blog o książkach, które niedawno czytałam i polecam innym przeczytać

Wpisy z tagiem: SF

środa, 18 kwietnia 2012

 

Andrzej Pilipiuk, Oko Jelenia. Srebrna Łania z Visby

Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2008

 

Jednak przeczytałam drugi tom „Oka Jelenia”. A tak narzekałam na tom pierwszy. Początek drugiego nie jest może porywający, akcja znowu toczy się powoli, ale za to ma parę cech, których „Drodze do Nidaros” zabrakło. Przede wszystkim dowiadujemy się więcej o bohaterach i ich motywacjach. Portrety psychologiczne zostają pogłębione, dziwne zachowania wytłumaczone, a nawet u niektórych postaci pojawiają się zupełnie nowe cechy charakteru. Do tego poznajemy lepiej tajemniczą kosmitkę – łasicę i zadanie, które stawia przed niewolnikami Skrata w jego imieniu, czyli przed Markiem, Staszkiem i Helą. Wątek Hanzy i związanych z nią Mariusa Kowalika i Petera Hansavritsona w końcu łączy się z głównym nurtem powieści. Rozwinięty zostaje wątek Żydówki Estery. A w zakończeniu pojawiają się nowe tajemnice i zagrożenia czekające na bohaterów.

Trochę trudno mi zrozumieć, dlaczego Andrzej Pilipiuk właśnie w ten sposób skonstruował swój cykl powieściowy. Pierwsza część nie zachęca do czytania dalej, druga lepsza, ale wciąż czegoś jej brakuje. Chyba motyw poszukiwania „Oka Jelenia” jest zbyt słabym motorem napędowym akcji. Od początku niewiele wiemy o tym przedmiocie i jego ważności (i chyba niewiele nas on obchodzi). Bardzo powoli poznajemy bohaterów. Oba tomy wydają się zbyt „rozwlekle” napisane, jakby autor tworzył jakąś epopeję. Wciąż się zastanawiam, czy nie trącę czasu, czytając kolejne części (ale im więcej przeczytanych stron, tym bardziej lubię bohaterów). Sama lektura nie jest nieprzyjemna, styl pisania łatwy w odbiorze, dużo dialogów itd. Ale do czego to wszystko prowadzi? Czy nie będę rozczarowana, gdy okaże się, że moje początkowe zastrzeżenia były słuszne i że to książki nie dla mnie? Chyba jednak skuszę się na trzeci tom. Skoro drugi był lepszy od pierwszego, to może trzeci jest jeszcze lepszy? Przy szóstym powinno być już rewelacyjnie.
A to fragment rozważań Staszka o sytuacji w jakiej się znalazł:

 

„Przypomniał sobie rozmowę z Markiem. Obaj nic w życiu nie osiągnęło. Obaj byli nieudacznikami. Aż do teraz… Przyjmijmy, że nie będzie żadnej zagłady. Że obudzi się we własnym łóżku. Wstanie i pojedzie autobusem do szkoły. Do kumpli z klasy, którzy mają go w dupie, bo nie stać go na najnowszy model komórki. Do dziewczyn lampucerek, z którymi nie da się porozmawiać o niczym ciekawym i które traktują go jak powietrze. Do nauczycieli, którzy już dawno przyczepili mu etykietkę „zdolny, ale leniwy”. Do rodziców tak zajętych swoimi sprawami, że nie pamiętają nawet, w której jest klasie. I co będzie tam robił? Siądzie w piwnicy po dziadku, rozmontuje kolejny telewizor, żeby sprawdzić, co jest w środku? A co potem? Studia, praca, gapienie się w telewizor, tym razem od strony ekranu, a nie wnętrzności…

A tu? Tu ma do wypełnienia niewykonalne zadanie. Tu ma pod opieką istotę jeszcze bardziej zagubioną niż on. Towarzyszkę życia trochę dziwną, dziką i zahukaną, ale inteligentną i sympatyczna. Tu ma kogoś, komu jest potrzebny.”

 

Takie pozytywne myśli rodzą się w głowie bohatera pod wpływem uczucia do Heli. W drugim tomie bowiem zaczyna się w końcu wątek romantyczny. Może tego było najbardziej w tej opowieści brak?

Ocena: 4+/6



wtorek, 17 kwietnia 2012

 

Głos Lema

Wydawnictwo: Powergraph, 2011

 

„Głos Lema” to antologia opowiadań SF napisana w hołdzie Stanisławowi Lemowi przez dwunastu pisarzy. Tym razem nie zmuszałam się do czytania wszystkich tekstów. Niektóre cechują się niezrozumiałym językiem, inne nowatorstwem formy, a jeszcze inne są po prostu nudne. Zdecydowałam się jednak napisać o tym zbiorze ze względu na trzy opowiadania autorstwa: Rafała Kosika, Wojciecha Orlińskiego i Joanny Skalskiej.

Jako pierwszy przeczytałam znowu tekst Rafała Kosika „Telefon”. Wciąga od pierwszych stron! I jest zupełnie inny od jego powieści SF. Główna bohaterka, Kinga, przygotowuje w domu obiad, czekając na powrót męża Romka. W międzyczasie ogląda telewizję, w której dziennikarze informują o katastrofie lotniczej:

 

„Przerwali program i powtarzali w kółko nagranie zrobione chyba komórką: samolot zniża się nad lasem, chwilę sunie skrzydłami po wierzchołkach drzew i wygląda na to, jakby miał miękko osiąść na tych drzewach. Przypomina papierowy samolocik zrobiony przez całkiem zdolnego dzieciaka, taki dobrze wyważony, który wolno szybuje nad kanapą, stołem i miękko ląduje na puszystym dywanie przed telewizorem. Jednak samolot pasażerski waży ponad trzydzieści ton. Po kilku sekundach zieleń pochłania kadłub, ale wydaje się, że mimo wszystko udało się, że zapadł w wielki dywan, a pasażerowie odepną pasy i zjadą po nadmuchiwanych zjeżdżalniach jak na niedzielnym festynie przed centrum handlowym. Wtedy sto, może dwieście metrów dalej pojawia się kula ognia i dymu.”



