Wpisy z tagiem: ocena 4+
piątek, 13 kwietnia 2012
Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2005
Kolejna bardzo wyczekiwana książka, którą udało mi się wypożyczyć dzięki otwarciu nowej biblioteki w Gdańsku – Biblioteki Manhattan. Oczekiwaniu towarzyszyły wielkie nadzieje na ciekawą lekturę, które niestety nie zostały do końca spełnione. Książka jest dobra, ale nie wybitna czy genialna. Nie miałam nawet zamiaru czytać kontynuacji, ale ostatnia strona pozostawia czytelnika z tak wielkim znakiem zapytania, że chyba się jednak skuszę na tom drugi. Co jest nie tak z „Panem Lodowego Ogrodu”? To dość dziwna powieść, która rozpoczyna się jak SF, od wysłania kosmonauty na obcą planetę, a dalej toczy się rytmem znanym z fabuł fantasy, a może nawet gier RPG. Główny bohater, Vuko Drakkainen (zwany Ulf Nitj’sefni – Wilk Nocny Wędrowiec) przybywa z misją ratunkową, ma odnaleźć zaginionych dwa lata wcześniej naukowców i razem z nimi wrócić do domu albo „posprzątać bałagan”, jeżeli taki po nich pozostał. Od początku historia ma wiele wspólnego z horrorem. Drakkainen odkrywa makabryczne rzeźby zrobione z ludzi, np. jednego z poszukiwanych zamienionego w drzewo, który jednak zachował świadomość i powtarza wciąż „Kill me”. Do tego pojawia się dziwna mgła, która odbiera zmysły i inne potwory, z którymi Nocny Wędrowiec musi walczyć. Stąd moje skojarzenie z grami – bohater idzie, zabija, spotyka nowe postaci, zabija, idzie dalej i tak dalej. Świat, który poznajemy pełen jest magii i nie działa w nim żadna elektronika. Ludzie wierzą w bogów, którzy walczą między sobą i są przyczyną zła, które nagle opanowuje ich kraje. A gdzie chwalona przeze mnie umiejętność Jarosława Grzędowicza do opisywania ludzkiej psychiki i ważnych problemów? Tu złośliwie powinnam zacytować tekst z okładki, że każdy z nas odnajdzie siebie w bohaterach i „coś więcej” w tej historii. Nie wiem, jak mam się identyfikować ze zmutowanym zawodowym mordercą? Od czwartego rozdziału, po 170 stronach, poznajemy drugiego głównego bohatera, następcę tronu, Odwróconego Żurawia, który przechodzi razem z braćmi szkolenie, by być jak najlepszym władcą. Ten wątek, mający być urozmaiceniem, jest mniej ciekawy, zbudowany jak inne opowieści o dojrzewaniu (jedyny interesujący moment to szkolenie małych zwierzątek przez książęta na trzech wyspach, które mają symbolizować ludzi i kraje). Poznajemy historię i obyczaje planety oczami jednego z jej mieszkańców, jednak jego losy toczą się zupełnie osobno od tego, co czyni Drakkainen. Domyślam się, że cały tom jest takim jakby wstępem do właściwej akcji. Niewiele się dzieje, poznajemy bohaterów i świat, kolejne fragmenty zagadki zniknięcia naukowców. Wszystko to jednak w powolnym tempie, jakby pisarz dał sobie czas i świadomie rozciągał opowieść do kilku tomów. O dziwo, czyta się szybko. Książka zdobyła bardzo wiele nagród. Oby tom drugi był ciekawszy. A tak rozpoczyna się cześć pierwsza:
Ocena: 4+/6
środa, 04 kwietnia 2012
Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2008
