blog o książkach, które niedawno czytałam i polecam innym przeczytać

Wpisy z tagiem: ocena 4+

piątek, 13 kwietnia 2012

 

Jarosław Grzędowicz, Pan Lodowego Ogrodu

Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2005

 

Kolejna bardzo wyczekiwana książka, którą udało mi się wypożyczyć dzięki otwarciu nowej biblioteki w Gdańsku – Biblioteki Manhattan. Oczekiwaniu towarzyszyły wielkie nadzieje na ciekawą lekturę, które niestety nie zostały do końca spełnione. Książka jest dobra, ale nie wybitna czy genialna. Nie miałam nawet zamiaru czytać kontynuacji, ale ostatnia strona pozostawia czytelnika z tak wielkim znakiem zapytania, że chyba się jednak skuszę na tom drugi.

Co jest nie tak z „Panem Lodowego Ogrodu”? To dość dziwna powieść, która rozpoczyna się jak SF, od wysłania kosmonauty na obcą planetę, a dalej toczy się rytmem znanym z fabuł fantasy, a może nawet gier RPG. Główny bohater, Vuko Drakkainen (zwany Ulf Nitj’sefni – Wilk Nocny Wędrowiec) przybywa z misją ratunkową, ma odnaleźć zaginionych dwa lata wcześniej naukowców i razem z nimi wrócić do domu albo „posprzątać bałagan”, jeżeli taki po nich pozostał. Od początku historia ma wiele wspólnego z horrorem. Drakkainen odkrywa makabryczne rzeźby zrobione z ludzi, np. jednego z poszukiwanych zamienionego w drzewo, który jednak zachował świadomość i powtarza wciąż „Kill me”. Do tego pojawia się dziwna mgła, która odbiera zmysły i inne potwory, z którymi Nocny Wędrowiec musi walczyć. Stąd moje skojarzenie z grami – bohater idzie, zabija, spotyka nowe postaci, zabija, idzie dalej i tak dalej. Świat, który poznajemy pełen jest magii i nie działa w nim żadna elektronika. Ludzie wierzą w bogów, którzy walczą między sobą i są przyczyną zła, które nagle opanowuje ich kraje. A gdzie chwalona przeze mnie umiejętność Jarosława Grzędowicza do opisywania ludzkiej psychiki i ważnych problemów? Tu złośliwie powinnam zacytować tekst z okładki, że każdy z nas odnajdzie siebie w bohaterach i „coś więcej” w tej historii. Nie wiem, jak mam się identyfikować ze zmutowanym zawodowym mordercą?

Od czwartego rozdziału, po 170 stronach, poznajemy drugiego głównego bohatera, następcę tronu, Odwróconego Żurawia, który przechodzi razem z braćmi szkolenie, by być jak najlepszym władcą. Ten wątek, mający być urozmaiceniem, jest mniej ciekawy, zbudowany jak inne opowieści o dojrzewaniu (jedyny interesujący moment to szkolenie małych zwierzątek przez książęta na trzech wyspach, które mają symbolizować ludzi i kraje). Poznajemy historię i obyczaje planety oczami jednego z jej mieszkańców, jednak jego losy toczą się zupełnie osobno od tego, co czyni Drakkainen. Domyślam się, że cały tom jest takim jakby wstępem do właściwej akcji. Niewiele się dzieje, poznajemy bohaterów i świat, kolejne fragmenty zagadki zniknięcia naukowców. Wszystko to jednak w powolnym tempie, jakby pisarz dał sobie czas i świadomie rozciągał opowieść do kilku tomów. O dziwo, czyta się szybko.

Książka zdobyła bardzo wiele nagród. Oby tom drugi był ciekawszy. A tak rozpoczyna się cześć pierwsza:

 

„Powiadali, że wyszedł wprost z fal Północnego Morza i że zrodził go ich lodowaty bezmiar, a powiła zapłodniona przez morze topielica.

Powiadali, że wyszedł z Pustkowi Trwogi, gdzie powstał jako płód czyichś nieczystych myśli, inny niż pozostałe Cienie. Inny, bo we wszystkim podobny do człowieka.

Mówili, że był synem Hinda, boga wojów, spłodzonym ze śmiertelną kobietą podczas jednej z wędrówek boga pod postacią włóczęgi po świecie.