Początkowo Kinga myśli, że lot męża będzie opóźniony i nie ma co spieszyć się z robieniem pieczeni, lecz po chwili odczytuje mail od niego i zaczyna się martwić. W momencie gdy już jest pewna, że Romek nie żyje, ten dzwoni do niej. To jednak dopiero początek tajemniczych zdarzeń. Świetny portret psychologiczny, do tego kobiecy, wciągająca akcja, wydarzenia opisane w tak obrazowy sposób, że cały czas miałam je przed oczyma wyobraźni. Tym tekstem autor pokazał, że potrafi pisać też o tym, co dzieje się w głowach bohaterów, czyli o ich psychice (wcześniej w jego powieściach tego elementu właśnie mi brakowało i kobiet w roli głównej).

Drugie z przeczytanych przeze mnie opowiadań – Joanny Skalskiej „Płomieniem jestem ja” zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie (niedawno próbowałam czytać jej powieść „Eremanta”, ale mi się nie spodobała). Jedyna pani spośród autorów antologii napisała ciekawy tekst o ciężarnej kobiecie znalezionej na pokładzie statku kosmicznego, który zbliżył się do Ziemi. Shooma urodziła bliźnięta i została od razu otoczona opieką naukowców. Kim jest? Czy stanowi zagrożenie dla ludzkości? Fabuła bardzo odpowiednia, by ją zekranizować.

Podobnie jak treść opowiadania Wojciecha Orlińskiego „Stanlemian”. Świat przyszłości, akcja dzieje się w nowoczesnym kasynie, które proponuje wirtualny hazard. Chętni zostają przeniesieni do stworzonego przez programistów Nowego Jorku i mogą się tam wzbogacić na kilka sposobów. Warunkiem otrzymania prawdziwych pieniędzy jest dotarcie z wygraną do pokoju hotelowego, w którym zaczyna się gra. Bohaterem jest „zawodowy hazardzista”, który w imieniu klienta ma odzyskać ukryte przez niego pieniądze. Podobał mi się sposób w jaki autor wplótł w tekst imię i nazwisko Stanisława Lema oraz jego idee.

W antologii znalazło się kilka intrygujących cytatów z dzieł Stanisława Lema. Bardzo klarowny wstęp o twórczości polskiego klasyka SF napisał Jacek Dukaj. Określa w nim cechy literatury science fiction a’la Lem. Za słabo znam twórczość autora „Solaris”, żeby określić, na ile twórcom „Głosu Lema” udało się napisać teksty mające coś z nią wspólnego. Jednak te trzy teksty, o których Wam opowiedziałam, naprawdę warte są przeczytania. Mają też jedną cechę wspólną – bardzo plastyczny, obrazowy styl i fabuły, które zostają w pamięci.



sobota, 14 kwietnia 2012

 

Science Fiction

Wydawnictwo: Powergraph, 2011

 

Antologia „Science Fiction” to 800 stron czytania, 12 opowiadań polskich autorów i posłowie Tomasza Kołodziejczaka. Wahałam się, czy po nią sięgnąć, czy dam radę przeczytać. Przekonał mnie plebiscyt „Fantastyka 2011” organizowany przez portal Katedra, w którym książka ta otrzymała liczne nominacje, a ostatnio także nagrody (nominacje: najlepsza książka polska; najlepsza antologia; najlepsze opowiadanie polskie – Jacek Dukaj „Science Fiction”, Jakub Nowak „Amnezjak”, Cezary Zbierzchowski „Smutek parseków”; nagrody: najlepsza książka polska, najlepsze opowiadanie polskie: Jacek Dukaj „Science Fiction”).

Książkę udało mi się przeczytać w całości, z jednym wyjątkiem, nagrodzone opowiadanie Jacka Dukaja liczące ponad 200 stron przerosło moje siły (i cierpliwość, jest bardzo nowatorskie i jak dla mnie zbyt „awangardowe”, pewnie krytycy umieją je docenić).

A zaczęło się bardzo obiecująco. Na początek przeczytałam oczywiście opowiadanie pt. „A pierwsi będą ostatnimi” Rafała Kosika. Jest bardzo dobre! Dorównuje jego powieściom Tematem jest kolonizacja obcej planety przez grupkę spokrewnionych z sobą osób, które wybudzane co dwa lata z hibernacji próbują wychowywać nawzajem swoje potomstwo. Interesująco wymyślone, dobrze napisane i zmuszające do myślenia. I takie SF lubię najbardziej! Dwa pierwsze akapity, żebyście mogli się przekonać, jakie ciekawe:

 

„Od chwili, gdy otworzyłem oczy, zostały mi dwa lata życia. Ta przykra wiadomość docierała do mnie bardzo powoli. Budziłem się z narkozy połączonej z gigantycznym kacem, jaki ma się po mieszaniu wszystkiego, co tylko można zmieszać. Nie było w tym wielkiej przesady. Może poza tym, że sen trwał ponad sto siedemdziesiąt lat.

Nie czułem niczego ani niczego nie słyszałem. Uszy wciąż znajdowały się poniżej opadającego żelu fizjologicznego. Wzrok odzyskiwał ostrość. Widziałem rząd przyciemnionych lamp wpuszczonych w bruzdę na białym suficie i odchyloną pokrywę łoża letargowego. Przypomniałem sobie instrukcje postępowania po przebudzeniu. Nie ruszać się, czekać. Poczekam. Czekałem tyle lat, poczekam jeszcze chwilę.”

 

Podoba Wam się? Chcielibyście przeczytać dalej?

W dobrym nastroju rozpoczęłam lekturę pierwszego z opowiadań w antologii pt. „Smutek parseków” Cezarego Zbierzchowskiego i to dopiero było olśnienie! Pierwszy raz czytałam coś tego autora, ale na pewno nie ostatni. Najlepszy tekst z całego zbioru, słusznie nominowany do nagrody. Emigracja ludzi na obcą planetę. Na statku opiekują się nimi obserwatorzy-naukowcy z rożnych dziedzin i komputer pokładowy. Społeczeństwo w pigułce (a raczej w statku kosmicznym). Trzy pokłady, jak trzy kraje, niby-Niemcy, niby-Żydzi, niby-południowcy. Dochodzi do wojny, której sztuczna inteligencja nie pozwala przerwać. Kto rządki statkiem? Co jest prawdą na temat misji, która mają wykonać obserwatorzy? Ważne tematy, zaskakujące zakończenie, świetna konstrukcja fabuły. Po dwóch tak znakomitych opowiadaniach zaczęłam w głowie snuć teorie na temat genialności polskiej literatury SF i jej twórców. A miałam przed sobą jeszcze 10 opowiadań, w tym dwa nominowane do nagrody. Moja radość była trochę przedwczesna.

