blog o książkach, które niedawno czytałam i polecam innym przeczytać

Wpisy z tagiem: kryminał

piątek, 18 maja 2012

 

Arthur Conan Doyle, Znak czterech

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 1997

 

W końcu udało mi się dostać w bibliotece drugą powieść Arthura Conan Doyle’a o Sherlocku Holmesie. Nie myślałam, że będzie z tym jakiś problem, ale gdy okazało się, że jednak jest, zdecydowałam się na zrobienie rezerwacji. Lubię czytać książki chronologicznie według tego, jak zostały napisane, szczególnie gdy są to cykle mające wspólnego głównego bohatera.

„Znak czterech” (wydany po raz pierwszy w 1890 r.) bardzo mi się podobał. Przywykłam już do stylu pisania Doyle’a, choć nadal dziwi mnie forma jego utworów. W porównaniu ze współczesnymi kryminałami są to raczej bardzo rozbudowane opowiadania (liczące ok. 125 stron), na końcu których, po zakończeniu śledztwa, morderca lub narrator opowiada całą historię zbrodni, od motywów aż po ich skutki.

Książkę przeczytałam od razu po przyniesieniu z biblioteki, nie mogłam się od niej oderwać. Pierwszy rozdział i postać Sherlocka Holmes’a mnie zachwyciły:

 

„Sherlock Holmes zdjął z kominka flaszkę, a potem z małej walizeczki wyciągnął strzykawkę. Ręką o długich, nerwowych palcach osadził ciężką igłę i podwinął lewy mankiet koszuli. Przez chwilę spoglądał w zamyśleniu na muskularne ramię, pokryte niezliczoną liczbą śladów po ukłuciach, wbił igłę, nacisnął tłok strzykawki i wreszcie z westchnieniem ulgi zatopił się z powrotem w pluszowym fotelu.”

 

Pewnie się zastanawiacie, co w opisie wstrzykiwania sobie kokainy przez Sherlocka mogło mi się tak spodobać? Chyba zadziałał efekt zaskoczenia. Wielki detektyw – narkomanem. Tego się nie spodziewałam. Później kolejne niespodzianki. Holmes krytykuje „Studium w szkarłacie” napisane przez dr Watsona, którego sam jest bohaterem. A na koniec bardzo ciekawej sceny, na pytanie przyjaciela, opinia Sherlocka o sensie czy raczej bezsensie życia:

 

„ – […] Powiedz, czy masz teraz na warsztacie jakąś ciekawą sprawę?

 – Żadnej, stąd kokaina. Nie mogę po prostu żyć bez łamigłówek umysłowych. Bo po cóż innego warto żyć? Stań przy oknie i powiedz, czy widziałeś kiedyś podobnie posępny, pochmurny, beznadziejny świat. Popatrz na tę żółtą mgłę rozsnuwającą się wśród ulic i wpełzającą między szare domy. Cóż znajdziesz bardziej beznadziejnego, prozaicznego i materialnego? I cóż stąd, że człowiek posiada jakąś siłę, doktorze, jeżeli nie ma jej gdzie wyładować? Zbrodnia jest banałem i nic innego nie rządzi światem jak banał.”

 

Chyba mało dotąd wiedziałam o Sherlocku, stąd jego zachowania i słowa wciąż bardzo mnie dziwią.

W tej części jego przygód poznajemy Mary Morstan, która przychodzi po pomoc w sprawie tajemniczego listu i związanego z nim zaginięcia swojego ojca dziesięć lat wcześniej. Urozmaiceniem akcji jest wątek romantyczny – między doktorem Watsonem, a „czarującą” Mary szybko rodzi się uczucie.

Teraz muszę zdobyć „Księgę wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa”, czyli wydany po raz pierwszy w Polsce zbiór wszystkich powieści i opowiadań Arthura Conan Doyle’a o Sherlocku Holmesie. Całe szczęście nie będzie to trudne, bo został on niedawno kupiony przez moją osiedlową bibliotekę. Nie pomyślałam, o nim  wcześniej, bo to okropna „cegła”, zupełnie niewygodna do czytania (1108 stron, twarda okładka). Najwyżej będę ją czytała na raty i  opisywała na blogu „po kawałku”.

Ocena: 5/6



wtorek, 10 stycznia 2012

 

Studium w szkarłacie, Arthur Conan Doyle

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

 

Czytając recenzję książki „Sherlockista” Grahama Moore’a na blogu „Maniaczytania”, zdałam sobie sprawę, że znam słynnego angielskiego detektywa tylko z filmów czy popkultury, a nigdy nie czytałam książek o nim. Sięgnęłam więc „do źródła”, do pierwszej powieści o Sherlocku Holmesie z 1887 roku.

To było niesamowite! Po pierwsze odkrycie, że bardzo lubiany przeze mnie serialowy dr House, to „skóra” zdjęta z postaci stworzonej przez Arthura Conan Doyle’a (czytałam o tym wcześniej, ale nie myślałam, że podobieństwo jest aż tak duże!). Poza tym od początku mogłam porównać to, co wiem już o kultowym bohaterze z tym, co napisał o nim autor. Zastanawiałam się też, dlaczego wcześniej nie poznałam tego cyklu powieści. I czy dzisiaj wiele osób czyta jeszcze te dziewiętnastowieczne kryminały? Wszyscy wiemy, kim jest Sherlock Holmes, ale czy na pewno? Namawiam, żeby sprawdzić to osobiście, warto.

„Studium w szkarłacie” to cienka książeczka, ledwie 128 stron, więc wydarzenia dzieją się w niej dość szybko. Przy tym ma dość dziwną kompozycję – dwie części. Pierwsza opowiada o morderstwach i kończy się ujęciem zabójcy, druga rozpoczyna się w Ameryce, w środowisku Mormonów i tłumaczy powody zbrodni. W zakończeniu dowiadujemy się, jak detektywowi udało się rozwiązać całą zagadkę.

Styl powieści jest trochę inny od współczesnych kryminałów, trzeba chwili, żeby się do niego przyzwyczaić. Pierwszy rozdział to wspomnienia dr Johna H. Watsona z jego kariery wojskowej w Afganistanie i poznania Sherlocka. Później dowiadujemy się, jak zarabia na życie detektyw-amator i mamy okazję obserwować go przy pracy. Morderstwo Amerykanina w środku nocy w opuszczonym domu to nietypowa sprawa w sam raz dla niego, zajmuje się nią na listowną prośbę policji.