Mówili, że zrodził go piorun, który zabił stojącą na wydmach Sikranę Słony Wiatr, córkę wielkiego żeglarza Stiginga Krzyczącego Topora. Stała samotnie podczas burzy na klifie, wypatrując na horyzoncie żagli statku swojego ukochanego. Martwa powiła płomienie i wojownika.

Mówili, że pojawił się wprost z nocy, jadąc na wielkim jak smok koniu, z jastrzębiem siedzącym na ramieniu i wilkiem biegnącym obok.

Mówili różne bzdury.

Było całkiem inaczej.

Prawda jest taka, że wypluły go gwiazdy.”

 

A Wam jak podobała się ta powieść?

Ocena: 4+/6

 

środa, 04 kwietnia 2012

 

Andrzej Pilipiuk, Oko jelenia. Droga do Nidaros

Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2008

 

I znowu książka Andrzeja Pilipiuka na moim blogu. Chciałam ją porzucić w połowie, czyli po 200 stronach, ale po przerwie jednak do niej wróciłam i doczytałam do końca. Okazało się, że wcale nie jest taka zła, jak na początku myślałam.

Rozpoczyna się bardzo ciekawym opisem końca świata. Chwilę przed katastrofą dwóch nauczycieli zostaje wezwanych do dyrektora i powiadomionych o zbliżającym się nieszczęściu. Informatyk Marek, lat 28, będzie jednym z głównych bohaterów. Razem z poznanym przypadkowo osiemnastolatkiem Staszkiem zgodzą się być niewolnikami kosmity, żeby tylko przeżyć zagładę Ziemi:

 

„– Ziemianie! – Staszek odezwał się ochrypłym, dudniącym głosem.

Natychmiast zorientowałem się, że to obcy w jakiś sposób przemówił, używając jego gardła.

– Czy… – zacząłem.

– Czeka was unicestwienie.

Tyle to i ja wiedziałem. Jak przekonać tego gada, żeby nas stąd wyciągnął? Skoro zabiera całe budynki, powinien mieć możliwości techniczne. Milczy. Czeka na moją odpowiedź? Nie zadał pytania. A, do diabła!

– Czy może nas pan zabrać ze sobą? – zapytałem.

– Nie, To nie jest możliwe. Mogę jednak uratować wasze istnienia, jeśli w zamian zostaniecie moimi… – zatrzymał się na chwilę, jakby szukał słowa: – niewolnikami.”

 

Na zlecenie przybysza z kosmosu zostaną przeniesieni w przeszłość, do Norwegii, do roku 1559. Tam poznają lubelską szlachciankę (mającą ok. 16 lat) pochodzącą z 1864 roku i podobnie jak oni zmuszoną do wykonania dziwnego zadania – odnalezienia tytułowego „Oka Jelenia”.

Choć początek powieści i fabuła zachęcająca, potem jest już nudno. Szesnastowieczna Norwegia, opanowana przez protestantów, którzy mordują katolików, to miejsce niebezpieczne i niezbyt ciekawe do zwiedzania dla przybyszów z przyszłości. Właściwie po przeczytaniu „Drogi do Nidaros” za żadne skarby nie chciałabym się przenieść w tamten świat. Bieda mieszkańców, marne jedzenie, niesprawiedliwe prawa. Marek niczym Robinson Cruzoe zmuszony zostaje do budowania sobie siedziby, szukania pokarmu i walki z nieznajomymi.

W połowie powieść nabiera trochę tempa za sprawą ponownego pojawienia się Staszka. Dowiadujemy się też więcej szczegółów na temat kosmitów i tajemniczej misji. Możliwe, że pierwszy tom jest przydługim wstępem naprawdę ciekawej historii. Postaram się to sprawdzić, sięgając po tom drugi – „Srebrna Łania z Visby”. Skoro sam autor uważa ten cykl za swoje szczytowe osiągnięcie, to coś w tym musi być.

