Wpisy z tagiem: kryminał
piątek, 18 maja 2012
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 1997
W końcu udało mi się dostać w bibliotece drugą powieść Arthura Conan Doyle’a o Sherlocku Holmesie. Nie myślałam, że będzie z tym jakiś problem, ale gdy okazało się, że jednak jest, zdecydowałam się na zrobienie rezerwacji. Lubię czytać książki chronologicznie według tego, jak zostały napisane, szczególnie gdy są to cykle mające wspólnego głównego bohatera. „Znak czterech” (wydany po raz pierwszy w 1890 r.) bardzo mi się podobał. Przywykłam już do stylu pisania Doyle’a, choć nadal dziwi mnie forma jego utworów. W porównaniu ze współczesnymi kryminałami są to raczej bardzo rozbudowane opowiadania (liczące ok. 125 stron), na końcu których, po zakończeniu śledztwa, morderca lub narrator opowiada całą historię zbrodni, od motywów aż po ich skutki. Książkę przeczytałam od razu po przyniesieniu z biblioteki, nie mogłam się od niej oderwać. Pierwszy rozdział i postać Sherlocka Holmes’a mnie zachwyciły:
W tej części jego przygód poznajemy Mary Morstan, która przychodzi po pomoc w sprawie tajemniczego listu i związanego z nim zaginięcia swojego ojca dziesięć lat wcześniej. Urozmaiceniem akcji jest wątek romantyczny – między doktorem Watsonem, a „czarującą” Mary szybko rodzi się uczucie. Teraz muszę zdobyć „Księgę wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa”, czyli wydany po raz pierwszy w Polsce zbiór wszystkich powieści i opowiadań Arthura Conan Doyle’a o Sherlocku Holmesie. Całe szczęście nie będzie to trudne, bo został on niedawno kupiony przez moją osiedlową bibliotekę. Nie pomyślałam, o nim wcześniej, bo to okropna „cegła”, zupełnie niewygodna do czytania (1108 stron, twarda okładka). Najwyżej będę ją czytała na raty i opisywała na blogu „po kawałku”. Ocena: 5/6
wtorek, 10 stycznia 2012
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Czytając recenzję książki „Sherlockista” Grahama Moore’a na blogu „Maniaczytania”, zdałam sobie sprawę, że znam słynnego angielskiego detektywa tylko z filmów czy popkultury, a nigdy nie czytałam książek o nim. Sięgnęłam więc „do źródła”, do pierwszej powieści o Sherlocku Holmesie z 1887 roku. To było niesamowite! Po pierwsze odkrycie, że bardzo lubiany przeze mnie serialowy dr House, to „skóra” zdjęta z postaci stworzonej przez Arthura Conan Doyle’a (czytałam o tym wcześniej, ale nie myślałam, że podobieństwo jest aż tak duże!). Poza tym od początku mogłam porównać to, co wiem już o kultowym bohaterze z tym, co napisał o nim autor. Zastanawiałam się też, dlaczego wcześniej nie poznałam tego cyklu powieści. I czy dzisiaj wiele osób czyta jeszcze te dziewiętnastowieczne kryminały? Wszyscy wiemy, kim jest Sherlock Holmes, ale czy na pewno? Namawiam, żeby sprawdzić to osobiście, warto. „Studium w szkarłacie” to cienka książeczka, ledwie 128 stron, więc wydarzenia dzieją się w niej dość szybko. Przy tym ma dość dziwną kompozycję – dwie części. Pierwsza opowiada o morderstwach i kończy się ujęciem zabójcy, druga rozpoczyna się w Ameryce, w środowisku Mormonów i tłumaczy powody zbrodni. W zakończeniu dowiadujemy się, jak detektywowi udało się rozwiązać całą zagadkę. Styl powieści jest trochę inny od współczesnych kryminałów, trzeba chwili, żeby się do niego przyzwyczaić. Pierwszy rozdział to wspomnienia dr Johna H. Watsona z jego kariery wojskowej w Afganistanie i poznania Sherlocka. Później dowiadujemy się, jak zarabia na życie detektyw-amator i mamy okazję obserwować go przy pracy. Morderstwo Amerykanina w środku nocy w opuszczonym domu to nietypowa sprawa w sam raz dla niego, zajmuje się nią na listowną prośbę policji. Doyle stworzył wspaniałą i nieśmiertelną postać. Do tego świetnie ją opisał, nadał jej indywidualne, charakterystyczne rysy. Chociaż właściwie powinnam użyć liczby mnogiej. Zarówno Sherlock Holmes, jak i dr Watson pozostają w pamięci czytelnika. Szczególnie że bardzo wiele ich różni: temperament (Holmes - żywiołowy, energiczny, Watson – spokojny) zakres posiadanej wiedzy (Holmes nie wie nic o literaturze, filozofii, astronomii – zaskakuje go wiadomość, że Ziemia krąży wokół Słońca), sposób życia (Holmes działa, Watson obserwuje). Tak przedstawia Holmesa znajomy obu panów podczas rozmowy z Watsonem:
Tak, ten fragment zdecydowanie przypomina mi praktyki doktora Gregorego House’a, kontrowersyjny bohater i jego „szalone” pomysły plus niekonwencjonalny sposób myślenia. Dr Watson wypada przy nim dość blado. Jego zadaniem w pierwszej powieści jest przyglądanie się z boku poczynaniom detektywa i opisywanie jego dokonań. Książka Conan Doyle’a zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Nie wyobrażam sobie teraz nie przeczytać pozostałych części cyklu, powieści i opowiadań. A potem może przyjdzie pora na kontynuacje i nawiązania takie, jak „Sherlockista”. Ocena 5/6
piątek, 06 stycznia 2012
Wydawnictwo Literackie, 2011
W Nowy Rok tommyknocker na swoim blogu opowiedział o książce Elly Griffiths, Janusowy kamień. Wczoraj udało mi się ją wypożyczyć i od razu zaczęłam czytać, a już dziś piszę na jej temat recenzję. Wciągnęła mnie od pierwszych stron dzięki prostemu językowi, plastycznemu stylowi (narracja w czasie teraźniejszym) i sympatycznym postaciom. To typowa lektura, przy której można odpocząć, nie trzeba marszczyć czoła, żeby zrozumieć zawiłości fabuły. Do tego od razu wyobrażamy sobie miejsce akcji i dziejące się tam wydarzenia. W jakiś sposób przypomina mi styl Mankella – po prostu styl dobrego kryminału. Główną bohaterką jest Ruth Galloway, z zawodu archeolog sądowy, prywatnie – przyszła samotna mama. „Janusowy kamień” to druga część jej przygód, pierwszą – „Szlak kości” muszę szybko nadrobić. Chociaż kolejność chyba nie jest taka ważna, mi w każdym razie nie przeszkadzały wspomnienia z poprzedniej części, były one tak klarowne jak cała powieść i bez problemu czytelnik może zorientować się w sytuacji bohaterów. Wątki główne są dwa: pierwszy – śledztwo w sprawie znalezionych podczas przebudowy Domu Dziecka zwłok małej dziewczynki, drugi – ciąża Ruth, jej życie osobiste, relacje z ojcem dziecka – Harrym Nelsonem, policjantem prowadzącym z jej pomocą dochodzenie, żonatym ojcem dwóch córek. Wydarzenia oglądamy głównie z dwóch perspektyw: Ruth i Harry’ego, dzięki temu poznajemy myśli obojga. „Kryminalnych” fragmentów nie ma sensu cytować, lepiej poznać styl autorki czytając „osobiste” rozważania jej bohaterów. Np. takie myśli przychodzą do głowy Ruth podczas badania USG:
Ruth, mimo braku kochającego partnera, wsparcia rodziny czy przyjaciółki, cieszy się, że będzie miała dziecko i to uczucie radości jest w książce bardzo wyraźnie obecne. Żona Harry’ego - Michelle o niczym nie wie, lubi Ruth i postanawia jej pomóc. On sam, gdy dowiaduje się o dziecku snuje takie rozmyślania:
Czytając, zastanawiałam się, co w tej sytuacji zrobią bohaterowie i podobała mi się rada, którą otrzymuje na końcu Nelson podczas rozmowy, którą można by nazwać spowiedzią:
To bardzo pozytywne przesłanie. Może niektórym wydać się za proste, ale według mnie jest raczej trudne do wykonania i tym bardziej cenne, jeżeli ktoś potrafi w ten sposób traktować dziecko i miłość. Rozpisałam się o wątku prywatnego życia Ruth. Teraz kilka słów o jej życiu zawodowym. Kryminału, w którym to archeolog sądowy byłby głównym bohaterem jeszcze nie czytałam. Z okładki dowiadujemy się, że autorka ma męża archeologa i stąd pomysł na tę postać. W książce mamy garść wiadomości na temat pracy w tym zawodzie plus kilka informacji na temat mitologii rzymskiej. To wydało mi się trochę mało nawet jak na powieść. Jeszcze bardziej zdziwił mnie fakt, że archeolog może nie znać łaciny, bo u nas uczą jej nawet filologów. Ale to tylko szczegóły. Najważniejsze, że postaci są barwne, ich motywacje prawdopodobne. Nie podobało mi się jedynie zakończenie, a właściwie dość spora końcowa cześć książki. Krąg podejrzanych był bardzo ograniczony. Myślałam, że odgadłam zabójcę i z mniejszym zainteresowaniem śledziłam treść. Jednak decydujące zeznania pojawiły się na samym końcu, kiedy napięcie nie jest już takie duże. Znudziło mnie dość schematyczne zastraszanie Ruth, potem jej porwanie i gonienie Herry’ego za mordercą. Pochwalę za to sposób wydania "Janusowego kamienia": wytłaczany tytuł i sama okładka, duże marginesy, dobry, gruby papier. Chociaż sama książka dość ciężka przez swoją objętość (350 stron) i średni format (większy od standardowego), to jednak aż chce się ją czytać, tak starannie wykonana. Ciekawa jestem czy pierwsza część cyklu jest lepsza, czy gorsza. Zamierzam to niedługo sprawdzić, bo ona również znajduje się w bibliotece. A jeżeli okaże się dobra, to sięgnę po kolejne tomy, które pewnie niedługo ukażą się na naszym rynku. Ocena: 5/6
http://samotnia1981.blox.pl/2012/01/Witam-Nowy-Rok-z-recenzja-bardzo-dobrej.html http://samotnia1981.blox.pl/2011/06/Elly-Griffiths-SZLAK-KOSCI.html
wtorek, 03 stycznia 2012
Wydawnictwo: W.A.B, wyd. II - 2005, wyd. I - 2002
Warto się było pomęczyć z „Mężczyzną, który się uśmiechał”, bo kolejna część cyklu – „Fałszywy trop” jest bardzo dobra. Od samego początku ma to „coś”, co kryminał mieć powinien. Czyta się lekko, wciąga, wydarzenia i bohaterów można sobie wyobrazić, i oczywiście nie można się doczekać zakończenia. Chociaż w tym przypadku czytelnik wie, kto jest mordercą to i tak śledzi z zainteresowaniem poczynania policji, zbieranie poszlak, badanie dowodów, odkrywanie kolejnych tajemnic. Rozpoczyna się historią rodziny z Dominikany. Potem, już w Szwecji, pierwszym tragicznym wydarzeniem jest samobójstwo młodej dziewczyny na polu rzepaku. Natomiast tematem książki tym razem jest seria brutalnych morderstw. Pierwszą ofiarą jest były minister sprawiedliwości. Wydarzenia toczą się bardzo szybko, kolejne zabójstwa następują jedno po drugim. Obserwujemy sytuację zarówno z perspektywy komisarza Kurta Wallandera, jak i z punktu widzenia mordercy. Choć powieść jest obszerna (460 stron) składa się w dużej części z dialogów. Dzięki temu akcja jest dynamiczna i sami możemy wyciągać wnioski na podstawie tego, co mówią policjanci i świadkowie. Dodatkowym plusem są rozważanie głównego bohatera o współczesnej Szwecji, przestępczości i przestępcach. Zaznaczyłam sobie dwa fragmenty. Pierwszy:
Z niecierpliwością czekam na kolejne części cyklu, który jest nie tylko rozrywką, ale i daje do myślenia. I do tego jeszcze napisany jest świetnym stylem. Czego chcieć więcej? Ocena: 5/6
wtorek, 20 grudnia 2011
Wydawnictwo: W.A.B, wyd. II - 2008, wyd. I - 2007
To czwarta przeczytana przeze mnie książka Henninga Mankella i pierwsza, która mnie zawiodła. Zupełnie się tego nie spodziewałam. Pierwsze 200 stron przeczytałam szybko, z rozpędu, licząc na dobra rozrywkę. Następne 100 stron było bardzo nudne i wiele razy się zastanawiałam, czy nie skończyć czytania. Ostatnie 80 przeczytałam z trudem. A jednak było warto. Wiedziałam, że jeżeli zrezygnuje w połowie lektury już więcej do cyklu kryminałów z komisarzem Kurtem Wallanderem nie wrócę. Choć można czytać je oddzielnie, dla mnie wątek głównego bohatera jest bardzo ważny. Bez „Mordercy, który się uśmiechał” ciężko byłoby mi zrozumieć dalsze uczuciowe perypetie Kurta i Baiby Liepy. O Łotyszce znanej z „Psów z Rygi” Wallander myśli i wspomina nieustannie, występuje