Doyle stworzył wspaniałą i nieśmiertelną postać. Do tego świetnie ją opisał, nadał jej indywidualne, charakterystyczne rysy. Chociaż właściwie powinnam użyć liczby mnogiej. Zarówno Sherlock Holmes, jak i dr Watson pozostają w pamięci czytelnika. Szczególnie że bardzo wiele ich różni: temperament (Holmes - żywiołowy, energiczny, Watson – spokojny) zakres posiadanej wiedzy (Holmes nie wie nic o literaturze, filozofii, astronomii – zaskakuje go wiadomość, że Ziemia krąży wokół Słońca), sposób życia (Holmes działa, Watson obserwuje). Tak przedstawia Holmesa znajomy obu panów podczas rozmowy z Watsonem:

 

„– Trudno wyjaśnić coś nieuchwytnego – roześmiał się Stamford. –  Jak dla mnie Holmes ma za silnie rozwiniętą żyłkę naukowca… jego zimnokrwistość jest wprost cyniczna. Doskonale wyobrażam go sobie dającego swemu przyjacielowi dawkę najnowszego roślinnego alkaloidu, nie ze złej woli, oczywiście, lecz tylko z samej ciekawości badacza, który chce przekonać się, jak działa trucizna. Ale żeby mu oddać sprawiedliwość, dodam, że on sam w tym celu równie łatwo by ją zażył. Ma po prostu pasję do wiedzy ścisłej.

– Cóż, to słuszne.

– Tak, ale u niego już przekracza dopuszczalne granice. Bicie trupa kijem w prosektorium nazwałbym co najmniej cudacznym wybrykiem.

– Bicie trupa?

– Tak. By sprawdzić, jakie siniaki powstaną po śmierci. Widziałem to na własne oczy.”

 

Tak, ten fragment zdecydowanie przypomina mi praktyki doktora Gregorego House’a, kontrowersyjny bohater i jego „szalone” pomysły plus niekonwencjonalny sposób myślenia. Dr Watson wypada przy nim dość blado. Jego zadaniem w pierwszej powieści jest przyglądanie się z boku poczynaniom detektywa i opisywanie jego dokonań.

Książka Conan Doyle’a zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Nie wyobrażam sobie teraz nie przeczytać pozostałych części cyklu, powieści i opowiadań. A potem może przyjdzie pora na kontynuacje i nawiązania takie, jak „Sherlockista”.

Ocena 5/6

 


PS Polecam pierwszy odcinek brytyjskiego serialu pt. "Sherlock" (2010-2012), który jest adaptacją "Studium w szkarłacie", choć akcja dzieje się współcześnie. "A Study in Pink" (2010):

http://iitv.info/sherlock/


Mnie zachwycił sposób, w jaki przeniesiono dziewiętnastowieczny kryminał w XXI wiek. Nie zapomnę dr Watsona siedzącego przy laptopie czy rozmawiającego z panią psycholog, która doradza mu zająć się blogowaniem, by uporać się z wojennymi koszmarami :-).

 

piątek, 06 stycznia 2012

 

Janusowy kamień, Elly Griffiths

Wydawnictwo Literackie, 2011

 

W Nowy Rok tommyknocker na swoim blogu opowiedział o książce Elly Griffiths, Janusowy kamień. Wczoraj udało mi się ją wypożyczyć i od razu zaczęłam czytać, a już dziś piszę na jej temat recenzję. Wciągnęła mnie od pierwszych stron dzięki prostemu językowi, plastycznemu stylowi (narracja w czasie teraźniejszym) i sympatycznym postaciom. To typowa lektura, przy której można odpocząć, nie trzeba marszczyć czoła, żeby zrozumieć zawiłości fabuły. Do tego od razu wyobrażamy sobie miejsce akcji i dziejące się tam wydarzenia. W jakiś sposób przypomina mi styl Mankella – po prostu styl dobrego kryminału.

Główną bohaterką jest Ruth Galloway, z zawodu archeolog sądowy, prywatnie – przyszła samotna mama. „Janusowy kamień” to druga część jej przygód, pierwszą – „Szlak kości” muszę szybko nadrobić. Chociaż kolejność chyba nie jest taka ważna, mi w każdym razie nie przeszkadzały wspomnienia z poprzedniej części, były one tak klarowne jak cała powieść i bez problemu czytelnik może zorientować się w sytuacji bohaterów. Wątki główne są dwa: pierwszy – śledztwo w sprawie znalezionych podczas przebudowy Domu Dziecka zwłok małej dziewczynki, drugi – ciąża Ruth, jej życie osobiste, relacje z ojcem dziecka – Harrym Nelsonem, policjantem prowadzącym z jej pomocą dochodzenie, żonatym ojcem dwóch córek. Wydarzenia oglądamy głównie z dwóch perspektyw: Ruth i Harry’ego, dzięki temu poznajemy myśli obojga. „Kryminalnych” fragmentów nie ma sensu cytować, lepiej poznać styl autorki czytając „osobiste” rozważania jej bohaterów. Np. takie myśli przychodzą do głowy Ruth podczas badania USG:

 

„Spojrzawszy jednak na ekran wilgotnymi oczyma, Ruth dochodzi do wniosku, że to chłopiec. Jest coś niemal dziarskiego, w tej maleńkiej postaci pływającej w macicy. Kobieta wskazuje na inną część ekranu.

– Długie nogi. Czy pani partner ma długie nogi?

Ruth widzi Nelsona kroczącego z miejsca na miejsce, niecierpliwiącego się, z ochotą przystępującego do nowego zadania. Jest wysoki, więc jego nogi pewnie są długie. W każdym razie dłuższe niż Ruth. I nagle po raz pierwszy to do niej dociera – dziecko jest  w połowie jego. Do tej chwili uważała, że jest wyłącznie jej, a nawet, że to jedyna rzecz na świecie, którą może uważać za własną. A przecież to nieprawda… Przez sekundę patrzy na kształt na ekranie jak na coś całkiem obcego – męską miniaturkę Nelsona.”

 

Ruth, mimo braku kochającego partnera, wsparcia rodziny czy przyjaciółki, cieszy się, że będzie miała dziecko i to uczucie radości jest w książce bardzo wyraźnie obecne. Żona Harry’ego - Michelle o niczym nie wie, lubi Ruth i postanawia jej pomóc. On sam, gdy dowiaduje się o dziecku snuje takie rozmyślania:

 

„Wciąż trudno mu dojść do siebie po rewelacjach poprzedniego dnia. No, może niedokładnie rewelacjach, raczej potwierdzeniu jego wcześniejszych przypuszczeń. Czy można mieć większego pecha? Pozwala sobie na jeden jedyny wyskok i – proszę! – znowu będzie ojcem. Inni mężczyźni (wie to od Clougha) ciągle z kimś sypiają bez najmniejszych konsekwencji. Dlaczego, u diabla, ani on, ani Ruth nie uważali? Jego uczucia wobec Ruth oscylują miedzy złością, podziwem, a chwytającym za serce współczuciem. Podziwia jej determinację, z jaką pragnie dziecka, i jest wdzięczny, że niczego nie oczekuje. Jest też lekko poirytowany. Ona chyba myśli, że może tak po prostu urodzić i wychować je sama, licząc jedynie na okazjonalny prezent urodzinowy od niego. Ale on wie to, o czym ona nie ma pojęcia: że rodzicielstwo bywa trudne, a nawet nie do wytrzymania. Wie, że Michelle miewała ciężkie chwile, zwłaszcza po przeprowadzeniu na południe, kiedy on dużo pracował, a ona całe dnie spędzała sama z dziećmi. Ruth nie będzie miała do kogo się zwrócić, chyba że do swoich fanatycznych rodziców albo do tej stukniętej przyjaciółki. Może Cathbad zgodzi się czasem popilnować małego. To nie jest życie dla jego syna.”