Ocena: 4+/6

 

niedziela, 18 marca 2012

 

Antonina Kostrzewa, Zawstydzeni, czyli skazani na.. samotność

Wydawnictwo: Astrum, 2010

 

Bardzo się cieszę, że otrzymałam tę książkę od Clevery w ramach wymiany, którą niedawno rozpoczęłam na moim blogu (wysłałam jej „Los utracony” Imre Kertesza). Gdyby nie ona, pewnie nigdy nie przeczytałabym tej książki, ani się o niej nie dowiedziała (nie ma jej też w żadnej z miejskich bibliotek).
„Zawstydzeni, czyli skazani na.. samotność” to utwór wyjątkowy. Złożony ze wstępu i dwóch opowiadań, w których autorka stara się nam ukazać świat ludzi nieśmiałych i samotnych. Rozpoczyna się tak:

 

„Wstęp, czyli kim jesteśmy?

W dzisiejszym świecie osobom nieśmiałym ciężko poznać kogoś nowego. Jesteśmy coraz mniej społeczni. Wszędzie panuje kult jednostki i pęd sukcesu. Mamy coraz mniej czasu dla naszych bliskich, a szczere rozmowy z przyjaciółmi zamieniamy na wirtualne pogaduchy. Ciężko nam się przyznać, że także tacy jesteśmy. Niektórzy bardziej, inni mniej.”

 
Po przeczytaniu tego prawie dwudziestostronicowego wprowadzenia, nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać dalej. Domyślałam się tematyki, ale forma, którą wybrała Antonia Kostrzewa bardzo mnie zaskoczyła. I to podwójnie.

Pierwsze opowiadanie „Samotna w wielkim mieście” opowiada o Yoshiko i Kazuo, którzy poznają się, zakochują w sobie, ale pomimo tego nie zamieniają z sobą nigdy ani jednego słowa, co dla obojga kończy się tragicznie. To smutny tekst. Tytuły rozdziałów zdają się sugerować, wbrew treści, że możliwy jest „happy end”. Narracja nie jest jednorodna, raz trzecioosobowa, a raz pierwszoosobowa, czasami przetykana cytatami myśli w pierwszej osobie pisanymi kursywą. Bardzo ciekawy zabieg i daje dobry efekt. Dzięki niemu poznajemy wydarzenia z punktu widzenia Yoshiko:

 

„Już nie martwiłam się o Kazuo, tylko byłam zła na całą sytuację. Tę całą otoczkę. Czułam się jakbym nie miała serca. Tyle czasu ostatnio spędzaliśmy ze sobą i choć byłam zdenerwowana na siebie i na Niego, że żadne z nas się nie odezwało ani nie zrobiło niczego innego, co mogłoby być pierwszym krokiem, to… Już sama nie wiem, co o tym myśleć.

 

Chyba go kocham. Tak po prostu. Nie wiem, kiedy się w nim zakochałam, ale czułam to. Takie silne uczucie, a nawet nie wiem, czy On także coś do mnie czuł? Jakbym miała teraz, choć jedna szansę, by wyjawić mu moją miłość, pewnie bym to zrobiła, ale znając życie pewnie znów się oszukuję. Nigdy moje wargi nie poruszą się i nie wypowiedzą w Jego kierunku żadnego słowa.”

 
Trochę zabrakło mi w postępowaniu bohaterów jakiejś dojrzałości czy rozsądku. Szczególnie w zakończeniu zdają się bardziej parą rozchwianych emocjonalnie nastolatków niż dorosłymi ludźmi (ona ma 24, on 28 lat). Całość jak dla mnie trochę zbyt „wydumana”.

Drugie opowiadanie – „Samotny w wielkim bólu” – czytało mi się zdecydowanie lepiej. Bez japońskich imion, osadzone w polskiej rzeczywistości, prostsze, choć też trochę melodramatyczne:

 

"Nazywam się Sławek. Tak po prostu. Podawanie mojego nazwiska, czy adresu jest zbyteczne, tak jak i pozostałych w tej historii. W życiu dużo przeszedłem, ale wciąż czuję się przytłoczony przez samotność. Może nie powinienem narzekać, bo mam przy sobie moje oczko w głowie, czyli moją wspaniałą, kochaną córeczkę. Dzisiaj będzie miała swoje trzynaste urodziny, a to już najwyższy czas, by powiedzieć jej, jak poznałem jej matkę i jak to się stało, że nie ma jej teraz przy niej. Część prawdy już zna, ale dopiero teraz twierdzę, że dorosła na tyle, by poznać dokładnie, czym jest miłość i poświęcenie."