Trzeci z kolei tekst, „Pseudaki” Pawła Majki swoim niezrozumiałym językiem i trudnym stylem trochę ostudził mój entuzjazm. Za to zakończenie sprawiło, że nie pożałowałam lektury. Tytułowe pseudaki, nowe rozumne istoty i to, co stało się z ludźmi (większość przeniosła swoje życie w wirtualny świat), to czarne, lecz realistyczne wizje, które zostają w pamięci i przerażają.

Następne opowiadania niestety były dużo gorsze, nie będę o nich pisała. Wystarczy, że męczyłam się z czytaniem, ich językiem i stylem. Wyróżnić chciałabym tylko jeszcze jedno opowiadanie – Michała Cetnarowskiego „Godzina nadawania”. Może nie najlepiej napisane, ale ma w sobie „coś”. Tym razem akcja dzieje się na stacji badawczej znajdującej się na orbicie Ziemi.

Podsumowując: dla tych kilku tekstów było warto. Zachęcam, jeżeli ktoś lubi SF. Dzięki tej książce można się przekonać, że u nas nie tylko Rafał Kosik umie pisać literaturę fantastyczno-naukową. U mnie na półce czeka jeszcze jedna antologia wydana przez Powergraph – „Głos Lema”. Ciekawa jestem jej poziomu.

Ocena: 4+/6



wtorek, 10 kwietnia 2012

 

Rafał Kosik, Kameleon

Wydawnictwo: Powergraph, 2008

 

Na tę książkę czekałam bardzo długo i się nie zawiodłam. Trzecia powieść Rafała Kosika jest bardzo dobra. Jest w niej wszystko, co polubiłam w poprzednich, czyli: ciekawa wizja innej planety i jej mieszkańców, zagadka sięgająca początków istnienia wykreowanego świata, ważne pytania: o wojnę, pokój, człowieczeństwo i prawo do zabijania innych, trochę polityki i spraw społecznych. A wszystko to świetnie napisane, fabuła dobrze skonstruowana, zaskakuje czytelnika. Może jedynie ilość opisów bitew i walk bym ograniczyła (ale byłoby to pewnie ze szkodą dla całości).

Historia opowiedziana została dwupłaszczyznowo, z punktu widzenia mieszkańców planety Ruthar Larcke i z punktu widzenia obserwujących ich z pokładu statku kosmicznego Ziemian, którzy przylecieli z misją ratunkową po poprzednią załogę. Bardziej tajemnicze rzeczy dzieją się w kosmosie, niestety jest ich „ilościowo” mniej. Taka podwójna perspektywa bardzo pasuje do tej powieści. Mieszkańcy planety toczą między sobą wojnę, walczą o władzę, nic nie wiedzą o przybyszach z kosmosu. Ich świat to jakby nasze średniowiecze, w którym w czasie jednego pokolenia nastąpił ogromny postęp techniczny. Na potrzeby wojny powstają pierwsze maszyny przypominające ziemskie czołgi, pociągi, karabiny itd. Jest to tym dziwniejsze, że czterysta trzynaście lat wcześniej, podczas pierwszej ziemskiej misji, były tam tylko pola żółtych organizmów. Wiele zagadek, ciekawe dyskusje bohaterów, zwroty akcji i dobre zakończenie. Czego chcieć więcej?

„Kameleon” to zdecydowanie książka, do której chce się wrócić. Przeczytać i zastanowić się nad nią jeszcze raz znając rozwiązanie i odpowiedzi na pytania stawiane w tekście. Ale nie tylko po to, by lepiej poznać fabułę. Rafał Kosik stawia pytania ważne dla każdego człowieka, prowokuje do przemyśleń. Fikcyjne światy i fabuła pozwalają nam wczuć się w nową sytuację i spojrzeć na nasz świat z oddalenia. Później jednak okazuje się, że wcale nie jest to duża odległość. Trochę tak jakbyśmy przeglądali się w krzywym zwierciadle, pewne rzeczy są wyolbrzymione, inne pomniejszone, ale sprawiają, że patrzymy na siebie z ciekawością i dokładnością. Polecam bardzo!

Rozpoczyna się tak:

 

„Noan stał, potrącany przez spieszących gdzieś ludzi, i patrzył w niebo. W gwiazdozbiorze Lisa przybyła nowa gwiazda! To nieoczekiwane odkrycie wprawiło go w takie osłupienie, że zapomniał o wszystkim wokoło. Torba wypadła mu z ręki i pacnęła o chodnik. Zadźwięczały kupione dziś gwoździe. Gwiazda była jaśniejsza od pozostałych. Nowa dziura w sferze niebieskiej, przepuszczająca blask z zaświatów. Noan obserwował niebo od kilku lat, ale nigdy nie spotkał się z pojawiającą się nagle gwiazdą.

Rozejrzał się. Światło gazowych latarni wydobywało odrapane, krzywe domki przedmieścia. Setki butów depczących bruk, stukot kół zaprzęgów, jednostajny szum rozmów. I ani jednego spojrzenia w niebo. Jakby nic się nie wydarzyło.”

 

A już jutro wybieram się na spotkanie z autorem w Empiku, w Galerii Bałtyckiej o godzinie 18 :-).

Ocena: 5/6



czwartek, 01 marca 2012

 

Andrzej Pilipiuk, Operacja Dzień Wskrzeszenia

Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2006

 

Po tę książkę nie sięgnęłabym nigdy kierując się ilustracją na przedniej i opisem na tylnej stronie okładki. Zdecydowanie by mnie zniechęciły, do tego według mnie nie oddają dobrze treści. Bohaterami są młodzi ludzie podróżujący w czasie, by odwrócić losy świata i nie dopuścić do trzeciej wojny światowej. Autor, w którymś z wywiadów sugerował, że pisał tę powieść dla młodzieży. I rzeczywiście przez pierwsze 200 stron widać wyraźnie, że mogłaby to być książka dla nastolatków. Trzeba by tylko dać trzech sympatycznych chłopców i jedną dziewczynę na okładkę, a z tyłu opisać początek ich przygód. Jednak w połowie książki zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście jest to lektura, której modelowy czytelnik powinien mieć 17-24 lata (tyle mają bohaterowie). Drastyczne opisy torturowania więźniów podczas przesłuchań raczej w tego typu literaturze się nie pojawiają. Dla kogo więc jest ta książka przeznaczona?