ona jednak jedynie w zakończeniu. Najgorszą wadą tej powieści jest tytułowy mężczyzna, który się uśmiechał. Od początku domyślamy się, kto jest mordercą i czekamy aż komisarz Wallander też to odkryje i znajdzie przeciwko niemu dowody. Niestety śledztwo przez całą książkę prawie się nie posuwa do przodu. Nie ma zwrotów akcji, dodatkowych podejrzanych, mylnych tropów. Nic. Wyjątkowo marne jest również tło społeczne i polityczne. Mamy tradycyjnie krytykę współczesnej Szwecji, bogatych obywateli, którzy stoją ponad prawem, mówi się również o handlu organami do przeszczepów, ale to wszystko bardzo słabo łączy się z akcją. Można by się złośliwie zastanawiać, czy ta książka w ogóle jakąś akcję ma. Zazwyczaj nie wspominam o zakończeniach powieści, ale przy tej zrobię wyjątek. Dla tych, którzy nie będą w stanie przebić się przez tę bardzo nudną druga połowę. Od razu uprzedzam, że można ją ominąć i przejść do końcowych 20 stron, na których w końcu coś się dzieje. Albo po prostu przeczytać ostatnie kilka akapitów:
Przyjechała dzień przed Wigilią na zaproszenie Kurta, żeby spędzić z nim święta. Wdowa po łotewskim policjancie, któremu Kurt pomagał w śledztwie. Kobieta, w której zakochał się mimo różnic kulturowych, słabej znajomości angielskiego, niesprzyjających okoliczności. I o której nie mógł zapomnieć, mimo że dzieliło ich wszystko. Ciekawe, co wyniknie z ich spotkania. Mam nadzieję, że kolejna część przygód Wallandera – „Fałszywy trop” jest ciekawsza. Czeka już u mnie na półce. Choć samemu stylowi pisarza nie mam nic do zarzucenia, drugiej nudnej powieści Mankellowi nie wybaczę. Ocena: 4-/6
sobota, 26 listopada 2011
Wydawnictwo: W.A.B, wyd. III - 2011, wyd. I - 2007
Teraz na moim blogu nastąpi krótka przerwa w recenzjach książek z dziedziny fantastyki (przez niektórych chyba wyczekiwana) i zajmę się kryminałem. W tym gatunku również mam spore zaległości, więc na początek pierwsza powieść Zygmunta Miłoszewskiego z prokuratorem Teodorem Szackim w roli głównej (wiem, że część czytelników jest już po lekturze kontynuacji – Ziarna prawdy, ale może to lepiej, bo będzie się można wymienić uwagami o autorze, którego twórczość się czytało, a nie dopiero ma się zamiar przeczytać). Uwikłanie jest zdecydowanie książką godną polecenia. co nie znaczy, że nie ma wad. Jej siłą jest pomysł, by kryminalna intrygę osnuć wokół jednej z bardzo kontrowersyjnych metod terapeutycznych – terapii ustawień wymyślonej przez Berta Hellingera, polegającej na „ustawieniu” obcych ludzi w rolach swojej rodziny i przyjaciół. To w jakim miejscu i w jakiej odległości, a także w jakiej relacji do siebie ustawimy konkretne osoby, świadczy o naszym stosunku do nich. Pozwala też obejrzeć sytuacje rodzinną z dystansu i wysnuć odpowiednie wnioski dotyczące uwikłania w nieodpowiednie związki, znaleźć nierozwiązane problemy itp. Tak tłumaczy to jedna z postaci powieści, psychiatra Jeremiasz Wróbel:
Bohaterowie powieści – terapeuta Cezary Rudzki i jego pacjenci spotykają się, by w małym, kilkuosobowym gronie poddać się oczyszczającej kuracji. Sesje mają burzliwy przebieg, a rano jeden z pacjentów zostaje znaleziony martwy. Śledztwo w tej sprawie prowadzi wspomniany już Teodor Szacki, a narrator poucza, że w Polsce decydujący głos w śledztwie ma właśnie prokurator, nie policja i on również prowadzi czynności śledcze: przesłuchuje świadków, asystuje przy sekcji zwłok itd. Dowiadujemy się przy okazji wiele na temat nudnej urzędniczej pracy w prokuraturze. Pierwsza połowa książki bardzo mi się podobała: mały krąg podejrzanych, sympatyczny śledczy, interesujące teorie psychologiczne. Niestety w drugiej połowie wątek kryminalny schodzi na dalszy plan, a pod koniec powieści prawie w ogóle traci znaczenie odpowiedź na pytanie, kto