dżungli miłości” to poradnik. Warto go przeczytać, nie ze względu na zawarte w nim rady, jak żyć (chyba, że ktoś lubi poradniki), a ze względu na osobowość autorki. Mnie dodatkowo do przeczytania zachęciły fragmenty książki umieszczone na okładce:
Beata Pawlikowska ma niezwykłą łatwość pisania, przelewania swoich myśli na papier. Do tego od początku wzbudza w czytelniku sympatię, bo szczerze dzieli się z nim swoimi przemyśleniami i doświadczeniami. Porady, które umieściła w swojej książce wydają się czasami banalne i oczywiste, a jednak noszą na sobie piętno autentycznego przeżycia. Nie jest to książka, która odmieniłaby czyjeś życie, przynajmniej nie moje, a jednak warto ją przeczytać z kilku powodów. Ja zapamiętam przede wszystkim anegdotę o Indianach, którzy nigdy się nie denerwują. Zamiast złości lub płaczu w obliczu niebezpieczeństwa, bólu czy niepomyślności losu, reagują śmiechem. To godna podziwu postawa, bo cóż mądrzejszego można zrobić, gdy świat wali się na głowę, jak nie spróbować uratować choć poczucie humoru i dystans do siebie? Druga ważna lekcja, którą daje autorka jest na temat alkoholizmu. To jeden z głównych wątków książki. Jak rozpoznać alkoholików w swoim otoczeniu? Jak ustrzec się przed tą chorobą? Jak nie dać się uwikłać w związek z alkoholikiem? Te i inne pytania zostały w książce bardzo poważnie potraktowane i szczegółowo omówione. Temat jakże ważny, choć się trochę nadmiernie w książce rozrósł. I trzecia rzecz, którą powinnam omówić na początku. Cała książka jest bowiem oparta na pomyśle podziału ludzi na dwie kategorie: leniwców i wojowników. Pawlikowska świetnie dostrzegła, że tylko część społeczeństwa żyje tak, jak chciałaby żyć, robi to, co chciałaby robić. Pozostali tylko marzą, ale nigdy nie realizują swoich marzeń. Autorka próbuje kilkoma prostymi radami pokazać, jak można się stać prawdziwym wojownikiem. Książka ma siedem części, o miłości są dwie, jedna o alkoholu, pozostałe o rozwoju wewnętrznym:
Warto to przemyśleć – czy jesteśmy leniwcami czy wojownikami? Jak chcemy, żeby wyglądało nasze życie? Co robimy, żeby spełnić własne marzenia? Beata Pawlikowska jest świetnym przykładem na to, że chcieć to móc. Dziennikarka, podróżniczka, pisaka, fotograf, tłumaczka. Warto znaleźć chwilę, by poznać, co ma do powiedzenia o życiu i spełnianiu marzeń. W końcu – jej się udało. Dobrym dodatkiem do książki są fotografie z egzotycznych podróży. Niestety w moim wydaniu czarnobiałe i niewielkie, ale mimo to wprowadzają czytelnika w klimat wielkiej przygody i pokazują piękno świata. Chciałabym przeczytać jeszcze inne książki Pawlikowskiej – te typowo podróżnicze, by chociaż w ten sposób poczuć, jak to jest, gdy człowiek porzuca wszystko i jedzie na drugi koniec świata. Ocena: 4/6
|
Archiwum
Zakładki:
Moje blogi
Polecane książki:
Klasyka:
Kryminały:
Fantastyka/SF:
Horror/Thriller:
Poezja:
Dla młodzieży:
Dla dzieci:
Czytadła:
Zaproszenie :-)
Akcja - opowiadanie:
Szablon:
Tagi
Facebook - profil
Skrzynka pocztowa
Ostatnio przeczytane:
Jane Austen Arthur Conan Doyle Danuta Wałęsa Andrzej Pilipiuk Suzanne Collins Ursula Le Guin Jarosław Grzędowicz Andrzej Pilipiuk Jarosław Grzędowicz Siergiej Łukjanienko Antonina Kostrzewa Maciej Bennewicz Andrzej Pilipiuk Andrzej Pilipiuk Tove Jansson Małgorzata Warda Andrzej Mestwin |