Styl narracji raczej dostosowany do młodego odbiorcy, trudniejsze słowa czy zagadnienia od razu wytłumaczone. Jednak później fabuła jakby „zaczyna żyć własnym życiem”. Bohaterowie nie tylko popadają w tarapaty, trafiają do więzienia, są torturowani, głodzeni, sądzeni, skazani na ciężkie roboty, widzą chorych na dżumę i umierających, grzebią zmarłych. Misja mająca zbawić świat zmusza ich do większych poświęceń niż wymaga się od tradycyjnych superbohaterów, którzy wychodzą cało z najgorszych opresji jedynie z lekkimi zadrapaniami. Pilipiuk wysyła Magdę, Filipa, Michała i Sławka z 2014 roku do początku XX wieku, a później do wieku XVII i bardzo się stara, żeby ich przygody były jak najbardziej wiarygodne. Topografia Warszawy, zwyczaje, monety, ówczesna wiedza – wszystko to musi się zgadzać (autor z wykształcenia jest archeologiem, co chyba tłumaczy tę pasję szczegółowego odtwarzania przeszłości). Jedynie w warstwie językowej stylizacja jest bardzo ograniczona (czasownik przesunięty na koniec zdania w wypowiedziach bohaterów siedemnastowiecznych). Może dlatego że świat przedstawiony ma być odbiciem przeszłości, to i fabuła, mimo że fantastyczna, jest dostosowana do realiów historycznych, nieraz bardzo okrutnych, czasów wojny, zaborów czy zarazy?

Najważniejsze jednak, że książkę czyta się znakomicie. Zagadkowy początek, ściśle tajny Instytut Fizyki Doświadczalnej w Warszawie, inteligentni bohaterowie, którzy od razu domyślają się swojej misji:

 

„– Co możemy zrobić? – zapytał Filip. – Cofnąć się i…?

– To właśnie będzie waszym zadaniem. Jeśli wam się powiedzie, ten wariant historii po prostu nie zaistnieje. Powiem patetycznie: uratujecie ludzkość.

– My? – wyrwało się Sławkowi.

– Jedno z was. Albo ktoś z poprzednich grup. Skorygujecie błąd historii.

– Będziemy bohaterami – mruknęła Magda – A przynajmniej ten, kto tego dokona…

– Nie. – Profesor pokręcił głową. – Jeśli wszystko wróci na swoje miejsce, nikt nie będzie o tym pamiętał. Ta wojna, która dla nas jest przeszłością, nie zdarzy się nigdy. Tylko ten z was, który wykona zadanie i powróci do naszych czasów, będzie miał świadomość tego, co się tak naprawdę wydarzyło. Dla wszystkich innych to nie będzie nawet zły sen.

– To co się z nami stanie? – zdziwił się Sławek.

– To zależy od tego, co robiliście przed wybuchem wojny. Będziecie mieszkać tam, gdzie mieszkaliście, będziecie zdrowi, szczęśliwi i nieświadomi niczego.

– Nasze rodziny? – głos Magdy zadrżał.

– Wszyscy, którzy zginęli podczas wojny, będą żywi. Dlatego nazwaliśmy to „Dniem Wskrzeszenia”. 

 

Alternatywna wizja dziejów Polski i powroty do przeszłości, które możemy odbyć dzięki wspaniałej wyobraźni i wiedzy autora są bardzo interesujące. I to, co w literaturze SF tak cenne – materiał do przemyślenia: dlaczego tak a nie inaczej ułożyła się przyszłość, czy można było tego uniknąć? Maleńki zarzut mam do konstrukcji bohaterów, zbyt ubogo wyposażonych w cechy indywidualne. Ale poza tym te prawie 500 stron to świetna rozrywka.

Mimo że temat podróży w czasie eksploatowany był już wielokrotnie przez kino i literaturę, to Pilipiuk robi to po swojemu. I co ciekawe jego styl zupełnie różni się od tego prezentowanego w tomie pierwszym przygód Jakuba Wędrowycza (jakbym czytała utwory dwóch różnych autorów). Jestem pod wrażeniem jego wszechstronności, tu SF, tam fantasy, tu historia Polski (prawdziwa i wymyślona), tam humor i absurd. Czytam teraz trzecią książkę, tom opowiadań, tym razem bez Jakuba. I wciąż nie mam dość. Naprawdę warto poznać tego pisarza.

Ocena: 5/6

 

sobota, 14 stycznia 2012

 

Obywatel, który się zawiesił, Rafał Kosik

Wydawnictwo: Powergraph, 2011

 

Ponieważ nie mogę nigdzie wypożyczyć „Kameleona” (2008) Rafała Kosika, bardzo się ucieszyłam, gdy odkryłam, że autor napisał jeszcze jedną książkę dla dorosłych czytelników, oprócz powieści „Mars” (2003) i „Vertical” (2006), zbiór opowiadań „Obywatel, który się zawiesił” (listopad 2011). Wydany w twardej okładce, z futurystyczną ilustracją autorstwa samego Kosika (wydawnictwo Powergraph też jest jego własnością), ok. 345 stron, zawiera 10 opowiadań o różnej długości (od 6 do 68 stron). Jednak radość trwała krótko.

Jeszcze w drodze powrotnej z biblioteki, w tramwaju, przeczytałam pierwsze z opowiadań, tytułowe – „Obywatel, który się zawiesił”. I okazało się, że to nie typowe SF, raczej przypomina film sensacyjny o mężczyźnie, który zwariował, zabarykadował się w domu i zabija każdego, kto się do niego zbliży, a to wszystko z powodu niezapłaconego podatku za zamknięcie własnej firmy. Oto fragment rozmowy policjantów obserwujących jego dom:

 

„– Kapitan Preis – przedstawił się – Prosił pan o wsparcie.

– Prosiłem o brygadę antyterrorystyczną.

– Są w drodze. Kto tam jest?

– Nazywa się Łukasz Wroński. Były biznesmen. Miał sporą firmę handlującą roślinami doniczkowymi. Obecnie pewniak do psychiatryka albo jeszcze lepiej do kostnicy. Na posesji leżą ciała czterech ochroniarzy i dwóch naszych.

–  Jezu! Co mu odwaliło?