zabił. Prokuratora Szackiego „dopada” kryzys wieku średniego i jedyne, o czym jest w stanie myśleć, to romans z młodą dziennikarką – Monika Grzelką. I tu moja sympatia dla bohatera się ulotniła. A zazwyczaj gdy nie lubię głównego bohatera, nie podoba mi się też książka. Właściwie doczytałam ją już z niesmakiem i życząc Szackiemu pobicia przez zbirów. Trudno mi się identyfikować czy sympatyzować z postacią, która po kilku latach małżeństwa, gdy na świecie jest już siedmioletnie dziecko, zaczyna zdradzać swojego partnera bez żadnych wyrzutów sumienia, a wręcz z pretensjami, że wcześniej wszystko robili razem, a teraz zdradzać musi sam:
Z powodu mojej niechęci do głównego bohatera nie zamierzałam sięgnąć już po książki Miłoszewskiego, pomimo że dostrzegam w nim duży potencjał i talent. Moje zdanie na temat autora zmienił bardzo ciekawy wywiad z 2008 roku dostępny na portalu Zbrodnia w bibliotece. Poza „ciekawostką” wywołującą moje zdziwienie, że według redaktorki zadającej pytania Szacki „To bardzo „czysta”, pozytywna postać.” (czytałyśmy inną książkę?), dowiedziałam się jakie jest zdanie autora na temat własnej twórczości i że za najbliższy sobie gatunek literacki uważa horror. I dlatego właśnie postanowiłam poznać jego powieść grozy z 2005 roku – Domofon. Może okaże się mniej irytująca? Ocena 4+/6
środa, 23 listopada 2011
Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2005
Po klasyce przyszła pora sięgnąć po fantastykę, a właściwie świetne połączenie fantastyki z kryminałem. Czegoś takiego jeszcze nie czytałam i bardzo się cieszę, że odkryłam dla siebie Annę Kańtoch, która potrafi pisać wyśmienicie, ciekawie i wciągająco. Do tego opowiada o stworzonym przez siebie świecie, który tylko nosi osiemnastowieczny kostium. Zanim przejdę do opisu książki, wspomnę, jak udało mi się ją znaleźć. Widziałam ją niejednokrotnie na półce w bibliotece, ale ani okładka, ani opis na niej mnie nie zachęcił do wypożyczenia (chyba nie lubię okładek książek z „Fabryki Słów”). Pewnie nigdy bym się nie skusiła, gdyby nie moje wcześniejsze odkrycie pisarstwa Ewy Białołęckiej. Wtedy też zainteresowałam się nagrodami, które otrzymała – w tym Nagrodą im. Janusza A. Zajdla, przyznawaną w dziedzinie fantastyki. Słyszałam o niej wcześniej, ale postanowiłam bliżej przyjrzeć się laureatom. I to był strzał w dziesiątkę. Anna Kańtoch, Jarosław Grzędowicz, Rafał Kosik to pisarze, których książki dzięki temu poznałam (pewnie jeszcze wiele przede mną). Będziecie mogli o nich niedługo więcej przeczytać na moim blogu. Zachęcam również do zainteresowania się wspomnianą nagrodą, propozycje przysyłają czytelnicy, co moim zdaniem jest bardzo ważne i dzięki temu poziom jest naprawdę wysoki. Wracając do książki Anny Kańtoch, jest to zbiór opowiadań, ale tworzą one w miarę spójny obraz, wiec przy odrobinie chęci i dopisaniu łączników między rozdziałami powstałaby z tego spójna powieść. Piszę to, dlatego że niektórzy nie lubią opowiadań (ja też za nimi nie przepadam), a w tym przypadku ta forma zupełnie „nie przeszkadza” w odbiorze. Jest ich tylko 6, na ok. 360 stron, co daje bardzo dobrą długość tekstów. Jesteśmy w stanie wciągnąć się w akcję, a nie zdąży nas ona znużyć. Jedna książka – 6 ciekawych mini kryminałów. Wszystkie opowiadania mają jednego bohatera – Domenica Jordana, dość tajemniczego naukowca, lekarza, który zainteresowany jest głównie pograniczem medycyny i magii. Tak scharakteryzowany został w pierwszym opowiadaniu przez jedną z postaci:
A tak opisuje go bezstronny narrator:
Wielki plus książki to właśnie wspomniane naprawdę ciekawe tajemnice przed którymi staje główny bohater. Za każdym razem oryginalne i zaskakujące. Możecie być pewni, że autorka Was zadziwi. Choć nie dajcie się zwieść pozorom, nie we wszystkich opowiadaniach rozwiązaniem zagadki są elementy nadprzyrodzone i to też bardzo mi się spodobało. Drugi plus to oryginalny świat wykreowany na potrzeby fabuły. Jest on podobny do naszego z XVIII wieku, ale są pewne drobne i łatwo zauważalne różnice. Żyją w nim istoty nadprzyrodzone, dość niezwykle i różnorodne. Nie będę Wam psuć niespodzianki i opisywać, jak wyglądają i co potrafią. Po drugiej stronie układu sił są też o dziwo święci, którzy udzielają ludziom rożnych nadnaturalnych mocy i umiejętności. A co na to Kościół? Głośno zabrania magii, a po cichu wysyła Jordana do zbadania najdziwniejszych przypadków. A w razie kłopotów biskup na życzenie lekarza potrafi wysłać oddział wojska, by „zlikwidować” problem. Jeżeli chodzi o charakterystykę postaci, to są one zazwyczaj dość tajemnicze, tak jak główny bohater, ale rozwiązanie zagadki oparte jest właśnie na rozświetleniu „mroków” ludzkiej duszy. Autorka popisała się znajomością psychologii i to trzeci plus książki. Znajdziemy tu teksty o poczuciu winy i innych dość mrocznych uczuciach. W końcu bohaterami są mordercy, wariaci i inne „złe” istoty. Diabeł na wieży ukazał się w 2005 roku. Rok później wyszła kontynuacja – Zabawki diabła, którą na pewno przeczytam. Poza tym autorka napisała jeszcze trzy powieści: debiutancką - Miasto w zieleni i błękicie (2004), 13 anioł (2007), Przedksiężycowi, tom 1 (2009). Pierwszą z nich mam już wypożyczoną. Pozostałe niestety są u mnie niedostępne, a z chęcią przeczytałabym wszystkie. Szczególnie ostatnią, za którą Kańtoch otrzymała Nagrodę im. Janusza A. Zajdla za najlepszą powieść 2009 roku. Ocena: 5/6
niedziela, 13 listopada 2011
Wydawnictwo: W.A.B, 2005
Na początek wyjaśnienia słów kilka. Z powodu choroby nastąpiła u mnie nieplanowana przerwa w blogowaniu, ale nie w czytaniu. Mam do napisania 8 recenzji. Mam nadzieję, że kiedyś te zaległości nadrobię. Postaram się. „Białą lwicę” przeczytałam jeszcze przed położeniem się na tydzień do łóżka i zrobiłam to z przyjemnością. To już trzecia poznana przeze mnie powieść Mankella i trzecia dobra. Jak ten pisarz to robi? Ten sam bohater, formuła kryminału plus ciekawy motyw przewodni. A jednak gdybym wiedziała, jak ważny będzie w tej książce temat Republiki Południowej Afryki i segregacji rasowej, to bym do niej nie zajrzała. I to na pewno byłby błąd. Widać Mankell potrafi pisać ciekawie o wszystkim. Także, a może przede wszystkim, o tematach trudnych i kontrowersyjnych pod płaszczykiem rozwiązywania kryminalnej intrygi. Pomijając kiepski prolog, pierwsze sto stron jest rewelacyjne. Tym razem komisarz Wallander prowadzi poszukiwania zaginionej Louise Akerblom, pośredniczki w handlu nieruchomościami, przykładnej żony, matki, do tego osoby wierzącej i odpowiedzialnej, która nigdy sama nie opuściłaby rodziny. Czytelnik już w pierwszym rozdziale dowiaduje się, co przydarzyło się Louise, ale policja będzie to musiała dopiero ustalić w toku szczegółowego śledztwa, przesłuchując męża, pastora, i innych którzy widzieli kobietę w dniu zniknięcia. Czyta się jednym tchem. Do pewnego momentu. Dalej powieść rozpada się na wątek szwedzki i afrykański. Pojawiają się nowi bohaterowie, którym autor poświęca sporo miejsca. Oczywiście wszystko jest ze sobą powiązane i na końcu zostanie wyjaśnione, ale jednak równowaga powieści zostaje zachwiana. Nie można powiedzieć, że wątek afrykański został dobrze wkomponowany w powieść, tak jak to było z wątkiem łotewskim w Psach z Rygi. Tam akcja przenosi się na Łotwę razem z głównym bohaterem i wszystko jest tak jak należy. Tutaj bohaterowie są powiązani, ale moim zdaniem tej Afryki jest troszkę za dużo. Niby to uzasadnia fabuła powieści, ale czasami się zastanawiam, czy nie jest ona tylko pretekstem by zachęcić czytelników do poznania historii RPA i skłonić do refleksji o rasizmie. Mottem powieści są dwa cytaty:
Taka dawka polityki nie pasuje do kryminału, a jednak wdzięczna jestem Mankellowi za tę lekcję historii Afryki, bo w innym wydaniu raczej bym jej nie przeczytała. Tutaj jednak powstaje pytanie: Ile w tej powieści prawdy o Afryce, a ile fikcji wymyślonej przez szwedzkiego pisarza? Nie ma już takiego państwa, jakie on opisuje, nie wystarczy tam pojechać, żeby się przekonać. Ponieważ Mankell mieszka na zmianę w Szwecji i Mozambiku, to zakładam, że na Afryce się zna. Ciekawa jestem, jakie jeszcze tematy wziął na swój warsztat w kolejnych powieściach. Jeżeli są tak samo dobre jak chociażby „Biała lwica”, to pewnie przeczytam wszystkie. Ocena: 4+/6
wtorek, 25 października 2011
Wydawnictwo: W.A.B., 2008
Nie myślałam, że przeczytam tę książkę w całości. Nie mówiąc o tym, że nie liczyłam, że mi się spodoba. Chciałam po prostu poznać twórczość bardzo popularnego obecnie pisarza – Marka Krajewskiego. Ku mojemu zaskoczeniu powieść okazała się bardzo dobra, a pisarz utalentowany. Chociaż może powinnam powiedzieć pisarze, bo autorów jest dwóch. Cały czas się zastanawiam, jak dwie osoby mogą napisać razem książkę. Jeden pisze, a drugi dyktuje? Dzielą się rozdziałami czy stronami? Czyj styl jest dominujący? Nie znam innych książek tego duetu, więc nie mam porównania. Fabuła Alei samobójców jest dość prosta. W domu seniora zostaje zamordowany i oskalpowany jeden z rezydentów. W tym samym czasie znika inny, stając się jednocześnie podejrzanym. Na miejsce przybywa nadkomisarz Jarosław Pater, ale szybko zostaje odsunięty od sprawy przez ABW. Jednak morderstwo nie daje mu spokoju i rozpoczyna śledztwo na własną rękę. Intryga wciąga, chociaż bez przesady. Główny bohater – mało sympatyczny policjant z różnymi dziwactwami: aspołeczny, hazardzista, wyczulony na punkcie poprawności językowej, o dziwo da się lubić. Trochę przypomina mi Wallandera z powieści Mankella. Obaj to mężczyźni z kompleksami, którzy nie potrafią ułożyć sobie życia, obu porzuciły żony. A przecież są inteligentni, oddani pracy, konsekwentni w prowadzeniu śledztwa. Klimat powieści również przypomina mi ten z kryminałów szwedzkiego pisarza. Choć akcja rozgrywa się w Trójmieście niewiele ma tak naprawdę z nim wspólnego. Gdyby pozmieniać nazwy ulic, a falowiec na jakiś wieżowiec mieszkalny ze stolicy nic by się w powieści nie zmieniło. Do tego ta stylizacja na „miasto zepsucia”. Bo jak inaczej nazwać panoszący się w Gdańsku od pierwszych stron powieści smród niewywiezionych śmieci, który łącznie z nieznośnym upałem utrudnia życie mieszkańcom?
Pisarze przez cały czas będą nam o niesprzątniętych śmietnikach przypominać, ale całość wydaje się być przerysowana i nie pasować do prawdziwego Gdańska. Cały czas liczyłam, że dowiem się czegoś nowego o tym mieście, a tu tylko puby, „jaskinie hazardu”, bezbarwna komenda, raz pojawia się plaża. Kryminał to na pewno nie miejsce na rozbudowane opisy i turystyczne ciekawostki, ale parę krótkich zdań charakteryzujących miejsce akcji by się przydało. Po co czynić jakieś miasto „bohaterem powieści”, jeżeli w żaden sensowny sposób nie umie się tego wykorzystać? To największy minus tej powieści. Za to największym plusem jest warsztat pisarski Krajewskiego i Czubaja. Powieść jest po prostu dobrze napisana, bohaterowie wiarygodni, zagadka ciekawa. Może brakuje trochę jakichś ciekawych i aktualnych tematów poruszanych na marginesie (motywem przewodnim wątku pobocznego są Mistrzostwa Świata w piłce nożnej w Niemczech w 2006 roku) albo głębszego przesłania, poza ABW jest złe. Ale to drobiazgi. Powieść ma w sobie to coś, że chce się ją przeczytać i poznać inne, które wyszły spod tego samego pióra, albo piór. Aleja samobójców wydana została w 2008 roku i ma już część drugą pod tytułem Róże cmentarne (2009), ale ja raczej sięgnę po pierwszą powieść Krajewskiego toczącą się we Wrocławiu – Śmierć w Breslau. Może to miasto bliższe pisarzowi niż Gdańsk zostało tam ciekawiej opisane. Ocena: 5/6