 

Taką historie pewnie gdzieś już czytaliście lub oglądaliście. Nieśmiały Sławek i chora na raka dziewczyna Kasia. To ona nawiązuje z nim rozmowę na imprezie u znajomych, zaprasza do siebie, a później okazuje się, że konsekwencją wspólnie spędzonej nocy jest dziecko, którego ona nie chce usunąć mimo zagrożenia własnego życia. Co w takiej sytuacji zrobi Sławek? Historia może nie jest oryginalna, ale bardzo dobrze napisana. Emocje mężczyzny (bo tym razem poznajemy męski punkt widzenia na nieśmiałość i samotność), jego sposób myślenia i postępowania zostały bardzo dobrze przedstawione. Autorka stworzyła wiarygodny portret psychologiczny (nie mówiąc o tym, że wycisnęła przy okazji ze mnie wiele łez).

Szkoda, że takie książki jak ta przechodzą u nas prawie niezauważone. Jeżeli chcecie to zmienić i poznać twórczość tej autorki, to zapraszam na jej blog:


http://antoninakostrzewa.blogspot.com



Gdzie nie tylko można poczytać, co ma do powiedzenia, ale także znaleźć linki do jej opowiadań i pobrać ich fragmenty.

Ocena: 4+/6

 

czwartek, 15 marca 2012

 

Andrzej Pilipiuk, Kuzynki

Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2003

 

Powinnam się wytłumaczyć. Wiem, że tych książek Andrzeja Pilipiuka jest ostatnio na moim blogu trochę za dużo. Nic niestety nie mogę na to poradzić. Chciałam przeczytać jak najwięcej przed spotkaniem z autorem, ale nigdy nie myślałam, że będzie tego aż tyle i że tak mnie to wciągnie. Na swoje usprawiedliwienie dodam jedynie, że w ciągu ostatnich trzech tygodni czytałam również inne powieści, ale żadna z nich mnie nie zainteresowała na tyle, by ją dokończyć. Ani „Środek lata” Małgorzaty Wardy, ani „Zapiski niewidomego taty” Ryana Knightona, ani „Ja, diablica” Katarzyny Bereniki Miszczuk. Po zaledwie parę stron przeczytałam utworów takich, jak: „Krucha jak lód” Jodi Picoult, „Dziewczyny z Portofino” Grażyny Plebanek, „Podatek” Mileny Wójtowicz.

„Kuzynki” to niestety pierwsza powieść Pilipiuka, do której mam „ale”. Przeczytałam ją, ale to już nie to. Mniej zabawne, mniej pomysłowe, mniej nowatorskie niż poprzednio poznane przeze mnie opowiadania i powieść „Operacja Dzień Wskrzeszenia”. Przede wszystkim mniej wciągające. Przez 200 stron nic się właściwie nie dzieje (a powieść liczy 285 stron). Ktoś może powiedzieć, że moja słabsza ocena wynika ze zmęczenia pisarzem i jego stylem. Jednak po „Kuzynkach” przeczytałam jeszcze gruby tom opowiadań, który bardzo mi się podobał, więc ten argument odpada.

Ta powieść powstała z opowiadania i to chyba się czuje. Jest jakaś „rozwleczona” (podobnie jak „Popiół i kurz” Jarosława Grzędowicza również rozwinięte z opowiadania i "sztucznie" powiększone). Tytułowe kuzynki to: długowieczna alchemiczka – Stanisława Kruszewska oraz informatyczka pracująca dla CBŚ nad tajnym projektem – Katarzyna Kruszewska. Ten niezwykły duet uzupełnia trzecia główna bohaterka: serbska księżniczka-wampirzyca Monika Stiepankovic. Brzmi ciekawie, prawda? Tylko trzeba by wymyślić jakieś wydarzenia do tego, poza poszukiwaniem siebie nawzajem, poznawaniem i zaprzyjaźnianiem dziewcząt, pracą w szkole i biurze CBŚ, szukaniem alchemika Sędziwoja, który umie wyprodukować kamień filozoficzny dający wieczne życie lub złoto.