 

Czytając, zastanawiałam się, co w tej sytuacji zrobią bohaterowie i podobała mi się rada, którą otrzymuje na końcu Nelson podczas rozmowy, którą można by nazwać spowiedzią:

 

„– Miłość zawsze przynosi pozytywne uczucia – mówi ksiądz łagodnie. – Twoja miłość do rodziny, do tej kobiety i nienarodzonego dziecka. Nawet decyzje twojej żony… To wszystko są przejawy dobra.

Nelson zwraca twarz w stronę duchownego, jego oczy są wilgotne.

– Jak mogę być dobry? Jeśli moja żona się dowie, to będzie koniec naszego małżeństwa.

– Jesteś tego pewien?

– Myśli ksiądz, że powinienem jej powiedzieć?

– Nie potrafię udzielić ci w tej sprawie rady – mówi Hennessey – chociaż wiem, że tego oczekujesz. Mogę ci tylko powiedzieć, że dziecko zawsze jest błogosławieństwem i miłość też… Jeżeli zależy ci na tych ludziach, to znajdziesz właściwą drogę.”

 

To bardzo pozytywne przesłanie. Może niektórym wydać się za proste, ale według mnie jest raczej trudne do wykonania i tym bardziej cenne, jeżeli ktoś potrafi w ten sposób traktować dziecko i miłość.

Rozpisałam się o wątku prywatnego życia Ruth. Teraz kilka słów o jej życiu zawodowym. Kryminału, w którym to archeolog sądowy byłby głównym bohaterem jeszcze nie czytałam. Z okładki dowiadujemy się, że autorka ma męża archeologa i stąd pomysł na tę postać. W książce mamy garść wiadomości na temat pracy w tym zawodzie plus kilka informacji na temat mitologii rzymskiej. To wydało mi się trochę mało nawet jak na powieść. Jeszcze bardziej zdziwił mnie fakt, że archeolog może nie znać łaciny, bo u nas uczą jej nawet filologów. Ale to tylko szczegóły. Najważniejsze, że postaci są barwne, ich motywacje prawdopodobne.

Nie podobało mi się jedynie zakończenie, a właściwie dość spora końcowa cześć książki. Krąg podejrzanych był bardzo ograniczony. Myślałam, że odgadłam zabójcę i z mniejszym zainteresowaniem śledziłam treść. Jednak decydujące zeznania pojawiły się na samym końcu, kiedy napięcie nie jest już takie duże. Znudziło mnie dość schematyczne zastraszanie Ruth, potem jej porwanie i gonienie Herry’ego za mordercą.

Pochwalę za to sposób wydania "Janusowego kamienia": wytłaczany tytuł i sama okładka, duże marginesy, dobry, gruby papier. Chociaż sama książka dość ciężka przez swoją objętość (350 stron) i średni format (większy od standardowego), to jednak aż chce się ją czytać, tak starannie wykonana. 

Ciekawa jestem czy pierwsza część cyklu jest lepsza, czy gorsza. Zamierzam to niedługo sprawdzić, bo ona również znajduje się w bibliotece. A jeżeli okaże się dobra, to sięgnę po kolejne tomy, które pewnie niedługo ukażą się na naszym rynku.

Ocena: 5/6

 
PS Recenzję „Janusowego kamienia” i "Szlaku kości", które napisał tommyknocker można przeczytać tutaj:

 

 http://samotnia1981.blox.pl/2012/01/Witam-Nowy-Rok-z-recenzja-bardzo-dobrej.html

http://samotnia1981.blox.pl/2011/06/Elly-Griffiths-SZLAK-KOSCI.html

 

wtorek, 03 stycznia 2012

 

Fałszywy trop, Henning Mankell

Wydawnictwo: W.A.B, wyd. II - 2005, wyd. I - 2002

 

Warto się było pomęczyć z „Mężczyzną, który się uśmiechał”, bo kolejna część cyklu – „Fałszywy trop” jest bardzo dobra. Od samego początku ma to „coś”, co kryminał mieć powinien. Czyta się lekko, wciąga, wydarzenia i bohaterów można sobie wyobrazić, i oczywiście nie można się doczekać zakończenia. Chociaż w tym przypadku czytelnik wie, kto jest mordercą to i tak śledzi z zainteresowaniem poczynania policji, zbieranie poszlak, badanie dowodów, odkrywanie kolejnych tajemnic.

Rozpoczyna się historią rodziny z Dominikany. Potem, już w Szwecji, pierwszym tragicznym wydarzeniem jest samobójstwo młodej dziewczyny na polu rzepaku. Natomiast tematem książki tym razem jest seria brutalnych morderstw. Pierwszą ofiarą jest były minister sprawiedliwości. Wydarzenia toczą się bardzo szybko, kolejne zabójstwa następują jedno po drugim. Obserwujemy sytuację zarówno z perspektywy komisarza Kurta Wallandera, jak i z punktu widzenia mordercy.

Choć powieść jest obszerna (460 stron) składa się w dużej części z dialogów. Dzięki temu akcja jest dynamiczna i sami możemy wyciągać wnioski na podstawie tego, co mówią policjanci i świadkowie. Dodatkowym plusem są rozważanie głównego bohatera o współczesnej Szwecji, przestępczości i przestępcach. Zaznaczyłam sobie dwa fragmenty. Pierwszy:

 

„Zadał sobie beznadziejne pytanie, co to za świat, w którym młodzi ludzie podpalają się albo w inny sposób próbują pozbawić się życia. Żyją w epoce, którą można by nazwać czasem niepowodzeń. Coś, w co wierzyli i co budowali, okazało się mniej trwałe, niż przypuszczali. Wierzyli, że wznoszą dom, a okazało się, że stawiają pomnik czemuś, co odeszło i było w połowie zapomniane. Szwecja się waliła, gigantyczny regał mógł w każdej chwili runąć. Nikt nie wiedział, jacy stolarze czekają w przedsionku, gotowi montować nowe półki. Nikt też, rzecz jasna, nie wiedział, jak te półki miałyby wyglądać. Wszystko było mętne. Z jednym tylko wyjątkiem: jest ciepło, jest lato. Młodzi odbierają sobie życie. Ludzie żyją nie po to, żeby pamiętać, ale żeby zapomnieć. Mieszkania przypominają kryjówki, a nie ciepłe, przytulne domy. A policjanci bezradnie czekają chwili, kiedy aresztów będą pilnować ochroniarze.”

