Wpisy z tagiem: Chmielewska
środa, 12 października 2011
Wydawnictwo: KOBRA, 2004
Zobaczyłam tę książkę w bibliotece na półce, szukając skandynawskich kryminałów. Odruchowo wyciągnęłam po nią rękę, a potem cofnęłam. I znowu wyciągnęłam, ale tym razem już chwyciłam i przeczytałam informacje na tylnej stronie okładki. Mało zachęcający, niezrozumiały dialog. Otworzyłam na pierwszej stronie tekstu. No tak, kolejna powieść z przyjaciółką Joanny – Alicją. Moje wahanie nie mogło dłużej trwać. Sentyment do twórczości Chmielewskiej i jej bohaterów zwyciężył we mnie z niechęcią do jej nowszych książek. Po przeczytaniu zdałam sobie sprawę, że nic na to nie poradzę, Chmielewska jest, była i będzie jedną z moich ulubionych autorek. Po co z tym walczyć? Zdarzają jej się lepsze i gorsze powieści, jak każdemu autorowi, ale jej styl jest niepowtarzalny, ma genialny talent i to coś, co sprawia, że poprawia się nastrój jej czytelnikom, że zapominają o problemach i pogrążają się w lekturze. Kocie worki są książką trochę nierówną. Zaczynają się rozmową przyjaciółek, Joanny i Alicji, na temat twórczości Chmielewskiej i prawdziwości opisanych przez nią wątków i osób:
Zabawnie jest czytać rozmowę o powieściach w książce, która również jest powieścią, kryminałem, fikcją. A potem spotykać znajome postacie w nowych-starych rolach. Np. Anitę, która nadal jest dziennikarką, ale w swoim życiu żadnej zbrodni, wcześniej przypisywanej jej w „Wszystko czerwone”, nie popełniała. To fragment dialogu przyjaciółek na ten temat, zaczyna Alicja:
W ogóle czytelnik znający wcześniejsze książki królowej polskiego kryminału będzie się w tej powieści czuł jak ryba w wodzie. Niestety początek jest zdecydowanie przegadany, poświęcony roztargnieniu Alicji i bałaganowi w jej domu. Dzieją się tam co prawda dziwne rzeczy: ktoś próbuje przeszukiwać dom, robić porządki, znajdują się zabytkowe szachy, znika pół butelki koniaku, ale akcja rozkręca się dopiero ok. 150 strony, kiedy to znaleziony zostaje w ogrodzie Alicji pierwszy trup. Od tego momentu praktycznie od książki oderwać się nie mogłam. Dobrze, że do niego dotrwałam, bo druga część powieści jest zdecydowanie bardzo dobra. Jest zabawnie, zaskakująco, tak jak powinno być. Książka wydana została w 2004 roku i jest zdecydowanie lepsza od najnowszej - „Gwałtu”. Ma oczywiście i swoje wady albo raczej drobne mankamenty, ale to drobiazgi i nie warto o nich wspominać, bo nie przesłaniają ogólnego bardzo dobrego wrażenia. Jednak nie będę nikogo namawiała do przeczytania. Powtórzę jedynie to, co kiedyś napisałam w komentarzach na jednym z blogów, że czytanie książek jest jak rozmowa z przyjaciółmi. Choć nie znam jej osobiście, Chmielewska jest moją dobrą przyjaciółką. A dobre książki poznaję po tym, że po ich przeczytaniu jestem zadowolona i nie mam poczucia zmarnowanego czasu, tak jak po spotkaniu z prawdziwymi przyjaciółmi. I to jedyne książki, do których mam ochotę wracać. Ocena: 5/6
piątek, 02 września 2011
Książkę przeczytałam jednym tchem, a właściwie dwoma, bo o drugiej po północy zrobiłam sobie małą drzemkę i kontynuowałam następnego dnia. W sumie kilka godzin czytania. Ktoś mógłby po tym zdaniu dojść do wniosku, że książka rewelacyjna, a tak nie jest. Dlaczego? Książki Chmielewskiej pisane przez nią dawniej są tak genialne, że chyba sama autorka nie jest już w stanie sobie dorównać. Po „Byczkach w pomidorach” myślałam, że coś w niej „drgnęło” i wraca do starego stylu, ale jednak „Gwałt” jest tego zaprzeczeniem. To taka książka, której byśmy się po Chmielewskiej nie spodziewali. Po pierwsze ze względu na tytułowy gwałt, bo przecież Chmielewska zawsze sceny miłosne u siebie omijała, po drugie ze względu na gatunek. Nie jest to książka pełna trupów, nie obraca się wokół pytania „Kto zabił?”