I znowu książka Andrzeja Pilipiuka na moim blogu. Chciałam ją porzucić w połowie, czyli po 200 stronach, ale po przerwie jednak do niej wróciłam i doczytałam do końca. Okazało się, że wcale nie jest taka zła, jak na początku myślałam. Rozpoczyna się bardzo ciekawym opisem końca świata. Chwilę przed katastrofą dwóch nauczycieli zostaje wezwanych do dyrektora i powiadomionych o zbliżającym się nieszczęściu. Informatyk Marek, lat 28, będzie jednym z głównych bohaterów. Razem z poznanym przypadkowo osiemnastolatkiem Staszkiem zgodzą się być niewolnikami kosmity, żeby tylko przeżyć zagładę Ziemi:
Choć początek powieści i fabuła zachęcająca, potem jest już nudno. Szesnastowieczna Norwegia, opanowana przez protestantów, którzy mordują katolików, to miejsce niebezpieczne i niezbyt ciekawe do zwiedzania dla przybyszów z przyszłości. Właściwie po przeczytaniu „Drogi do Nidaros” za żadne skarby nie chciałabym się przenieść w tamten świat. Bieda mieszkańców, marne jedzenie, niesprawiedliwe prawa. Marek niczym Robinson Cruzoe zmuszony zostaje do budowania sobie siedziby, szukania pokarmu i walki z nieznajomymi. W połowie powieść nabiera trochę tempa za sprawą ponownego pojawienia się Staszka. Dowiadujemy się też więcej szczegółów na temat kosmitów i tajemniczej misji. Możliwe, że pierwszy tom jest przydługim wstępem naprawdę ciekawej historii. Postaram się to sprawdzić, sięgając po tom drugi – „Srebrna Łania z Visby”. Skoro sam autor uważa ten cykl za swoje szczytowe osiągnięcie, to coś w tym musi być. Ocena: 4+/6
niedziela, 18 marca 2012
Wydawnictwo: Astrum, 2010
Bardzo się cieszę, że otrzymałam tę książkę od Clevery w ramach wymiany, którą niedawno rozpoczęłam na moim blogu (wysłałam jej „Los utracony” Imre Kertesza). Gdyby nie ona, pewnie nigdy nie przeczytałabym tej książki, ani się o niej nie dowiedziała (nie ma jej też w żadnej z miejskich bibliotek).
Pierwsze opowiadanie „Samotna w wielkim mieście” opowiada o Yoshiko i Kazuo, którzy poznają się, zakochują w sobie, ale pomimo tego nie zamieniają z sobą nigdy ani jednego słowa, co dla obojga kończy się tragicznie. To smutny tekst. Tytuły rozdziałów zdają się sugerować, wbrew treści, że możliwy jest „happy end”. Narracja nie jest jednorodna, raz trzecioosobowa, a raz pierwszoosobowa, czasami przetykana cytatami myśli w pierwszej osobie pisanymi kursywą. Bardzo ciekawy zabieg i daje dobry efekt. Dzięki niemu poznajemy wydarzenia z punktu widzenia Yoshiko:
Drugie opowiadanie – „Samotny w wielkim bólu” – czytało mi się zdecydowanie lepiej. Bez japońskich imion, osadzone w polskiej rzeczywistości, prostsze, choć też trochę melodramatyczne:
Taką historie pewnie gdzieś już czytaliście lub oglądaliście. Nieśmiały Sławek i chora na raka dziewczyna Kasia. To ona nawiązuje z nim rozmowę na imprezie u znajomych, zaprasza do siebie, a później okazuje się, że konsekwencją wspólnie spędzonej nocy jest dziecko, którego ona nie chce usunąć mimo zagrożenia własnego życia. Co w takiej sytuacji zrobi Sławek? Historia może nie jest oryginalna, ale bardzo dobrze napisana. Emocje mężczyzny (bo tym razem poznajemy męski punkt widzenia na nieśmiałość i samotność), jego sposób myślenia i postępowania zostały bardzo dobrze przedstawione. Autorka stworzyła wiarygodny portret psychologiczny (nie mówiąc o tym, że wycisnęła przy okazji ze mnie wiele łez). Szkoda, że takie książki jak ta przechodzą u nas prawie niezauważone. Jeżeli chcecie to zmienić i poznać twórczość tej autorki, to zapraszam na jej blog:
Ocena: 4+/6
czwartek, 15 marca 2012
Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2003
Powinnam się wytłumaczyć. Wiem, że tych książek Andrzeja Pilipiuka jest ostatnio na moim blogu trochę za dużo. Nic niestety nie mogę na to poradzić. Chciałam przeczytać jak najwięcej przed spotkaniem z autorem, ale nigdy nie myślałam, że będzie tego aż tyle i że tak mnie to wciągnie. Na swoje usprawiedliwienie dodam jedynie, że w ciągu ostatnich trzech tygodni czytałam również inne powieści, ale żadna z nich mnie nie zainteresowała na tyle, by ją dokończyć. Ani „Środek lata” Małgorzaty Wardy, ani „Zapiski niewidomego taty” Ryana Knightona, ani „Ja, diablica” Katarzyny Bereniki Miszczuk. Po zaledwie parę stron przeczytałam utworów takich, jak: „Krucha jak lód” Jodi Picoult, „Dziewczyny z Portofino” Grażyny Plebanek, „Podatek” Mileny Wójtowicz. „Kuzynki” to niestety pierwsza powieść Pilipiuka, do której mam „ale”. Przeczytałam ją, ale to już nie to. Mniej zabawne, mniej pomysłowe, mniej nowatorskie niż poprzednio poznane przeze mnie opowiadania i powieść „Operacja Dzień Wskrzeszenia”. Przede wszystkim mniej wciągające. Przez 200 stron nic się właściwie nie dzieje (a powieść liczy 285 stron). Ktoś może powiedzieć, że moja słabsza ocena wynika ze zmęczenia pisarzem i jego stylem. Jednak po „Kuzynkach” przeczytałam jeszcze gruby tom opowiadań, który bardzo mi się podobał, więc ten argument odpada. Ta powieść powstała z opowiadania i to chyba się czuje. Jest jakaś „rozwleczona” (podobnie jak „Popiół i kurz” Jarosława Grzędowicza również rozwinięte z opowiadania i "sztucznie" powiększone). Tytułowe kuzynki to: długowieczna alchemiczka – Stanisława Kruszewska oraz informatyczka pracująca dla CBŚ nad tajnym projektem – Katarzyna Kruszewska. Ten niezwykły duet uzupełnia trzecia główna bohaterka: serbska księżniczka-wampirzyca Monika Stiepankovic. Brzmi ciekawie, prawda? Tylko trzeba by wymyślić jakieś wydarzenia do tego, poza poszukiwaniem siebie nawzajem, poznawaniem i zaprzyjaźnianiem dziewcząt, pracą w szkole i biurze CBŚ, szukaniem alchemika Sędziwoja, który umie wyprodukować kamień filozoficzny dający wieczne życie lub złoto. Nie jest jednak aż tak źle. „Kuzynki” to po prostu książka dla fanów Pilipiuka. Jest w niej kilka bardzo „pilipiukowych” smaczków. Np. Stanisława czyta poleconą jej przez Kasię książkę o przygodach Jakuba Wędrowycza:
Ocena: 4+/6
sobota, 14 stycznia 2012
Wydawnictwo: Powergraph, 2011
Ponieważ nie mogę nigdzie wypożyczyć „Kameleona” (2008) Rafała Kosika, bardzo się ucieszyłam, gdy odkryłam, że autor napisał jeszcze jedną książkę dla dorosłych czytelników, oprócz powieści „Mars” (2003) i „Vertical” (2006), zbiór opowiadań „Obywatel, który się zawiesił” (listopad 2011). Wydany w twardej okładce, z futurystyczną ilustracją autorstwa samego Kosika (wydawnictwo Powergraph też jest jego własnością), ok. 345 stron, zawiera 10 opowiadań o różnej długości (od 6 do 68 stron). Jednak radość trwała krótko. Jeszcze w drodze powrotnej z biblioteki, w tramwaju, przeczytałam pierwsze z opowiadań, tytułowe – „Obywatel, który się zawiesił”. I okazało się, że to nie typowe SF, raczej przypomina film sensacyjny o mężczyźnie, który zwariował, zabarykadował się w domu i zabija każdego, kto się do niego zbliży, a to wszystko z powodu niezapłaconego podatku za zamknięcie własnej firmy. Oto fragment rozmowy policjantów obserwujących jego dom:
Informacja z okładki okazała się prawdziwa – gatunkowo opowiadania należą do horroru, sensacji i SF. Jest to więc bardzo różnorodna mieszanka i dla mnie osobiście najlepsze są te ostatnie, które przypominają mi czytane wcześniej powieści Kosika. Ściśle mówiąc dwa z opowiadań są alternatywnymi wersjami historii w nich ukazanych. „Wyprawa szaleńców” dzieje się w „świecie lin”, czyli w Verticalu, a tekst „Ohyda” w końcowej części przedstawia początki „komplantu”, wynalazku znanego „na Marsie”. Opowiadania powstały w latach 2001 – 2007 i były wcześniej wydawane w czasopismach. Najtrudniej czytało mi się drugie – „Skrytogrzesznicy”, w którym bardzo szybko zmieniają się wydarzenia, bohaterowie, czas. Trochę to oszołamiające i początkowo niezrozumiałe. Czytałam je w poczekalni u lekarza i doczytałam jedynie do połowy, a potem zraziłam się do książki na kilka dni. Mimo że pomysł dobry, docenia się go dopiero na końcu, po przebrnięciu 50 trudnych stron. Podróże w czasie, rozmowy między równoległymi światami, możliwość poznania przyszłości, testy wierności – materiału starczyłoby na powieść. Z kolejnymi tekstami nie było lepiej. Pewnie przez zaskoczenie, że Kosik pisze w innym niż wcześniej gatunku literackim. „Mgła” to horror, o dziewczynie i chłopaku szukających zapomnianego domku w lesie. Gdy go odnajdą, przeżyją w nim niesamowite i straszne rzeczy. Przy okazji warto zauważyć, że główny bohater kilku opowiadań, tego również, ma na imię Adrian, co na pewno nie jest przypadkowe, choć nie tworzą one jakiejś całości. Oceniając tom jako całość, stwierdzam, że nie jest zły, ale że jest zdecydowanie gorszy od powieści. Choć opowiadania napisane zostały w podobnym stylu, nie są jednak tak dobrze dopracowane, tak oryginalne i zachwycające. Pojawiają się w nich ciekawe wynalazki, ważne problemy społeczne i polityczne, niewyjaśnione zagadki. Czegoś w nich jednak za mało, to dopiero szkice, pomysły, gotowe do rozwinięcia. Brakuje charakterystycznych bohaterów, którzy zostaliby w pamięci. Wszyscy zlewają się w jednego Adriana, plus może jeszcze jedną Magdę. To chyba wada całej twórczości Kosika – skupiając się na fabule, zapomina o tworzeniu ciekawych i głębokich portretów psychologicznych postaci. W powieściach jednak nie jest to tak widoczne, bo tam skupiamy się na niesamowitych światach stworzonym przez autora i wymyślonych przez niego tajemnicach. Zastanawiam się, jaki będzie drugi tom opowiadań, zapowiedziany już na 2012 rok, o tytule „Nowi ludzie”. I czy wiedząc, czego mogę się spodziewać, będę bardziej zadowolona z ich czytania? Oby. I oby autor napisał jeszcze wiele powieści. Ocena 4+/6
wtorek, 29 listopada 2011
Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2006