środa, 12 października 2011
Wydawnictwo: KOBRA, 2004
Zobaczyłam tę książkę w bibliotece na półce, szukając skandynawskich kryminałów. Odruchowo wyciągnęłam po nią rękę, a potem cofnęłam. I znowu wyciągnęłam, ale tym razem już chwyciłam i przeczytałam informacje na tylnej stronie okładki. Mało zachęcający, niezrozumiały dialog. Otworzyłam na pierwszej stronie tekstu. No tak, kolejna powieść z przyjaciółką Joanny – Alicją. Moje wahanie nie mogło dłużej trwać. Sentyment do twórczości Chmielewskiej i jej bohaterów zwyciężył we mnie z niechęcią do jej nowszych książek. Po przeczytaniu zdałam sobie sprawę, że nic na to nie poradzę, Chmielewska jest, była i będzie jedną z moich ulubionych autorek. Po co z tym walczyć? Zdarzają jej się lepsze i gorsze powieści, jak każdemu autorowi, ale jej styl jest niepowtarzalny, ma genialny talent i to coś, co sprawia, że poprawia się nastrój jej czytelnikom, że zapominają o problemach i pogrążają się w lekturze. Kocie worki są książką trochę nierówną. Zaczynają się rozmową przyjaciółek, Joanny i Alicji, na temat twórczości Chmielewskiej i prawdziwości opisanych przez nią wątków i osób:
Zabawnie jest czytać rozmowę o powieściach w książce, która również jest powieścią, kryminałem, fikcją. A potem spotykać znajome postacie w nowych-starych rolach. Np. Anitę, która nadal jest dziennikarką, ale w swoim życiu żadnej zbrodni, wcześniej przypisywanej jej w „Wszystko czerwone”, nie popełniała. To fragment dialogu przyjaciółek na ten temat, zaczyna Alicja:
W ogóle czytelnik znający wcześniejsze książki królowej polskiego kryminału będzie się w tej powieści czuł jak ryba w wodzie. Niestety początek jest zdecydowanie przegadany, poświęcony roztargnieniu Alicji i bałaganowi w jej domu. Dzieją się tam co prawda dziwne rzeczy: ktoś próbuje przeszukiwać dom, robić porządki, znajdują się zabytkowe szachy, znika pół butelki koniaku, ale akcja rozkręca się dopiero ok. 150 strony, kiedy to znaleziony zostaje w ogrodzie Alicji pierwszy trup. Od tego momentu praktycznie od książki oderwać się nie mogłam. Dobrze, że do niego dotrwałam, bo druga część powieści jest zdecydowanie bardzo dobra. Jest zabawnie, zaskakująco, tak jak powinno być. Książka wydana została w 2004 roku i jest zdecydowanie lepsza od najnowszej - „Gwałtu”. Ma oczywiście i swoje wady albo raczej drobne mankamenty, ale to drobiazgi i nie warto o nich wspominać, bo nie przesłaniają ogólnego bardzo dobrego wrażenia. Jednak nie będę nikogo namawiała do przeczytania. Powtórzę jedynie to, co kiedyś napisałam w komentarzach na jednym z blogów, że czytanie książek jest jak rozmowa z przyjaciółmi. Choć nie znam jej osobiście, Chmielewska jest moją dobrą przyjaciółką. A dobre książki poznaję po tym, że po ich przeczytaniu jestem zadowolona i nie mam poczucia zmarnowanego czasu, tak jak po spotkaniu z prawdziwymi przyjaciółmi. I to jedyne książki, do których mam ochotę wracać. Ocena: 5/6 |
Archiwum
Zakładki:
Moje blogi
Polecane książki:
Klasyka:
Kryminały:
Fantastyka/SF:
Horror/Thriller:
Poezja:
Dla młodzieży:
Dla dzieci:
Czytadła:
Zaproszenie :-)
Akcja - opowiadanie:
Szablon:
Tagi
Facebook - profil
Skrzynka pocztowa
Ostatnio przeczytane:
Jane Austen Arthur Conan Doyle Danuta Wałęsa Andrzej Pilipiuk Suzanne Collins Ursula Le Guin Jarosław Grzędowicz Andrzej Pilipiuk Jarosław Grzędowicz Siergiej Łukjanienko Antonina Kostrzewa Maciej Bennewicz Andrzej Pilipiuk Andrzej Pilipiuk Tove Jansson Małgorzata Warda Andrzej Mestwin |