. Ewentualnie „Czy był gwałt, czy go nie było?” Akcja książki toczy się w dużej mierze na sali sądowej. Główni bohaterowie to prokurator i dziennikarka oraz dziewczyna, która twierdzi, że została zgwałcona. Ilość głównych bohaterów w sam raz. Duża liczba dialogów, humor, wciągająca fabuła, przedstawiona z różnych punktów widzenia. Świetna pierwsza połowa... Co więc z tą książką jest nie tak? Przewidywalne zakończenie i takie uczucie niedosytu, że to jednak nie tak zabawne, nie tak oryginalne jak kiedyś. „Lesio”, „Całe zdanie nieboszczyka” czy „Klin” to książki, do których można wracać wielokrotnie (sama tak robię) i za każdym razem czytelnik świetnie się bawi, śmieje się z tych samych żartów, ale w niczym mu to nie przeszkadza. Chyba wielką zaletą tamtych książek byli bohaterowie, nie tylko Lesio, ale przede wszystkim książkowe alter ego pisarki - Joanna. To z nią czytelnik się utożsamiał albo podziwiał jej osobowość, oryginalność, siłę charakteru. W nowszych książkach takiej Chmielewskiej jest coraz mniej. Ani sympatyczna dziennikarka Patrycja, ani przystojny prokurator Kajtuś, ani naiwna Stefcia nie mają w sobie tej autentyczności i wyjątkowości. Nie zaprzyjaźnimy się z nimi, nie będziemy chcieli do nich wracać. Ot zabawna historyjka, zabawne postaci, z których trochę się pośmiejemy. Właśnie tej głębi i prawdziwości brakuje w książce najbardziej. A do tego niektóre tezy na temat gwałtu w tej książce są zadziwiające.
„Gwałt” jako przeżycie budzące cudowną zgrozę, której dziewczęta nie mogą się doczekać? Autorka starała się pewnie pokazać „rozwydrzenie obyczajów” wśród młodzieży, ale jednak dziwnie czyta się takie zdania:
Jak to wstyd było „nie zostać zgwałconą”? To czym musiałby być dla kogoś gwałt, by uznać go za źródło dumy? W literaturze przedstawiano gwałt rozmaicie, jako źródło hańby, poniżenia albo cierpienia kobiety, nie tylko fizycznego, ale i psychicznego. U Chmielewskiej jest inaczej. I więcej nie zdradzę, żeby nie psuć nikomu przyjemności czytania odkrywaniem zakończenia. Jeżeli Chmielewska będzie miała pecha, to ktoś kupi prawa do ekranizacji i zrobi z „Gwałtu” głupiutką komedię romantyczną z czołówką polskich aktorów serialowych. Wątek „romantyczny” jest w książce podwójny i drugi co do ważności, zaraz po tytułowym gwałcie. Sam pomysł na historie miłosne nie najgorszy, ale zabrakło wyrazistego zarysowania postaci. To oczywiste, że od pierwszych stron powieści atrakcyjny prokurator i inteligentna dziennikarka mają się ku sobie. Pomaga im w tym fakt, że mieszkają w jednym mieszkaniu. Zaskakuje jednak niekonsekwencja w przedstawianiu ich charakterów. Ich dialogi są błyskotliwe i zabawne, pełne wzajemnych uszczypliwości i rywalizacji. Nie ufają sobie, ale coś wyraźnie ich do siebie ciągnie. On jest tym, który ma tajemnice i ukrywa różne brzydkie sekrety (romanse i szwindle). Ona nie daje się nabrać na jego piękne oczy, czułe słówka i bukiety kwiatów. Przypominają Joannę i Diabła (też prokuratora) z wcześniejszych książek Chmielewskiej, są ich „łagodniejszą wersją”, przez to też niestety mniej prawdziwą. Oceńcie sami na podstawie fragmentu skalę tego podobieństwa:
Szkoda, że później będziemy zmuszeni uwierzyć w przemianę Kajtusia i Patrycji według nudnych stereotypów. Bohaterką drugiego romansu jest Stefcia Rucka (współczesna „Trędowata” chciałoby się rzecz, ale z Stefci Rudeckiej ma ona w sobie niewiele). Poza może pierwszym zdaniem powieści, które jakoś od razu skojarzyło mi się z dziełem Mniszkówny:
Wokół tej cnoty będzie się kręciła akcja powieści. A wybrankiem serca naiwnej dziewczyny od początku będzie przestępca i pierwszy podrywacz miasta Płocka – Ziutek Klimczak. Ich historia jest jeszcze mniej wiarygodna niż Patrycji i Kajtusia. W związku z tym marzy mi się, żeby Chmielewska odnalazła w szufladzie wśród sterty papierów jakiś zapomniany rękopis swojej powieści. Albo napisała powieść, która będzie dorównywała tym z przeszłości tak, jakby była wtedy pisana. Akcja „Gwałtu” toczy się co prawda w czasach PRL-u, ale jest to tylko taki „kostium”, bo równie dobrze mogłaby się toczyć współcześnie. Jest książką, przy której można spędzić przyjemnie czas, ale niestety już się po nią ponownie nie sięgnie i myślę, że bohaterów i fabułę też szybko zapomnimy. Najgorszą stroną książki jest okładka – brzydka, staromodna, zbyt dosłowna w oddawaniu fabuły powieści. Nie podoba mi się podobnie jak okładki kilku ostatnich książek Chmielewskiej. Chociaż wiernych czytelników taki szczegół pewnie nie zniechęci. Ocena: 4/6
piątek, 19 sierpnia 2011
Wydawnictwo: Axel Springer Polska
Książka poniekąd kucharska to przede wszystkim zbiór zabawnych anegdot związanych z kuchnią i gotowaniem. Choć oczywiście samych przepisów również w niej nie brakuje. Zdecydowanie jednak siłą i zaletą książki jest niezawodne poczucie humoru Joanny Chmielewskiej. Oto próbki jej stylu:
Ja zaryzykowała i nie żałuję. Uśmiałam się bardzo, w niektórych momentach nawet bardzo głośno. I takie książki uważam za bezcenne, i takich autorów, którzy potrafią ludzi rozśmieszyć. A okazji do śmiechu w tej książce nie brak od samego początku. W pierwszym rozdziale dowiadujemy się, że:
W rozdziale na temat odchudzania kolejne cenne uwagi:
I jeszcze cytat z zakończenia:
Anegdotek o gotowaniu nie będę streszczać, bo są zbyt zabawne. Polecam zajrzeć do książki i przeczytać samemu w całości. Są to zarówno wspomnienia autorki, opowieści z kręgu rodzinnego i zawodowego, jak i anonimowe przygody z kuchni powtarzane z ust do ust. Wszystko to opowiedziane jest swobodnym, gawędziarskim stylem. Momentami czytelnik odnosi wrażenie, że autorka pisze bez zastanowienia to, co aktualnie przychodzi jej do głowy. Przepisy kulinarne są dla niej tylko pretekstem, by podzielić się z innymi śmiesznymi historyjkami kuchennymi. Najśmieszniejszy rozdział ma tytuł „Głupoty” i zawiera podrozdział „Mężczyźni”. Jest o głupotach, jakie popełniono w kuchni, a także o tym, jak niektórzy mężczyźni radzą sobie w kuchni pod nieobecność żon. Całość jednak ułożona jest alfabetycznie nazwami potraw i produktów kulinarnych. Zaczyna się od „Alkoholi”, a kończy na „Zrazikach różnych w sosie chrzanowym”. Dla ułatwienia poszukiwań na końcu książki dodany został jeszcze indeks. Myślę, że w tej „Książce poniekąd kucharskiej” znajdziemy więcej humoru niż w niektórych nowszych propozycjach Chmielewskiej, jaka szkoda nawiasem mówiąc. Chciałabym, żeby wszystkie jej książki były tak zabawne jak ta. Dodatkowym plusem książki są przepisy – proste, zwyczajne, znane powszechnie. Jeżeli ktoś chciałby poznać tradycyjne, polskie potrawy, to pewnie nie ma lepszego podręcznika. Należy tylko pamiętać o jednym:
Ocena:5/6
|
Archiwum
Zakładki:
Moje blogi
Polecane książki:
Klasyka:
Kryminały:
Fantastyka/SF:
Horror/Thriller:
Poezja:
Dla młodzieży:
Dla dzieci:
Czytadła:
Zaproszenie :-)
Akcja - opowiadanie:
Szablon:
Tagi
Facebook - profil
Skrzynka pocztowa
Ostatnio przeczytane:
Jane Austen Arthur Conan Doyle Danuta Wałęsa Andrzej Pilipiuk Suzanne Collins Ursula Le Guin Jarosław Grzędowicz Andrzej Pilipiuk Jarosław Grzędowicz Siergiej Łukjanienko Antonina Kostrzewa Maciej Bennewicz Andrzej Pilipiuk Andrzej Pilipiuk Tove Jansson Małgorzata Warda Andrzej Mestwin |