 
To chyba pierwszy raz, kiedy Wallander prowadzi śledztwo latem. I mimo, że pogoda jest piękna, a w jego życiu osobistym pojawiła się nadzieja na związek z poznaną w Rydze – Bajbą, to jego refleksje o życiu nadal są tak samo ponure i pesymistyczne. Oto drugi z cytatów, który to potwierdza:

 

„Wallander pomyślał, że w swoim policyjnym życiu ciągle jest zmuszony czytać szare, bezbarwne życiorysy, których początek zwiastował fatalny koniec. Szwecja wyszła z ubóstwa w głównej mierze dzięki sobie samej i sprzyjającym okolicznościom. Wallander pamiętał z własnego dzieciństwa ludzi naprawdę biednych, choć wtedy nie było ich już tak wielu. Ale tej drugiej biedy, pomyślał, stojąc z filiżanką kawy przy kuchennym oknie, tej drugiej nigdy nie wytępiliśmy. Przetrwała za fasadami. I dzisiaj kiedy sukcesy wydają się coraz mniejsze i państwo dobrobytu rwie się i pęka w szwach, wtedy daje o sobie znać ta druga bieda, rodzinne tragedie. Bjorn Fredman nie był wyjątkiem. Nigdy nam się nie udało zbudować społeczeństwa, w którym tacy jak on czuliby się jak u siebie. Zburzyliśmy stare struktury, w których rodzina trzymała się razem, zapomnieliśmy je zastąpić innymi. Ceną, która przyszło za to płacić, okazała się wielka samotność. a może wolimy udawać, że nie istnieje?”

          
Te słowa wydają mi się bardzo interesujące i głębokie. Policjant przygląda się życiu jednej z ofiar i nie ocenia jej działalności przestępczej, ale próbuje wniknąć w przyczyny, które doprowadziły Bjorna Fredmana do takiego, a nie innego życia. Świadczy to o dużej wrażliwości pisarza, który i w ofiarach i w katach nadal próbuje dostrzec ludzi i ich motywy, nie tylko indywidualne, ale i będące skutkiem przemian społecznych. I to mi się w pisarstwie Henninga Mankella podoba. Nazwałabym to – humanizmem. Stworzony przez niego bohater, nie jest supermanem. Przeżywa śmierć obcych ludzi, której jest świadkiem, podobnie oględziny miejsca zbrodni są dla niego przykrym doświadczeniem. Niby drobiazgi, ale pokazują, że Wallander jest zwykłym człowiekiem i nigdy nie przyzwyczaił się do widoku krwi i ofiar. To takie inne, gdy porównamy go z amerykańskimi filmami czy np. kryminałami Harlana Cobena.         

Z niecierpliwością czekam na kolejne części cyklu, który jest nie tylko rozrywką, ale i daje do myślenia. I do tego jeszcze napisany jest świetnym stylem. Czego chcieć więcej?

Ocena: 5/6

 

wtorek, 20 grudnia 2011

 

Mężczyzna, który się uśmiechał, Henning Mankell

Wydawnictwo: W.A.B, wyd. II - 2008, wyd. I - 2007

 

To czwarta przeczytana przeze mnie książka Henninga Mankella i pierwsza, która mnie zawiodła. Zupełnie się tego nie spodziewałam. Pierwsze 200 stron przeczytałam szybko, z rozpędu, licząc na dobra rozrywkę. Następne 100 stron było bardzo nudne i wiele razy się zastanawiałam, czy nie skończyć czytania. Ostatnie 80 przeczytałam z trudem. A jednak było warto. Wiedziałam, że jeżeli zrezygnuje w połowie lektury już więcej do cyklu kryminałów z komisarzem Kurtem Wallanderem nie wrócę. Choć można czytać je oddzielnie, dla mnie wątek głównego bohatera jest bardzo ważny. Bez „Mordercy, który się uśmiechał” ciężko byłoby mi zrozumieć dalsze uczuciowe perypetie Kurta i Baiby Liepy. O Łotyszce znanej z „Psów z Rygi” Wallander myśli i wspomina nieustannie, występuje ona jednak jedynie w zakończeniu.

Najgorszą wadą tej powieści jest tytułowy mężczyzna, który się uśmiechał. Od początku domyślamy się, kto jest mordercą i czekamy aż komisarz Wallander też to odkryje i znajdzie przeciwko niemu dowody. Niestety śledztwo przez całą książkę prawie się nie posuwa do przodu. Nie ma zwrotów akcji, dodatkowych podejrzanych, mylnych tropów. Nic. Wyjątkowo marne jest również tło społeczne i polityczne. Mamy tradycyjnie krytykę współczesnej Szwecji, bogatych obywateli, którzy stoją ponad prawem, mówi się również o handlu organami do przeszczepów, ale to wszystko bardzo słabo łączy się z akcją. Można by się złośliwie zastanawiać, czy ta książka w ogóle jakąś akcję ma.

Zazwyczaj nie wspominam o zakończeniach powieści, ale przy tej zrobię wyjątek. Dla tych, którzy nie będą w stanie przebić się przez tę bardzo nudną druga połowę. Od razu uprzedzam, że można ją ominąć i przejść do końcowych 20 stron, na których w końcu coś się dzieje. Albo po prostu przeczytać ostatnie kilka akapitów:

 

„Wchodził i wychodził z hali przylotów, podniecony jak nastolatek, liczył szpary w nawierzchni ulicy, trenował swój słaby angielski i nieustannie, z emocją myślał o tym, co nastąpi.

Kiedy samolot wylądował, on wciąż stał na zewnątrz. Potem wpadł do hali przylotów i zajął miejsce obok kiosku z gazetami.

Wyszła jako jedna z ostatnich.

Ale to była ona. Baiba Liepa.

Wyglądała dokładnie tak, jak ja zapamiętał.”

 

Przyjechała dzień przed Wigilią na zaproszenie Kurta, żeby spędzić z nim święta. Wdowa po łotewskim policjancie, któremu Kurt pomagał w śledztwie. Kobieta, w której zakochał się mimo różnic kulturowych, słabej znajomości angielskiego, niesprzyjających okoliczności. I o której nie mógł zapomnieć, mimo że dzieliło ich wszystko. Ciekawe, co wyniknie z ich spotkania.

Mam nadzieję, że kolejna część przygód Wallandera – „Fałszywy trop” jest ciekawsza. Czeka już u mnie na półce. Choć samemu stylowi pisarza nie mam nic do zarzucenia, drugiej nudnej powieści Mankellowi nie wybaczę.

Ocena: 4-/6

 

sobota, 26 listopada 2011

 

Uwikłanie, Zygmunt Miłoszewski

Wydawnictwo: W.A.B, wyd. III - 2011, wyd. I - 2007

 

Teraz na moim blogu nastąpi krótka przerwa w recenzjach książek z dziedziny fantastyki (przez niektórych chyba wyczekiwana) i zajmę się kryminałem. W tym gatunku również mam spore zaległości, więc na początek pierwsza powieść Zygmunta Miłoszewskiego z prokuratorem Teodorem Szackim w roli głównej (wiem, że część czytelników jest już po lekturze kontynuacji – Ziarna prawdy, ale może to lepiej, bo będzie się można wymienić uwagami o autorze, którego twórczość się czytało, a nie dopiero ma się zamiar przeczytać).