Powieść Jarosława Grzędowicza podobała mi się mniej niż jego opowiadania. Właściwie, gdyby skrócić ją do np. 60 stron (czyli pierwotnego tekstu – Obol dla Lilith) nic by się złego nie stało, a myślę, że miałabym bardziej pozytywne odczucia. Jak na tak długi utwór, to zdecydowanie zbyt prosta i jednowątkowa historia. Chociaż początkowe rozdziały zdają się zapowiadać świetną rozrywkę, to później właściwie fabuła zaczyna przypominać gry komputerowe, w których bohater za wszelka cenę stara się nie zginąć. Mamy walki, ucieczkę i przerażający świat Pomiędzy życiem a śmiercią. I okropne zakończenie z gatunku „deus ex machina”, czyli gdy autorowi kończą się pomysły, jak uratować swoją postać, wprowadza dodatkowy i niespodziewany czynnik, w tym wypadku – nagą czarownicę na motocyklu. A przecież miało być ciekawie. Narrator pierwszoosobowy tak opowiada o swoim dzieciństwie:
Tę historię da się logicznie wytłumaczyć – u bohatera powieści stwierdzono schizofrenię i zaczęto go leczyć. I podobno wyleczono, ale on nadal potrafi widzieć krainę „Pomiędzy”, która od czasu jego okresu dojrzewania wygląda tak:
W krainie Pomiędzy bohater odgrywa rolę Charona, albo jak sam siebie nazywa „psychopompa”, to znaczy pomaga duszom, które utknęły w tym miejscu po śmierci, przejść na drugą stronę, do światła. Choć sam nie ma pojęcia o tym, co jest dalej. Korzystając ze swoich niezwykłych umiejętności stara się też rozwiązać zagadkę morderstwa swojego przyjaciela – mnicha i dziwnych zdarzeń w jego klasztorze. Jednocześnie pracuje zawodowo na uniwersytecie, jest doktorem etnologii. Prowadzi wykłady na temat kultury Celtów (o legendach, przypowieściach, rytuałach i demonologii). Napisał też książkę o wierzeniach mieszkańców Syberii, Oceanii i Ameryki. Oba kręgi zainteresowań, zawodowy i prywatny wyraźnie się ze sobą łączą. Bohater może w praktyce sprawdzić różne podania ludowe o duchach i praktyki medytacyjne. I robi to, ryzykując własnym życiem. Jego historia jest zdecydowanie przerażająca, pełna demonów i trupów, wywołuje w czytelniku strach. Dla mnie jest zbyt mroczna i pozbawiona, w przeciwieństwie do opowiadań, drugiego dna. Doceniam język autora, tak dobry, że nie mogę się powstrzymać przed cytowaniem dłuższych fragmentów, doceniam wyobraźnię, która stworzyła bardzo konkretną krainę rządzącą się swoimi prawami. Nie odkryłam jednak sensu tej opowieści. Jedyne przypuszczenie związane jest z popularną anegdotą o tonącym człowieku, który odmawia pomocy ludzi, wierząc w pomoc Boga. Bohater podziela zdanie będące jej morałem, że radzić musimy sobie sami, bo „Bóg pomaga tylko tym, którzy sami sobie pomagają, ale nie wychodzi z cienia. Zapewne po to, by wiara nie stała się wiedzą”. Przyjmując taką interpretację, można by zaliczyć powieść Grzędowicza do „historii alternatywnych” będących ilustracjami, tego, co po śmierci. „Popiół i kurz” nie zniechęcił mnie do poznania kolejnych utworów tego pisarza. Może będą mniej mroczne i bardziej wieloznaczne. A na pewno oryginalnie napisane. Ocena: 4+/6
sobota, 26 listopada 2011
Wydawnictwo: W.A.B, wyd. III - 2011, wyd. I - 2007