– Odmówił zapłaty należności dla skarbu państwa. Po trzech wezwaniach przyjechał komornik, ale gość go spławił, więc komornik wrócił ze wsparciem. Wsparcie leży w ogródku, komornik w szpitalu.

– A nasi?

– Próbowali sforsować tylne drzwi. Rozwalił ich przez szczelinę strzelniczą.

– Szczelinę strzelniczą?!

– Ten dom to twierdza. Okna kuloodporne, drzwi z pancernej stali. Nie pozwolił nawet zabrać ciał.

Młody policjant oparł głowę o błotnik i zapytał:

– Ile miał do zapłacenia?

– Trzysta osiemnaście złotych i pięćdziesiąt trzy grosze.”


Widać wyraźnie, że autorowi nie brakuje poczucia humoru i wyczucia absurdu w codziennym życiu. To jeden z lepiej napisanych tekstów w tym zbiorze.

Informacja z okładki okazała się prawdziwa – gatunkowo opowiadania należą do horroru, sensacji i SF. Jest to więc bardzo różnorodna mieszanka i dla mnie osobiście najlepsze są te ostatnie, które przypominają mi czytane wcześniej powieści Kosika. Ściśle mówiąc dwa z opowiadań są alternatywnymi wersjami historii w nich ukazanych. „Wyprawa szaleńców” dzieje się w „świecie lin”, czyli w Verticalu, a tekst „Ohyda” w końcowej części przedstawia początki „komplantu”, wynalazku znanego „na Marsie”. Opowiadania powstały w latach 2001 – 2007 i były wcześniej wydawane w czasopismach.

Najtrudniej czytało mi się drugie – „Skrytogrzesznicy”, w którym bardzo szybko zmieniają się wydarzenia, bohaterowie, czas. Trochę to oszołamiające i początkowo niezrozumiałe. Czytałam je w poczekalni u lekarza i doczytałam jedynie do połowy, a potem zraziłam się do książki na kilka dni. Mimo że pomysł dobry, docenia się go dopiero na końcu, po przebrnięciu 50 trudnych stron. Podróże w czasie, rozmowy między równoległymi światami, możliwość poznania przyszłości, testy wierności – materiału starczyłoby na powieść.

Z kolejnymi tekstami nie było lepiej. Pewnie przez zaskoczenie, że Kosik pisze w innym niż wcześniej gatunku literackim. „Mgła” to horror, o dziewczynie i chłopaku szukających zapomnianego domku w lesie. Gdy go odnajdą, przeżyją w nim niesamowite i straszne rzeczy. Przy okazji warto zauważyć, że główny bohater kilku opowiadań, tego również, ma na imię Adrian, co na pewno nie jest przypadkowe, choć nie tworzą one jakiejś całości.

„Za dobre to zrobiliśmy”
przenosi nas w świat reklamy i praw rządzących agencjami i ludźmi w nich pracującymi. W połowie tego opowiadania zrezygnowana zaczęłam „skakać” po tomie szukając SF i „znanego mi” Kosika. Nie było łatwo. Większość opowiadań jest inna.

„Coś czego nigdy nie pamiętamy”
– opowieść ze świata snu, mężczyzna poszukuje żony i dziecka, którzy nagle zniknęli podczas wspólnych wakacji nad morzem.

„Ohyda”
– o telewizji, programach typu reality-show i do czego są w stanie posunąć się producenci, by zarobić pieniądze, trochę też o polityce i demokracji.

„Pokoje przechodnie”
– króciutki tekst o tym, jakby to było, gdyby każdy z pokojów w mieszkaniu znajdował się w innej części świata, do tego ulegał niekontrolowanemu przesunięciu w przestrzeni.

„Szczelina”
– o pociągu jadącym z Warszawy do Krakowa, lecz czasami przenoszącym ludzi w inny wymiar.

„Czy ktoś tu widział Boga?”
– o życiu po śmierci w nudnym niebie, zarządzanym automatycznie.

„Wyprawa szaleńców”
– misja naukowców, konstruktorów, artystów i marynarzy, którzy na kilkudziesięciu żaglowcach wyruszają w poszukiwaniu ratunku dla świata, który powoli pogrąża się w wodzie.

Oceniając tom jako całość, stwierdzam, że nie jest zły, ale że jest zdecydowanie gorszy od powieści. Choć opowiadania napisane zostały w podobnym stylu, nie są jednak tak dobrze dopracowane, tak oryginalne i zachwycające. Pojawiają się w nich ciekawe wynalazki, ważne problemy społeczne i polityczne, niewyjaśnione zagadki. Czegoś w nich jednak za mało, to dopiero szkice, pomysły, gotowe do rozwinięcia. Brakuje charakterystycznych bohaterów, którzy zostaliby w pamięci. Wszyscy zlewają się w jednego Adriana, plus może jeszcze jedną Magdę. To chyba wada całej twórczości Kosika – skupiając się na fabule, zapomina o tworzeniu ciekawych i głębokich portretów psychologicznych postaci. W powieściach jednak nie jest to tak widoczne, bo tam skupiamy się na niesamowitych światach stworzonym przez autora i wymyślonych przez niego tajemnicach.

Zastanawiam się, jaki będzie drugi tom opowiadań, zapowiedziany już na 2012 rok, o tytule „Nowi ludzie”. I czy wiedząc, czego mogę się spodziewać, będę bardziej zadowolona z ich czytania? Oby. I oby autor napisał jeszcze wiele powieści.

Ocena 4+/6



poniedziałek, 05 grudnia 2011

 

Bajki dla dorosłych

Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2009

 

700 stron, 12 autorów, 12 opowiadań. Tak w liczbach można by podsumować antologię Bajki dla dorosłych. Do jej wypożyczenia z biblioteki skłoniły mnie nazwiska na okładce: Kańtoch, Grzędowicz, Białołęcka. I kilka innych, które wtedy znałam jedynie ze słyszenia. Teraz moja lista polskich autorów piszących fantastykę, których książki chciałabym przeczytać znacznie się wydłużyła. Szczególnie o nazwiska dwóch piszących pań: Kossakowskiej i Kozak. Nie będę się już również wahała przy pozostałych pisarzach, bo odkryłam, że oni naprawdę umieją pisać :-). Może nie wszystkie opowiadania były dokładnie w moim guście, może nie wszystkie zapamiętam na długo, ale na pewno dobrze się bawiłam przy czytaniu, a oto też chodzi.