Nie jest jednak aż tak źle. „Kuzynki” to po prostu książka dla fanów Pilipiuka. Jest w niej kilka bardzo „pilipiukowych” smaczków. Np. Stanisława czyta poleconą jej przez Kasię książkę o przygodach Jakuba Wędrowycza:

 

„Zwyczajny poniedziałkowy wieczór w mieszkaniu przy Plantach. Stanisława czyta sobie książkę. Dostała ją od kuzynki, ponoć to coś fajnego. Z pierwszych stron wydedukować można, że dzieło opowiada o przygodach egzorcysty – alkoholika. Tak, polska literatura zdecydowanie zeszła na psy… Ciekawe swoją drogą, kto to napisał? Grafoman nieprzeciętny. Na wewnętrznej stronie okładki umieszczono fotografię autora. Paskudna gęba, zarośnięty jak artysta, nóż sam się w kieszeni otwiera…”

 

W końcowych partiach książki, na wieczorze staropolskim organizowanym przez kuzynki, pojawia się nawet sam autor w towarzystwie pisarza Jacka Komudy:

 

„Stojący obok Wielki Grafoman w haftowanej ukraińskiej koszuli nic jeszcze nie wyciągnął, ale wyraz jego oczu nie wróży nic dobrego. Facet z sanepidu nie wie, że to prawdziwy wariat, potrafiący napisać książkę w dwanaście dni.”

 

Właśnie tego typu sceny, pisane z przymrużeniem oka, najbardziej mi się podobały i dzięki nim „Kuzynki” zostaną mi w pamięci i czasu na ich czytanie bynajmniej nie uważam za stracony. Jednak czytelnikom nie znającym twórczości pisarza nie polecam rozpoczynania przygody z jego twórczością akurat od tego dzieła. Sama zastanawiam się, czy sięgnąć po dwa kolejne tomy: "Księżniczkę" i "Dziedziczki". Jeżeli są słabsze, to będzie to duże rozczarowanie. Z drugiej strony nic nie szkodzi spróbować, podoba mi się lekkość tematyki i radość życia, która jest w tę powieść wpisana, o czym niech świadczy końcowe zdanie:

 

„Sędziwój, pijąc lekkie, gruzińskie wino, spogląda w przyszłość z radością i nadzieją, bo podobnie jak trzy dziewczyny śpiące na tapczanie wie, że życie jest świętem.”



Ocena: 4+/6

 

sobota, 14 stycznia 2012

 

Obywatel, który się zawiesił, Rafał Kosik

Wydawnictwo: Powergraph, 2011

 

Ponieważ nie mogę nigdzie wypożyczyć „Kameleona” (2008) Rafała Kosika, bardzo się ucieszyłam, gdy odkryłam, że autor napisał jeszcze jedną książkę dla dorosłych czytelników, oprócz powieści „Mars” (2003) i „Vertical” (2006), zbiór opowiadań „Obywatel, który się zawiesił” (listopad 2011). Wydany w twardej okładce, z futurystyczną ilustracją autorstwa samego Kosika (wydawnictwo Powergraph też jest jego własnością), ok. 345 stron, zawiera 10 opowiadań o różnej długości (od 6 do 68 stron). Jednak radość trwała krótko.

Jeszcze w drodze powrotnej z biblioteki, w tramwaju, przeczytałam pierwsze z opowiadań, tytułowe – „Obywatel, który się zawiesił”. I okazało się, że to nie typowe SF, raczej przypomina film sensacyjny o mężczyźnie, który zwariował, zabarykadował się w domu i zabija każdego, kto się do niego zbliży, a to wszystko z powodu niezapłaconego podatku za zamknięcie własnej firmy. Oto fragment rozmowy policjantów obserwujących jego dom:

 

„– Kapitan Preis – przedstawił się – Prosił pan o wsparcie.

– Prosiłem o brygadę antyterrorystyczną.

– Są w drodze. Kto tam jest?

– Nazywa się Łukasz Wroński. Były biznesmen. Miał sporą firmę handlującą roślinami doniczkowymi. Obecnie pewniak do psychiatryka albo jeszcze lepiej do kostnicy. Na posesji leżą ciała czterech ochroniarzy i dwóch naszych.

–  Jezu! Co mu odwaliło?

– Odmówił zapłaty należności dla skarbu państwa. Po trzech wezwaniach przyjechał komornik, ale gość go spławił, więc komornik wrócił ze wsparciem. Wsparcie leży w ogródku, komornik w szpitalu.

– A nasi?

– Próbowali sforsować tylne drzwi. Rozwalił ich przez szczelinę strzelniczą.

– Szczelinę strzelniczą?!