Teraz na moim blogu nastąpi krótka przerwa w recenzjach książek z dziedziny fantastyki (przez niektórych chyba wyczekiwana) i zajmę się kryminałem. W tym gatunku również mam spore zaległości, więc na początek pierwsza powieść Zygmunta Miłoszewskiego z prokuratorem Teodorem Szackim w roli głównej (wiem, że część czytelników jest już po lekturze kontynuacji – Ziarna prawdy, ale może to lepiej, bo będzie się można wymienić uwagami o autorze, którego twórczość się czytało, a nie dopiero ma się zamiar przeczytać). Uwikłanie jest zdecydowanie książką godną polecenia. co nie znaczy, że nie ma wad. Jej siłą jest pomysł, by kryminalna intrygę osnuć wokół jednej z bardzo kontrowersyjnych metod terapeutycznych – terapii ustawień wymyślonej przez Berta Hellingera, polegającej na „ustawieniu” obcych ludzi w rolach swojej rodziny i przyjaciół. To w jakim miejscu i w jakiej odległości, a także w jakiej relacji do siebie ustawimy konkretne osoby, świadczy o naszym stosunku do nich. Pozwala też obejrzeć sytuacje rodzinną z dystansu i wysnuć odpowiednie wnioski dotyczące uwikłania w nieodpowiednie związki, znaleźć nierozwiązane problemy itp. Tak tłumaczy to jedna z postaci powieści, psychiatra Jeremiasz Wróbel:
Bohaterowie powieści – terapeuta Cezary Rudzki i jego pacjenci spotykają się, by w małym, kilkuosobowym gronie poddać się oczyszczającej kuracji. Sesje mają burzliwy przebieg, a rano jeden z pacjentów zostaje znaleziony martwy. Śledztwo w tej sprawie prowadzi wspomniany już Teodor Szacki, a narrator poucza, że w Polsce decydujący głos w śledztwie ma właśnie prokurator, nie policja i on również prowadzi czynności śledcze: przesłuchuje świadków, asystuje przy sekcji zwłok itd. Dowiadujemy się przy okazji wiele na temat nudnej urzędniczej pracy w prokuraturze. Pierwsza połowa książki bardzo mi się podobała: mały krąg podejrzanych, sympatyczny śledczy, interesujące teorie psychologiczne. Niestety w drugiej połowie wątek kryminalny schodzi na dalszy plan, a pod koniec powieści prawie w ogóle traci znaczenie odpowiedź na pytanie, kto zabił. Prokuratora Szackiego „dopada” kryzys wieku średniego i jedyne, o czym jest w stanie myśleć, to romans z młodą dziennikarką – Monika Grzelką. I tu moja sympatia dla bohatera się ulotniła. A zazwyczaj gdy nie lubię głównego bohatera, nie podoba mi się też książka. Właściwie doczytałam ją już z niesmakiem i życząc Szackiemu pobicia przez zbirów. Trudno mi się identyfikować czy sympatyzować z postacią, która po kilku latach małżeństwa, gdy na świecie jest już siedmioletnie dziecko, zaczyna zdradzać swojego partnera bez żadnych wyrzutów sumienia, a wręcz z pretensjami, że wcześniej wszystko robili razem, a teraz zdradzać musi sam:
Z powodu mojej niechęci do głównego bohatera nie zamierzałam sięgnąć już po książki Miłoszewskiego, pomimo że dostrzegam w nim duży potencjał i talent. Moje zdanie na temat autora zmienił bardzo ciekawy wywiad z 2008 roku dostępny na portalu Zbrodnia w bibliotece. Poza „ciekawostką” wywołującą moje zdziwienie, że według redaktorki zadającej pytania Szacki „To bardzo „czysta”, pozytywna postać.” (czytałyśmy inną książkę?), dowiedziałam się jakie jest zdanie autora na temat własnej twórczości i że za najbliższy sobie gatunek literacki uważa horror. I dlatego właśnie postanowiłam poznać jego powieść grozy z 2005 roku – Domofon. Może okaże się mniej irytująca? Ocena 4+/6