Uwikłanie jest zdecydowanie książką godną polecenia. co nie znaczy, że nie ma wad. Jej siłą jest pomysł, by kryminalna intrygę osnuć wokół jednej z bardzo kontrowersyjnych metod terapeutycznych – terapii ustawień wymyślonej przez Berta Hellingera, polegającej na „ustawieniu” obcych ludzi w rolach swojej rodziny i przyjaciół. To w jakim miejscu i w jakiej odległości, a także w jakiej relacji do siebie ustawimy konkretne osoby, świadczy o naszym stosunku do nich. Pozwala też obejrzeć sytuacje rodzinną z dystansu i wysnuć odpowiednie wnioski dotyczące uwikłania w nieodpowiednie związki, znaleźć nierozwiązane problemy itp.

Tak tłumaczy to jedna z postaci powieści, psychiatra Jeremiasz Wróbel:

 

„- W ustawieniach zadajemy sobie dwa podstawowe pytania. Po pierwsze: kogo brakuje i kto musi dołączyć do ustawienia? Często przypomina to śledztwo, grzebanie w brudach rodzinnej historii. Po drugie: kto musi odejść? Komu trzeba na to pozwolić? Mechanizm zawsze jest ten sam. Jeśli nie pozwolimy komuś odejść, zarówno w sensie „umrzeć”, jaki i w sensie „oddalić się”, to zamiast tej osoby odchodzą dzieci. To dorośli zazwyczaj są winni, a dzieci chcą im pomóc, wziąć winę na siebie, odejść zamiast tego, kto odejść powinien. Taki jest porządek miłości.”

 

Bohaterowie powieści – terapeuta Cezary Rudzki i jego pacjenci spotykają się, by w małym, kilkuosobowym gronie poddać się oczyszczającej kuracji. Sesje mają burzliwy przebieg, a rano jeden z pacjentów zostaje znaleziony martwy. Śledztwo w tej sprawie prowadzi wspomniany już Teodor Szacki, a narrator poucza, że w Polsce decydujący głos w śledztwie ma właśnie prokurator, nie policja i on również prowadzi czynności śledcze: przesłuchuje świadków, asystuje przy sekcji zwłok itd. Dowiadujemy się przy okazji wiele na temat nudnej urzędniczej pracy w prokuraturze.

Pierwsza połowa książki bardzo mi się podobała: mały krąg podejrzanych, sympatyczny śledczy, interesujące teorie psychologiczne. Niestety w drugiej połowie wątek kryminalny schodzi na dalszy plan, a pod koniec powieści prawie w ogóle traci znaczenie odpowiedź na pytanie, kto zabił. Prokuratora Szackiego „dopada” kryzys wieku średniego i jedyne, o czym jest w stanie myśleć, to romans z młodą dziennikarką – Monika Grzelką. I tu moja sympatia dla bohatera się ulotniła. A zazwyczaj gdy nie lubię głównego bohatera, nie podoba mi się też książka. Właściwie doczytałam ją już z niesmakiem i życząc Szackiemu pobicia przez zbirów. Trudno mi się identyfikować czy sympatyzować z postacią, która po kilku latach małżeństwa, gdy na świecie jest już siedmioletnie dziecko, zaczyna zdradzać swojego partnera bez żadnych wyrzutów sumienia, a wręcz z pretensjami, że wcześniej wszystko robili razem, a teraz zdradzać musi sam:

 

„Była najbliższą mu osobą i żałował, że nie może jej opowiedzieć o wszystkich swoich rozterkach, obawach i nadziejach związanych z Moniką. Chciałby otworzyć butelkę carmenere albo primitivo, usiąść obok niej w łóżku i opowiadać zabawne anegdoty, jak to bał się zamówić tort bezowy, żeby nie walczyć z nim na oczach dziewczyny. Śmieszne? Śmieszne. Uśmiałaby się? Wcale. Robili prawie wszystko razem, ale zdradzać ją musi oddzielnie.”


Ten brak moralności i zwykłej uczciwości u osoby stojącej na straży sprawiedliwości i prawa zupełnie nie przypadł mi do gustu.

Z powodu mojej niechęci do głównego bohatera nie zamierzałam sięgnąć już po książki Miłoszewskiego, pomimo że dostrzegam w nim duży potencjał i talent. Moje zdanie na temat autora zmienił bardzo ciekawy wywiad z 2008 roku dostępny na portalu Zbrodnia w bibliotece. Poza „ciekawostką” wywołującą moje zdziwienie, że według redaktorki zadającej pytania Szacki „To bardzo „czysta”, pozytywna postać.” (czytałyśmy inną książkę?), dowiedziałam się jakie jest zdanie autora na temat własnej twórczości i że za najbliższy sobie gatunek literacki uważa horror. I dlatego właśnie postanowiłam poznać jego powieść grozy z 2005 roku – Domofon. Może okaże się mniej irytująca?

Ocena 4+/6



środa, 23 listopada 2011

 

Diabeł na wieży, Anna Kantoch

Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2005

 

Po klasyce przyszła pora sięgnąć po fantastykę, a właściwie świetne połączenie fantastyki z kryminałem. Czegoś takiego jeszcze nie czytałam i bardzo się cieszę, że odkryłam dla siebie Annę Kańtoch, która potrafi pisać wyśmienicie, ciekawie i wciągająco. Do tego opowiada o stworzonym przez siebie świecie, który tylko nosi osiemnastowieczny kostium.

Zanim przejdę do opisu książki, wspomnę, jak udało mi się ją znaleźć. Widziałam ją niejednokrotnie na półce w bibliotece, ale ani okładka, ani opis na niej mnie nie zachęcił do wypożyczenia (chyba nie lubię okładek książek z „Fabryki Słów”). Pewnie nigdy bym się nie skusiła, gdyby nie moje wcześniejsze odkrycie pisarstwa Ewy Białołęckiej. Wtedy też zainteresowałam się nagrodami, które otrzymała – w tym Nagrodą im. Janusza A. Zajdla, przyznawaną w dziedzinie fantastyki. Słyszałam o niej wcześniej, ale postanowiłam bliżej przyjrzeć się laureatom. I to był strzał w dziesiątkę. Anna Kańtoch, Jarosław Grzędowicz, Rafał Kosik to pisarze, których książki dzięki temu poznałam (pewnie jeszcze wiele przede mną). Będziecie mogli o nich niedługo więcej przeczytać na moim blogu. Zachęcam również do zainteresowania się wspomnianą nagrodą, propozycje przysyłają czytelnicy, co moim zdaniem jest bardzo ważne i dzięki temu poziom jest naprawdę wysoki.