Antologia powstała po śmierci jednego z pisarzy – Tomasza Pacyńskiego i jest hołdem pamięci złożonym mu przez kolegów po fachu, a może raczej „po piórze”. Temat zaczerpnięty został z opowiadania „Packa” pod tym samym tytułem zamieszczonego w tej książce jako pierwsze. Bajki dla dzieci są tam przeciwstawione tym dla dorosłych, w których "Świat to strachy i zmory, które czyhają wszędzie", a na tym świecie "Są mroczne siły, silniejsze od nas. Gniewne, złe i rozczarowane. Łakome krwi i zemsty". To fragment tego opowiadania:

 

„– Zdajesz sobie sprawę, w co się pakujesz? I jak małe są szanse?

Skinęła głową.

Wiedziała wszystko. Już poznała prawdę, że na świecie są nie tylko wredne, dziecinne bajki, niegrzeczne misie, które nie chcą podać łapek. Są też bajki dla dorosłych.

Pora dorosnąć, napłynęło wspomnienie. Kiedyś to słyszała, od pieprzonego wujka pedofila. Wprawdzie wujek miał na myśli inną dojrzałość, ale to, co mówił zyskiwało jakiś sens. Właśnie dorosła.

Są na świecie strachy i upiory. Są potwory takie jak my, uświadomiła sobie.”

 

Bajki dla dorosłych pełne są bohaterów takich, jak: św. Mikołaj, elfy, krasnoludy, jednorożce, smok, diabeł, Śnieżka, Roszpunka, Czerwony Kapturek, wampir, Dzwoneczek i wiele innych. Mamy w nich odwołania do utworów Tolkiena, braci Grimm, a nawet Biblii i polskiej literatury patriotycznej (Mickiewicza, Słowackiego, Żeromskiego). Bardzo dziwna to mieszanka i zaskakująca. Zależnie od charakteru i talentu pisarza, opowiadania są albo zabawne, albo smutne, albo dające do myślenia. Każdy powinien znaleźć wśród nich coś dla siebie:

 
Tomasz Pacyński
, Bajki dla dorosłych – o Dziadku Mrozie, jego ukochanej czarownicy i zemście na „mrocznym bogu”.

 
Anna Kańtoch
, Za siedmioma stopniami – o prezencie urodzinowym, który straszy, nietypowym Czerwonym Kapturku i śmierci, która przychodzi z niespodziewanej strony.

 
Robert J. Szmidt
, To będą inne święta – o wypadku na autostradzie, ubranym na czarno Mikołaju i dostarczaniu prezentów w Wigilię.

 
Wojciech Świdziniewski
, Bądź moim krukiem – o pisarzu – alkoholiku i jego wymyślonym świecie elfów i krasnoludów, który niespodziewanie przenosi się do Białegostoku, i o miłości – tej wymarzonej.

 
Magdalena Kozak
, Polowanie na jednorożce – o „złej” kobiecie, która walczy z plagą jednorożców przemieniających ludzi w „świętych”.

 
Eugeniusz Dębski
, Trupi tan – o handlu trupami, które po śmierci stają się tanią siłą roboczą bez świadomości i pracują w nielubianych i niebezpiecznych zawodach; o synu, który sprzedał ojca.

 
Rafał Dębski
, Gdy smok powie dobranoc – o pojedynku smoka z elfem i o tym, kto okazał się sprytniejszym oszustem.

 
Jacek Komuda
, Partia porucznika Szymańskiego – o powstaniu styczniowym, walce dobra ze złem i szatańskich pokusach „łatwego” odzyskania niepodległości przez Polskę. 

 
Jarosław Grzędowicz
, Chwila przed deszczem – o „neogenach”, nadludziach ze zmodyfikowanym DNA, a także o biblijnym potopie i karze za zabawy z genetyką.

 
Andrzej Pilipiuk
, Dzwon wolności – o Syberii, tajemniczej legendzie i dzwonie, który odmieni losy świata.

 
Ewa Białołęcka
, Skok na żywca – o napadzie rabunkowym, w który zamieszane są Śnieżka z Roszpunką.

 
Maja Lidia Kossakowska
, Smak kurzu – o krainie wróżek, która przestanie istnieć, jeżeli nie będziemy w nią wierzyć; o równowadze, w jakiej utrzymują świat rozum i wyobraźnia.

 

Właściwie o każdym z tych opowiadań mogłabym napisać dużo więcej. Ale wydaje mi się, że lepiej będzie, jeżeli sami je przeczytacie. U mnie w wypożyczalni widziałam jeszcze dwie antologie wydawnictwa Fabryka Słów i myślę, że w niedługim czasie sprawdzę, czy czyta się je równie przyjemnie, jak Bajki dla dorosłych.

Ocena: 5/6

 

piątek, 02 grudnia 2011

 

Vertical, Rafał Kosik

Wydawnictwo: Powergraph, 2006

 

Po poezji wracam do SF i świetnego pisarza Rafała Kosika. Co będzie dalej nie mam pojęcia, bo ostatnio trafiam na same kiepskie książki.

Początkowo wydawało mi się, że Verticalu również nie przeczytam, pierwsze sto stron było raczej nudne, a przy książce trzymała mnie jedynie pamięć o wcześniejszym, rewelacyjnym Marsie. Kilka dni zajęło mi uporanie się z początkiem i „zmuszenie” się do czytania dalej. I nagle, oczywiście kiedy już było bardzo późno, powieść zrobiła się tak ciekawa, że nie mogłam się od niej oderwać, dopóki nie przeczytałam ostatniej strony (a to już było w środku nocy).

Vertical opowiada o przedziwnym świecie, w którym ludzie mieszkają w stalowych miastach, które powoli wznoszą się na linach w górę, ku nieznanemu celowi. Ze względu na warunki społeczności miejskie są niewielkie (około 100 osób) i wszyscy muszą pracować dla wspólnego dobra. Np. łapać spadające z nieba przedmioty, uprawiać rośliny, dbać o mechanizmy poruszające osadę itd. Główny bohater zajmuje się reperowaniem sieci. Ma na imię Murk, jest jeszcze chłopcem i zastanawia się, czy z jego światem wszystko jest w porządku. Wydaje mu się, że „niebo” nie jest naturalnym środowiskiem życia ludzi i że kiedyś musiało być inaczej. Niestety nikt nie pamięta, co było dawniej i niewiele osób jest tym zainteresowanych.