niedziela, 13 listopada 2011
Wydawnictwo: W.A.B, 2005
Na początek wyjaśnienia słów kilka. Z powodu choroby nastąpiła u mnie nieplanowana przerwa w blogowaniu, ale nie w czytaniu. Mam do napisania 8 recenzji. Mam nadzieję, że kiedyś te zaległości nadrobię. Postaram się. „Białą lwicę” przeczytałam jeszcze przed położeniem się na tydzień do łóżka i zrobiłam to z przyjemnością. To już trzecia poznana przeze mnie powieść Mankella i trzecia dobra. Jak ten pisarz to robi? Ten sam bohater, formuła kryminału plus ciekawy motyw przewodni. A jednak gdybym wiedziała, jak ważny będzie w tej książce temat Republiki Południowej Afryki i segregacji rasowej, to bym do niej nie zajrzała. I to na pewno byłby błąd. Widać Mankell potrafi pisać ciekawie o wszystkim. Także, a może przede wszystkim, o tematach trudnych i kontrowersyjnych pod płaszczykiem rozwiązywania kryminalnej intrygi. Pomijając kiepski prolog, pierwsze sto stron jest rewelacyjne. Tym razem komisarz Wallander prowadzi poszukiwania zaginionej Louise Akerblom, pośredniczki w handlu nieruchomościami, przykładnej żony, matki, do tego osoby wierzącej i odpowiedzialnej, która nigdy sama nie opuściłaby rodziny. Czytelnik już w pierwszym rozdziale dowiaduje się, co przydarzyło się Louise, ale policja będzie to musiała dopiero ustalić w toku szczegółowego śledztwa, przesłuchując męża, pastora, i innych którzy widzieli kobietę w dniu zniknięcia. Czyta się jednym tchem. Do pewnego momentu. Dalej powieść rozpada się na wątek szwedzki i afrykański. Pojawiają się nowi bohaterowie, którym autor poświęca sporo miejsca. Oczywiście wszystko jest ze sobą powiązane i na końcu zostanie wyjaśnione, ale jednak równowaga powieści zostaje zachwiana. Nie można powiedzieć, że wątek afrykański został dobrze wkomponowany w powieść, tak jak to było z wątkiem łotewskim w Psach z Rygi. Tam akcja przenosi się na Łotwę razem z głównym bohaterem i wszystko jest tak jak należy. Tutaj bohaterowie są powiązani, ale moim zdaniem tej Afryki jest troszkę za dużo. Niby to uzasadnia fabuła powieści, ale czasami się zastanawiam, czy nie jest ona tylko pretekstem by zachęcić czytelników do poznania historii RPA i skłonić do refleksji o rasizmie. Mottem powieści są dwa cytaty:
Taka dawka polityki nie pasuje do kryminału, a jednak wdzięczna jestem Mankellowi za tę lekcję historii Afryki, bo w innym wydaniu raczej bym jej nie przeczytała. Tutaj jednak powstaje pytanie: Ile w tej powieści prawdy o Afryce, a ile fikcji wymyślonej przez szwedzkiego pisarza? Nie ma już takiego państwa, jakie on opisuje, nie wystarczy tam pojechać, żeby się przekonać. Ponieważ Mankell mieszka na zmianę w Szwecji i Mozambiku, to zakładam, że na Afryce się zna. Ciekawa jestem, jakie jeszcze tematy wziął na swój warsztat w kolejnych powieściach. Jeżeli są tak samo dobre jak chociażby „Biała lwica”, to pewnie przeczytam wszystkie. Ocena: 4+/6
niedziela, 11 września 2011