Wracając do książki Anny Kańtoch, jest to zbiór opowiadań, ale tworzą one w miarę spójny obraz, wiec przy odrobinie chęci i dopisaniu łączników między rozdziałami powstałaby z tego spójna powieść. Piszę to, dlatego że niektórzy nie lubią opowiadań (ja też za nimi nie przepadam), a w tym przypadku ta forma zupełnie „nie przeszkadza” w odbiorze. Jest ich tylko 6, na ok. 360 stron, co daje bardzo dobrą długość tekstów. Jesteśmy w stanie wciągnąć się w akcję, a nie zdąży nas ona znużyć. Jedna książka – 6 ciekawych mini kryminałów.

Wszystkie opowiadania mają jednego bohatera – Domenica Jordana, dość tajemniczego naukowca, lekarza, który zainteresowany jest głównie pograniczem medycyny i magii. Tak scharakteryzowany został w pierwszym opowiadaniu przez jedną z postaci:

 

„Domenic Jordan nie był lekarzem. Miał potrzebną wiedzę, owszem, w tym względzie z pewnością nikt nie zarzuciłby mu oszustwa, ale Darnis znał tak wielu medyków, że bez trudu potrafił rozpoznać kogoś, kto nim nie był. Jego podchwytliwe pytania były uprzejmie zbywane.

Duża, raczej teoretyczna niż praktyczna, wiedza Jordana, jego nienaganne maniery, zamiłowanie do ekscentrycznego czarnego stroju, a przede wszystkim osobliwe poczucie humoru – wszystko to przemawiało za tym, że Darnis miał za towarzysza po prostu dobrze urodzonego, bogatego dziwaka.”

 

A tak opisuje go bezstronny narrator:

 

„Domenic Jordan z wykształcenia był lekarzem. Interesowały go przede wszystkim zmiany, jakim pod wpływem magii podlega organizm – w tym wszelkiego rodzaju deformacje, ponadnaturalne zdolności, a także choroby i w końcu śmierć. Swoje badania mógł prowadzić jedynie dzięki opiece, jaką otaczał go biskup Alestry – człowiek w miarę uczciwy, a przy tym wystarczająco rozsądny, by od czasu do czasu w imię wyższego celu przymknąć na coś oczy. Opieka jednak miała swoja cenę – Jordan nie mógł odmówić Jego Ekscelencji. Skądinąd zresztą wcale nie chciał odmawiać. Sprawa zainteresowała go, a wiedział też, że zostanie odpowiednio wynagrodzony.”

 

Wielki plus książki to właśnie wspomniane naprawdę ciekawe tajemnice przed którymi staje główny bohater. Za każdym razem oryginalne i zaskakujące. Możecie być pewni, że autorka Was zadziwi. Choć nie dajcie się zwieść pozorom, nie we wszystkich opowiadaniach rozwiązaniem zagadki są elementy nadprzyrodzone i to też bardzo mi się spodobało.

Drugi plus to oryginalny świat wykreowany na potrzeby fabuły. Jest on podobny do naszego z XVIII wieku, ale są pewne drobne i łatwo zauważalne różnice. Żyją w nim istoty nadprzyrodzone, dość niezwykle i różnorodne. Nie będę Wam psuć niespodzianki i opisywać, jak wyglądają i co potrafią. Po drugiej stronie układu sił są też o dziwo święci, którzy udzielają ludziom rożnych nadnaturalnych mocy i umiejętności. A co na to Kościół? Głośno zabrania magii, a po cichu wysyła Jordana do zbadania najdziwniejszych przypadków. A w razie kłopotów biskup na życzenie lekarza potrafi wysłać oddział wojska, by „zlikwidować” problem.

Jeżeli chodzi o charakterystykę postaci, to są one zazwyczaj dość tajemnicze, tak jak główny bohater, ale rozwiązanie zagadki oparte jest właśnie na rozświetleniu „mroków” ludzkiej duszy. Autorka popisała się znajomością psychologii i to trzeci plus książki. Znajdziemy tu teksty o poczuciu winy i innych dość mrocznych uczuciach. W końcu bohaterami są mordercy, wariaci i inne „złe” istoty.

Diabeł na wieży ukazał się w 2005 roku. Rok później wyszła kontynuacja – Zabawki diabła, którą na pewno przeczytam. Poza tym autorka napisała jeszcze trzy powieści: debiutancką - Miasto w zieleni i błękicie (2004), 13 anioł (2007), Przedksiężycowi, tom 1 (2009). Pierwszą z nich mam już wypożyczoną. Pozostałe niestety są u mnie niedostępne, a z chęcią przeczytałabym wszystkie. Szczególnie ostatnią, za którą Kańtoch otrzymała Nagrodę im. Janusza A. Zajdla za najlepszą powieść 2009 roku.

Ocena: 5/6

 
PS Miasto w zieleni i błękicie mnie rozczarowało. Przeczytalam tylko początek. Ani bohaterowie, ani przedstawiony świat, ani akcja mnie nie zaciekawiły. Mimo to nadal chcę poznać inne utwory tej autorki i nie zmieniłam zdania o jej talencie.

 

niedziela, 13 listopada 2011

 

Biała lwica, Henning Mankell

Wydawnictwo: W.A.B, 2005

 

Na początek wyjaśnienia słów kilka. Z powodu choroby nastąpiła u mnie nieplanowana przerwa w blogowaniu, ale nie w czytaniu. Mam do napisania 8 recenzji. Mam nadzieję, że kiedyś te zaległości nadrobię. Postaram się.

„Białą lwicę” przeczytałam jeszcze przed położeniem się na tydzień do łóżka i zrobiłam to z przyjemnością. To już trzecia poznana przeze mnie powieść Mankella i trzecia dobra. Jak ten pisarz to robi? Ten sam bohater, formuła kryminału plus ciekawy motyw przewodni.

A jednak gdybym wiedziała, jak ważny będzie w tej książce temat Republiki Południowej Afryki i segregacji rasowej, to bym do niej nie zajrzała. I to na pewno byłby błąd. Widać Mankell potrafi pisać ciekawie o wszystkim. Także, a może przede wszystkim, o tematach trudnych i kontrowersyjnych pod płaszczykiem rozwiązywania kryminalnej intrygi.

Pomijając kiepski prolog, pierwsze sto stron jest rewelacyjne. Tym razem komisarz Wallander prowadzi poszukiwania zaginionej Louise Akerblom, pośredniczki w handlu nieruchomościami, przykładnej żony, matki, do tego osoby wierzącej i odpowiedzialnej, która nigdy sama nie opuściłaby rodziny. Czytelnik już w pierwszym rozdziale dowiaduje się, co przydarzyło się Louise, ale policja będzie to musiała dopiero ustalić w toku szczegółowego śledztwa, przesłuchując męża, pastora, i innych którzy widzieli kobietę w dniu zniknięcia.