Fabuła jak ze snu i podobno właśnie w ten sposób powstała – przyśniła się autorowi. Pomysł wyjściowy nałożył jednak na niego pewne ograniczenia. Mała liczba bohaterów, jedno miejsce. Portrety psychologiczne postaci zdecydowanie nie są specjalnością Kosika, więc mimo kilku opisanych wydarzeń (samobójcza śmierć jednego z mieszkańców, „wymiana handlowa” między miastami, tajemnicza zaraza, młodzieńcze zauroczenie) akcji nie można uznać za wciągającą. Mało przejmujemy się losami postaci, których prawie nie znamy. Do tego narracja jest pierwszoosobowa, co jeszcze bardziej spowalnia przebieg zdarzeń. I kiedy już wydaje się, że cała powieść będzie taka nieciekawa, autor zastosował zabieg radykalny – zmienił bohaterów i miejsce akcji na zupełnie nowe. I całe szczęście. Od momentu, kiedy główną postacią zostaje Jonathan, badacz niebieski śledzący „windowce” (miasta-windy wspinające się do góry po linach), zaczyna się w tej powieści coś dziać. Narrator trzecioosobowy świetnie radzi sobie z opisem jego przygód i stopniowaniem napięcia. Jest tajemnica, projekt odważnej wyprawy, mającej ją rozwiązać. Bowiem w świecie Jonathana też coś nie jest tak, jak powinno być. Górnicy w kopalni odkrywają, że pod skalami zamiast kolejnej warstwy złóż znajduje się… niebo. Jak to możliwe? I do czego służą wszechobecne liny? Wspinają się po nich „windowce”, ale po co? Tak opisuje tę sytuację astrofizyk Semiutys:

 

„- Zapewniam cię, że jesteśmy fragmentem o wiele bardziej złożonego i niezrozumiałego świata. Sprawdzałeś kiedyś ciśnienie powietrza tam, w górze? Może zastanawiałeś się dlaczego liny w dalszej perspektywie nie zasłaniają gwiazd, słońca… Jeśli tak, to wiesz, co mam na myśli. Przeczytałem połowę znanych ksiąg, a na pewno wszystkie księgi z zakresu nauk, którymi się zajmuje. Sam też kilka napisałem. Przeprowadziłem wiele eksperymentów, uczestniczyłem w wielu dyskusjach naukowych. Bez fałszywej skromności mogę stwierdzić, że wiem o naszym świecie bardzo dużo. Z całej tej mojej wiedzy wychodzi mi, że nasz świat nie wygląda tak, jak powinien. A od kilkunastu dni… wygląda jeszcze gorzej. Wyobraź sobie, że budzisz się rano, patrzysz w lustro i widzisz rogi na swojej głowie. Zdziwiłbyś się, prawda? – Zdezorientowany Jonathan szczerze przytaknął. – Ale gdybyś te rogi miał od dziecka i gdyby mieli je wszyscy inni, przestałbyś zwracać na nie uwagę. Liny to takie rogi. Nie powinno ich tam być – wskazał okno – my się tylko do nich przyzwyczailiśmy.”

 
Czy my również w naszym życiu przyzwyczailiśmy się do czegoś i dlatego uważamy to za oczywiste? Czy nasza Ziemia też może się kiedyś zmienić tak, jak ta z powieści?

Kosikowi udało się połączyć dwa zupełnie różne, niesamowite światy, a później kolejne i kolejne. Czułam się jakbym czytała przygody Dorotki z książki Czarnoksiężnik z Krainy Oz. Nie mogłam się doczekać, żeby się dowiedzieć, co będzie dalej. Wyobraźnia autora okazała się ogromna. Zagadki mnożyły się, odpowiedzi przywoływały tylko kolejne pytania. I tak aż do ostatnich stron. Zakończenie okazało się dość tajemnicze i bardzo zaskakujące, ale tego nie będę zdradzała.

Teraz po prostu muszę, naprawdę muszę, przeczytać kolejną powieść Kosika Kameleon z 2008 roku, która podobno jest najlepsza ze wszystkich. Dostrzegam już pewne charakterystyczne cechy stylu tego autora: oryginalne światy, dwie grupy bohaterów (zmiana perspektywy i warunków), zagadki, niemożność poznania ostatecznych odpowiedzi, za to stawianie intrygujących pytań. Taka literatura bardzo mi się podoba.

Ocena: 5/6



piątek, 25 listopada 2011

 

Mars, Rafał Kosik

Wydawnictwo: Powergraph, wyd. II - 2009

Wydawnictwo: Ares, wyd. I - 2003

 

Jeżeli chodzi o fantastykę, to mamy w Polsce naprawdę świetnych pisarzy: Ewę Białołęcką, Annę Kańtoch, Jarosława Grzędowicza (to oczywiście tylko trójka ostatnio przeze mnie odkrytych, za najgenialniejszego w tym gatunku uznaję Andrzeja Sapkowskiego). Do tego wyjątkowego grona zaliczam też kolejnego pisarza odkrytego dzięki Nagrodzie im. Janusza A. Zajdla - Rafała Kosika, który pisze utwory science-fiction.           

Jestem naprawdę pod wrażeniem jego pierwszej powieści – Mars, wydanej w 2003 roku. Wyróżnia się ona: dobrze przemyślaną fabułą, wspaniale wykreowanym światem na obcej planecie i filozoficznymi pytaniami, które w sobie zawiera i które właściwie są jednym z jej głównych wątków (pytania, do czego służy polityka, co to jest świadomość, czym jest wolność, ogólniejsze o sens życia i wiele innych). Mogłabym jedynie zarzucić pisarzowi niedostateczne zarysowanie bohaterów od strony psychologicznej. Wydają mi się oni dość „jednowymiarowi”. Kilka cech, kilka uczuć i nic się w nich nie zmienia. Może dlatego autor w połowie akcji wymienia głównych bohaterów? To też trochę mnie zdziwiło i raczej się wcześniej z czymś takim nie spotkałam. Właściwie wydaje mi się, że można by mówić, że Mars to dwie powieści w jednym tomie z prologiem. Dla czytelnika nawet lepiej, że nie musi czekać na drugą część, ani podwójnie płacić. Niestety druga połowa powieści jest gorsza i podobała mi się zdecydowanie mniej, choć jednocześnie doskonale uzupełnia pierwszą, kontynuuje wątki i je wyjaśnia, do tego jest w niej przedstawiony zupełnie inny świat, będący wręcz przeciwieństwem tego wykreowanego na początku.