Z książkami Marii Nurowskiej spotkałam się po raz pierwszy dopiero niedawno, czytając różne książkowe blogi. Postanowiłam nadrobić zaległości i podczas ostatniej wizyty w bibliotece, gdy zobaczyłam książkę tej autorki na półce z kryminałami, zaczęłam się jej uważnie przyglądać. Okładka nieciekawa i staromodna, a książka nowa. Opis z tyłu okładki już bardziej zachęcający. Postanowiłam wypożyczyć, choć raczej nie myślałam, że ją przeczytam w całości. Stało się inaczej. Tak się złożyło, że przeziębienie ostatnio trzymało mnie w łóżku, więc potrzebowałam książki, która czyta się w miarę łatwo. I taka właśnie okazała się „Sprawa Niny S.”. Od pierwszych stron czyta się szybko, tekst jest czytelnie rozmieszczony na stronach, podzielony na krótkie fragmenty, marginesy szerokie. Zaczyna się jak w typowym kryminale – komisarz Zawadka przybywa na miejsce zbrodni, do kancelarii radców prawnych, przyjrzeć się sprawie morderstwa adwokata Jerzego Barana. Później akcja właściwie nie ma wiele wspólnego z kryminałem, ja bym raczej powiedziała, że jest to powieść obyczajowa, historia rodzinna, matki i trzech córek. Zeznająca w sprawie zbrodni córka Niny S. opowiada o faktach zupełnie niezwiązanych z ofiarą. Oto początek jej zeznań:
Trudno czytelnikowi uwierzyć, że jakikolwiek policjant pozwoliłby na tak rozwlekłe i szczegółowe zeznania, zahaczające nawet o wspomnienia z dzieciństwa. Czy taka klamra kompozycyjna w postaci historii kryminalnej, była potrzebna, by spiąć wszystkie fakty z życia trzech kobiet w jedną całość? Niby fabuła ma prowadzić do odpowiedzenia na pytanie, kto zabił, jednak od razu widać, że jest to tylko pretekst. Siłą tej historii są postacie kobiet, wiarygodne, intrygujące, popełniające błędy, kochające i cierpiące. Niestety w drugiej połowie książka wyraźnie traci na spójności. Pojawiają się w niej teksty dość luźno związane z głównym wątkiem, np. pamiętnik Niny S. sprzed poznania Jerzego B., czy jej pierwsze opowiadanie. Odsłaniają one nowe fakty z jej życia i pozwalają lepiej poznać jej osobowość, ale nijak nie pasują do typowej powieści kryminalnej. Ten „kamuflaż” kryminalny sprawia wrażenie bardzo sztucznego i ta jego sztuczność, co chwilę jest widoczna. Książka, która na początku wydawała mi się rewelacyjna ze względu na świetny „język” i ciekawe postaci i ich historie życiowe, z czasem denerwowała mnie swoją kompozycją. Ostatecznie jednak mi się podobała. To za mało, żeby wyrobić sobie zdanie na temat twórczości tej pisarki. Ciekawa jestem, czy pozostałe książki Marii Nurowskiej są podobne, czy zupełnie inne. Zdecydowanie muszę jeszcze po nie sięgnąć. O innych książkach tej autorki możecie poczytać tak jak ja na blogu "Między stronami", który pisze bezsennatoja. Ciekawy wywiad z Marią Nurowską na temat jej życia i autobiograficznych wątków w "Sprawie Niny S." znajduje się na onet.pl Gala. Ocena: 4+/6
|
Archiwum
Zakładki:
Moje blogi
Polecane książki:
Klasyka:
Kryminały:
Fantastyka/SF:
Horror/Thriller:
Poezja:
Dla młodzieży:
Dla dzieci:
Czytadła:
Zaproszenie :-)
Akcja - opowiadanie:
Szablon:
Tagi
Facebook - profil
Skrzynka pocztowa
Ostatnio przeczytane:
Jane Austen Arthur Conan Doyle Danuta Wałęsa Andrzej Pilipiuk Suzanne Collins Ursula Le Guin Jarosław Grzędowicz Andrzej Pilipiuk Jarosław Grzędowicz Siergiej Łukjanienko Antonina Kostrzewa Maciej Bennewicz Andrzej Pilipiuk Andrzej Pilipiuk Tove Jansson Małgorzata Warda Andrzej Mestwin |