Czyta się jednym tchem. Do pewnego momentu. Dalej powieść rozpada się na wątek szwedzki i afrykański. Pojawiają się nowi bohaterowie, którym autor poświęca sporo miejsca. Oczywiście wszystko jest ze sobą powiązane i na końcu zostanie wyjaśnione, ale jednak równowaga powieści zostaje zachwiana. Nie można powiedzieć, że wątek afrykański został dobrze wkomponowany w powieść, tak jak to było z wątkiem łotewskim w Psach z Rygi. Tam akcja przenosi się na Łotwę razem z głównym bohaterem i wszystko jest tak jak należy. Tutaj bohaterowie są powiązani, ale moim zdaniem tej Afryki jest troszkę za dużo. Niby to uzasadnia fabuła powieści, ale czasami się zastanawiam, czy nie jest ona tylko pretekstem by zachęcić czytelników do poznania historii RPA i skłonić do refleksji o rasizmie. Mottem powieści są dwa cytaty:

 

„Dopóki różnie będziemy oceniać ludzi w naszym kraju, zależnie od koloru skóry, nie opuści nas przypadłość, którą Sokrates nazwał kłamstwem duszy.”

Jan Hofmeyr, premier Afryki Południowej, 1946

 

„Angurumapo simba, mcheza nani?"

(Kto się odważy bawić, kiedy ryczy lew?)

przysłowie afrykańskie

 

Taka dawka polityki nie pasuje do kryminału, a jednak wdzięczna jestem Mankellowi za tę lekcję historii Afryki, bo w innym wydaniu raczej bym jej nie przeczytała. Tutaj jednak powstaje pytanie: Ile w tej powieści prawdy o Afryce, a ile fikcji wymyślonej przez szwedzkiego pisarza? Nie ma już takiego państwa, jakie on opisuje, nie wystarczy tam pojechać, żeby się przekonać. Ponieważ Mankell mieszka na zmianę w Szwecji i Mozambiku, to zakładam, że na Afryce się zna.

Ciekawa jestem, jakie jeszcze tematy wziął na swój warsztat w kolejnych powieściach. Jeżeli są tak samo dobre jak chociażby „Biała lwica”, to pewnie przeczytam wszystkie.

Ocena: 4+/6



wtorek, 25 października 2011

 

Aleja samobojców, Marek Krajewski, Mariusz Czubaj

Wydawnictwo: W.A.B., 2008

 

Nie myślałam, że przeczytam tę książkę w całości. Nie mówiąc o tym, że nie liczyłam, że mi się spodoba. Chciałam po prostu poznać twórczość bardzo popularnego obecnie pisarza – Marka Krajewskiego. Ku mojemu zaskoczeniu powieść okazała się bardzo dobra, a pisarz utalentowany. Chociaż może powinnam powiedzieć pisarze, bo autorów jest dwóch. Cały czas się zastanawiam, jak dwie osoby mogą napisać razem książkę. Jeden pisze, a drugi dyktuje? Dzielą się rozdziałami czy stronami? Czyj styl jest dominujący? Nie znam innych książek tego duetu, więc nie mam porównania.

Fabuła Alei samobójców jest dość prosta. W domu seniora zostaje zamordowany i oskalpowany jeden z rezydentów. W tym samym czasie znika inny, stając się jednocześnie podejrzanym. Na miejsce przybywa nadkomisarz Jarosław Pater, ale szybko zostaje odsunięty od sprawy przez ABW. Jednak morderstwo nie daje mu spokoju i rozpoczyna śledztwo na własną rękę.

Intryga wciąga, chociaż bez przesady. Główny bohater – mało sympatyczny policjant z różnymi dziwactwami: aspołeczny, hazardzista, wyczulony na punkcie poprawności językowej, o dziwo da się lubić. Trochę przypomina mi Wallandera z powieści Mankella. Obaj to mężczyźni z kompleksami, którzy nie potrafią ułożyć sobie życia, obu porzuciły żony. A przecież są inteligentni, oddani pracy, konsekwentni w prowadzeniu śledztwa.

Klimat powieści również przypomina mi ten z kryminałów szwedzkiego pisarza. Choć akcja rozgrywa się w Trójmieście niewiele ma tak naprawdę z nim wspólnego. Gdyby pozmieniać nazwy ulic, a falowiec na jakiś wieżowiec mieszkalny ze stolicy nic by się w powieści nie zmieniło. Do tego ta stylizacja na „miasto zepsucia”. Bo jak inaczej nazwać panoszący się w Gdańsku od pierwszych stron powieści smród niewywiezionych śmieci, który łącznie z nieznośnym upałem utrudnia życie mieszkańcom?

 

„Jarosław Pater szedł powoli ulicą Kartuską w stronę punktu zakładów sportowych „Profesjonał”. Pod ścianami szarych i ceglastych domów z liszajami graffiti walały się worki ze śmieciami. Było przedpołudnie, a nad miastem unosiło się widmo żaru, który nie puszczał od przeszło tygodnia. Pater czuł, że koszula przylepiła się już do pleców. Wirowało mu w głowie i wydawało mu się, że za chwilę zemdleje. Upałowi towarzyszył zawiesisty smród z kontenerów na śmieci. Pater dopiero teraz rozumiał, jak potężną bronią dysponowali pracownicy zakładu oczyszczania miasta. To, że strajkowały kopalnie i huty, jakoś Patera nie obchodziło. Listów też się nie spodziewał. W najlepszym razie listonosze nie przyniosą nowych rachunków, zatem brak wiadomości to dobra wiadomość. Pociągiem też się nigdzie nie wybierał, a na niezaplanowane wizyty nie liczył. Pozostawali śmieciarze.

Przepełnione kontenery wypchnięto na ulice. Dziurawe worki huczały od os, tłukących się w pustych plastikowych butelkach po coli i lemoniadzie, szerszenie wyrywały kawałki mięsa z nadgryzionych kurczaków, tłuste larwy wiły się w półotwartych puszkach mielonki, fetor nie pozwalał na swobodny wdech. Pater przypomniał sobie, ze niedawno czytał coś o tym, że gdy społeczeństwo się różnicuje, to i rzeczy wyrzucane na śmietnik stają się bardziej różnorodne.”

 

Pisarze przez cały czas będą nam o niesprzątniętych śmietnikach przypominać, ale całość wydaje się być przerysowana i nie pasować do prawdziwego Gdańska. Cały czas liczyłam, że dowiem się czegoś nowego o tym mieście, a tu tylko puby, „jaskinie hazardu”, bezbarwna komenda, raz pojawia się plaża. Kryminał to na pewno nie miejsce na rozbudowane opisy i turystyczne ciekawostki, ale parę krótkich zdań charakteryzujących miejsce akcji by się przydało. Po co czynić jakieś miasto „bohaterem powieści”, jeżeli w żaden sensowny sposób nie umie się tego wykorzystać? To największy minus tej powieści.

Za to największym plusem jest warsztat pisarski Krajewskiego i Czubaja. Powieść jest po prostu dobrze napisana, bohaterowie wiarygodni, zagadka ciekawa. Może brakuje trochę jakichś ciekawych i aktualnych tematów poruszanych na marginesie (motywem przewodnim wątku pobocznego są Mistrzostwa Świata w piłce nożnej w Niemczech w 2006 roku) albo głębszego przesłania, poza ABW jest złe. Ale to drobiazgi. Powieść ma w sobie to coś, że chce się ją przeczytać i poznać inne, które wyszły spod tego samego pióra, albo piór.