Trochę to złożone, więc może zacznę od początku. W prologu obserwujemy jedną z baz na Marsie, w której przygotowuje się teren pod zasiedlenie w przyszłości przez ludzi. Mechanicy i technicy trudnią się budową specjalnych wież, które mają umożliwić produkcję tlenu na planecie i rozwój flory i fauny. Jest rok 2040 – czerwona planeta nie nadaje się jeszcze do zamieszkania.

Trzysta lat później, a dokładnie w 2305 rozpoczyna się akcja powieści. Głównym bohaterem jest Allen Ryan, który decyduje się przeprowadzić na Marsa z braku perspektyw dla siebie na Ziemi:

 

„Coraz mniej ludzi emigrowało na Marsa. Allen wiedział o tym, ale właśnie w tym upatrywał swojej szansy. Miał dwadzieścia lat i cały majątek zakodowany w mikrochipie jedyne karty kredytowej. Już samo posiadanie karty kredytowej świadczyło o jego niskiej pozycji społecznej. Rodziców nie znał, dalsze rodziny też nie. Był sam, a rachunek ekonomiczny ostatnich trzech lat nie wyglądał najlepiej. Oszczędności kurczyły się niezależnie od tego, jakiej pracy się podejmował. życie w mieście było zbyt drogie. Allen nie mógł zrozumieć,  w jaki sposób ludzie, z którymi pracował, potrafili utrzymać siebie i rodzinę. Jeśli nie chciał wylądować w tekturowym domku pod mostem, miał do wyboru kilka rozwiązań, a Mars był prawdopodobnie najlepszą z nich.”

 

Jednak życie na obcej planecie pełne jest niespodzianek. Zamiast pokazywanych w folderach reklamowych: bujnej roślinności i jeziora – staw w małym parku, do tego wysoka temperatura, wstrętne jedzenie, wszechobecny piach i jakby tego było mało – podział na biednych i bogatych. Szybko też okazuje się, że planecie grozi zagłada, a uratować ją może jedynie nielegalny plan jednego z senatorów. Allen razem z poznaną w Biurze emigracyjnym urzędniczką – Doris zostają wplatani w wielką polityczną aferę, ryzykując życiem i nie znając wszystkich faktów. Ta umownie przeze mnie nazwana „pierwszą” część książki ma ok. 215 stron. Jak na powieść wystarczy prawda? (Szczególnie, że marginesy są dość wąskie, co utrudnia czytanie).

Na 237 stronie rozpoczyna się „druga cześć” opowieści, licząca ok. 186 stron. Akcja przenosi się znowu w czasie, tym razem o 35 lat, jest rok 2340, a głównym bohaterem zostaje Jared Grant, którego Allen poznał kiedyś jako chłopca podczas podróży na Marsa. Jared już jako dorosły mężczyzna jest poszukiwaczem wody, czyli wykonuje zawód bardzo ceniony na Marsie. Czerwona planeta przez czas jego dorastania bardzo się zmieniła. Nastąpiła prawdziwa rewolucja informatyczna, ludzie noszą wszczepione w głowach minikomputery – specjalne ”komplanty”, które są wstanie tworzyć doskonale światy wirtualne, iluzje indywidualne i zbiorowe:

 

„Komplant sterował ciałem precyzyjniej niż mózg.

Kwitł zatem przemysł rozrywkowy pozwalający zabić czas pracy i odpoczynku. Skoro komplant zastąpił inne towarzyszące człowiekowi gadżety, cała para poszła w oprogramowanie.

Muzykę przekazywano wprost do ośrodka słuchu, obraz do ośrodka wzroku. Dawno zniknęły materialne nośniki danych. Odłączenie się od ciała eliminowało nawet mimowolne ruchy gałek ocznych i skurcze mięśni twarzy. Istniało jednak wiele zawodów, w których multitasking układu komplant-mózg nie pozwalał na jednoczesną pracę i zabawę. Świadomość trzeba było więc czasowo włączać.

Dla użytkowników zysk i tak przewyższał starty. Po pracy szara klita mogła się stać ekskluzywnym apartamentem. Każdego dnia innym. Brzydka żona dostarczała uciech jak rasowa dziwka. Skala wrażeń dotykowych, zapachowych i smakowych była dłuższa od jej niebiańskich nóg. Tym bardziej, że małżeństwa stawały się coraz rzadsze. Brak żony nie stanowił zresztą problemu. Komplanty nie tylko udoskonalały. Generowały, co trzeba.”

 

Przerażający świat, od którego Jared ucieka na pustynię. Też bym uciekła. Wizja ta jest dlatego taka straszna, bo wydaje się całkowicie prawdopodobna. I chyba przez nią ta druga część jest gorsza. Opowiada o świecie, w którym nikt nie chciałby żyć, ale do którego ciągły rozwój technologii zdaje się zmierzać. Poza tym w tej części Jared wraz z dziennikarką – Valerie Pinard próbuje rozwiązać kolejne marsjańskie tajemnice, które już nie są tak wciągające, a dotyczą starożytnych ruin odkrytych na pustyni. Za to rozwiązanie zagadki jest bardzo satysfakcjonujące, wszystkie puzzle układają się w jedną całość. Brawa dla autora za ostatni pomysł i wszystkie wcześniejsze. Tylko bohaterowie znowu tacy płascy, że po przeczytaniu zapomina się nawet ich imiona. Dodatkowo brakuje między nimi prawdziwych uczuć, co może w takim odczłowieczonym świecie nie powinno dziwić.

Po Marsie sięgnęłam od razu po kolejną powieść Rafała Kosika – Vertical (niedługo o niej napiszę) i mam zamiar przeczytać wszystko inne, co ten pisarz napisał (Kameleon wydany w 2008) i jeszcze napisze. Wypożyczę też jego powieści pisane dla dzieci z cyklu Felix, Net i Nika, ciekawa jestem, czy bardzo się różnią stylem i poziomem literackim.

Ocena: 5/6

 

Zakładki:
Moje blogi
Polecane książki:
Klasyka:
Kryminały:
Fantastyka/SF:
Horror/Thriller:
Poezja:
Dla młodzieży:
Dla dzieci:
Czytadła:
Zaproszenie :-)
Akcja - opowiadanie:
Szablon:

Facebook - profil


Skrzynka pocztowa

Napisz e-mail