Aleja samobójców wydana została w 2008 roku i ma już część drugą pod tytułem Róże cmentarne (2009), ale ja raczej sięgnę po pierwszą powieść Krajewskiego toczącą się we Wrocławiu – Śmierć w Breslau. Może to miasto bliższe pisarzowi niż Gdańsk zostało tam ciekawiej opisane.

Ocena: 5/6

 
PS Róże cmentarne mnie nie wciągnęły. Przeczytałam tylko początek. Podobnie Śmierć w Breslau Krajewskiego i 21:37 Czubaja. Zastanawiam się, jak to możliwe, skoro pisarze mają talent?

 

środa, 12 października 2011

 

Kocie worki, Joanna Chmielewska

Wydawnictwo: KOBRA, 2004

 

Zobaczyłam tę książkę w bibliotece na półce, szukając skandynawskich kryminałów. Odruchowo wyciągnęłam po nią rękę, a potem cofnęłam. I znowu wyciągnęłam, ale tym razem już chwyciłam i przeczytałam informacje na tylnej stronie okładki. Mało zachęcający, niezrozumiały dialog. Otworzyłam na pierwszej stronie tekstu. No tak, kolejna powieść z przyjaciółką Joanny – Alicją. Moje wahanie nie mogło dłużej trwać. Sentyment do twórczości Chmielewskiej i jej bohaterów zwyciężył we mnie z niechęcią do jej nowszych książek.

Po przeczytaniu zdałam sobie sprawę, że nic na to nie poradzę, Chmielewska jest, była i będzie jedną z moich ulubionych autorek. Po co z tym walczyć? Zdarzają jej się lepsze i gorsze powieści, jak każdemu autorowi, ale jej styl jest niepowtarzalny, ma genialny talent i to coś, co sprawia, że poprawia się nastrój jej czytelnikom, że zapominają o problemach i pogrążają się w lekturze.

Kocie worki są książką trochę nierówną. Zaczynają się rozmową przyjaciółek, Joanny i Alicji, na temat twórczości Chmielewskiej i prawdziwości opisanych przez nią wątków i osób:

 

„ – Ty, słuchaj – powiedziała do mnie Alicja złym głosem na swoim tarasiku w Birkerod. – Ja może i miałam Alzheimera, ale już mi przeszło. Zdaje się, że na ciebie. Może byś jakoś uporządkowała ten cały mętlik, którego udało ci się narobić?

– Który mętlik? – spytałam beznadziejnie usiłując usiąść jakoś nieco wygodniej na jej kretyńskim fotelu ogrodowym, nie wiadomo do czego przeznaczonym, bo ani siedzieć, ani leżeć się na nim nie dawało.

Alicja, pochylona, próbowała doprowadzić do pionu fuksję, przewróconą dzikim wichrem parę miesięcy temu i rosnącą bardzo dziwnie, jakby pod katem prostym. Rosła dziwnie, ale kwitła, na co patrzyłam z zazdrością.

Wyprostowała się. Fuksji nie. Zrezygnowała.

– Ten, którego narobiłaś w swoich książkach. I wzmogłaś autobiografią. Nikt już nie wie, co było rzeczywiście, a co wymyśliłaś, ale ja to, wbrew pozorom, pamiętam…

– O, nie! – zbuntowałam się gwałtownie. – Jeżeli mnie przypisujesz spodnie, których domagała się Dagmar…”

 

Zabawnie jest czytać rozmowę o powieściach w książce, która również jest powieścią, kryminałem, fikcją. A potem spotykać znajome postacie w nowych-starych rolach. Np. Anitę, która nadal jest dziennikarką, ale w swoim życiu żadnej zbrodni, wcześniej przypisywanej jej w „Wszystko czerwone”, nie popełniała. To fragment dialogu przyjaciółek na ten temat, zaczyna Alicja:

 

„ – Ernest, może być. Ale żadnego szczura ani żadnej nornicy nigdy tu nie było. Ponadto wszyscy mnie pytają, czy ze strony Anity to nie jest okropny nietakt, bywać u mnie, i dlaczego ja w ogóle wpuszczam za próg domu, skoro zamordowała tyle osób. Żadne wyjaśnienia nie pomagają i w końcu szlag mnie trafi.

– Dlaczego Ciebie? – zdziwiłam się. – Nie ją? Niech ona wyjaśni, a nie ty. Jej nie pytają?

– Oszalałaś, jej się boją. Zrobiłaś z niej wariatkę, a wariatów boją się wszyscy. Chociaż… – zastanowiła się. – Zdaje się, że ze mnie zrobiłaś jeszcze większą wariatkę.

– W takim razie za próg domu nie powinnaś wpuszczać i siebie…

Nie przyszło nam jakoś do głowy, że przede wszystkim za próg domu nie powinna wpuszczać mnie.”

 

W ogóle czytelnik znający wcześniejsze książki królowej polskiego kryminału będzie się w tej powieści czuł jak ryba w wodzie. Niestety początek jest zdecydowanie przegadany, poświęcony roztargnieniu Alicji i bałaganowi w jej domu. Dzieją się tam co prawda dziwne rzeczy: ktoś próbuje przeszukiwać dom, robić porządki, znajdują się zabytkowe szachy, znika pół butelki koniaku, ale akcja rozkręca się dopiero ok. 150 strony, kiedy to znaleziony zostaje w ogrodzie Alicji pierwszy trup. Od tego momentu praktycznie od książki oderwać się nie mogłam. Dobrze, że do niego dotrwałam, bo druga część powieści jest zdecydowanie bardzo dobra. Jest zabawnie, zaskakująco, tak jak powinno być.

Książka wydana została w 2004 roku i jest zdecydowanie lepsza od najnowszej  - „Gwałtu”. Ma oczywiście i swoje wady albo raczej drobne mankamenty, ale to drobiazgi i nie warto o nich wspominać, bo nie przesłaniają ogólnego bardzo dobrego wrażenia.

Jednak nie będę nikogo namawiała do przeczytania. Powtórzę jedynie to, co kiedyś napisałam w komentarzach na jednym z blogów, że czytanie książek jest jak rozmowa z przyjaciółmi. Choć nie znam jej osobiście, Chmielewska jest moją dobrą przyjaciółką. A dobre książki poznaję po tym, że po ich przeczytaniu jestem zadowolona i nie mam poczucia zmarnowanego czasu, tak jak po spotkaniu z prawdziwymi przyjaciółmi. I to jedyne książki, do których mam ochotę wracać.

Ocena: 5/6



 
1 , 2
Zakładki:
Moje blogi
Polecane książki:
Klasyka:
Kryminały:
Fantastyka/SF:
Horror/Thriller:
Poezja:
Dla młodzieży:
Dla dzieci:
Czytadła:
Zaproszenie :-)
Akcja - opowiadanie:
Szablon:

Facebook - profil


Skrzynka pocztowa

Napisz e-mail