– Ten dom to twierdza. Okna kuloodporne, drzwi z pancernej stali. Nie pozwolił nawet zabrać ciał.

Młody policjant oparł głowę o błotnik i zapytał:

– Ile miał do zapłacenia?

– Trzysta osiemnaście złotych i pięćdziesiąt trzy grosze.”


Widać wyraźnie, że autorowi nie brakuje poczucia humoru i wyczucia absurdu w codziennym życiu. To jeden z lepiej napisanych tekstów w tym zbiorze.

Informacja z okładki okazała się prawdziwa – gatunkowo opowiadania należą do horroru, sensacji i SF. Jest to więc bardzo różnorodna mieszanka i dla mnie osobiście najlepsze są te ostatnie, które przypominają mi czytane wcześniej powieści Kosika. Ściśle mówiąc dwa z opowiadań są alternatywnymi wersjami historii w nich ukazanych. „Wyprawa szaleńców” dzieje się w „świecie lin”, czyli w Verticalu, a tekst „Ohyda” w końcowej części przedstawia początki „komplantu”, wynalazku znanego „na Marsie”. Opowiadania powstały w latach 2001 – 2007 i były wcześniej wydawane w czasopismach.

Najtrudniej czytało mi się drugie – „Skrytogrzesznicy”, w którym bardzo szybko zmieniają się wydarzenia, bohaterowie, czas. Trochę to oszołamiające i początkowo niezrozumiałe. Czytałam je w poczekalni u lekarza i doczytałam jedynie do połowy, a potem zraziłam się do książki na kilka dni. Mimo że pomysł dobry, docenia się go dopiero na końcu, po przebrnięciu 50 trudnych stron. Podróże w czasie, rozmowy między równoległymi światami, możliwość poznania przyszłości, testy wierności – materiału starczyłoby na powieść.

Z kolejnymi tekstami nie było lepiej. Pewnie przez zaskoczenie, że Kosik pisze w innym niż wcześniej gatunku literackim. „Mgła” to horror, o dziewczynie i chłopaku szukających zapomnianego domku w lesie. Gdy go odnajdą, przeżyją w nim niesamowite i straszne rzeczy. Przy okazji warto zauważyć, że główny bohater kilku opowiadań, tego również, ma na imię Adrian, co na pewno nie jest przypadkowe, choć nie tworzą one jakiejś całości.

„Za dobre to zrobiliśmy”
przenosi nas w świat reklamy i praw rządzących agencjami i ludźmi w nich pracującymi. W połowie tego opowiadania zrezygnowana zaczęłam „skakać” po tomie szukając SF i „znanego mi” Kosika. Nie było łatwo. Większość opowiadań jest inna.

„Coś czego nigdy nie pamiętamy”
– opowieść ze świata snu, mężczyzna poszukuje żony i dziecka, którzy nagle zniknęli podczas wspólnych wakacji nad morzem.

„Ohyda”
– o telewizji, programach typu reality-show i do czego są w stanie posunąć się producenci, by zarobić pieniądze, trochę też o polityce i demokracji.

„Pokoje przechodnie”
– króciutki tekst o tym, jakby to było, gdyby każdy z pokojów w mieszkaniu znajdował się w innej części świata, do tego ulegał niekontrolowanemu przesunięciu w przestrzeni.

„Szczelina”
– o pociągu jadącym z Warszawy do Krakowa, lecz czasami przenoszącym ludzi w inny wymiar.

„Czy ktoś tu widział Boga?”
– o życiu po śmierci w nudnym niebie, zarządzanym automatycznie.

„Wyprawa szaleńców”
– misja naukowców, konstruktorów, artystów i marynarzy, którzy na kilkudziesięciu żaglowcach wyruszają w poszukiwaniu ratunku dla świata, który powoli pogrąża się w wodzie.

Oceniając tom jako całość, stwierdzam, że nie jest zły, ale że jest zdecydowanie gorszy od powieści. Choć opowiadania napisane zostały w podobnym stylu, nie są jednak tak dobrze dopracowane, tak oryginalne i zachwycające. Pojawiają się w nich ciekawe wynalazki, ważne problemy społeczne i polityczne, niewyjaśnione zagadki. Czegoś w nich jednak za mało, to dopiero szkice, pomysły, gotowe do rozwinięcia. Brakuje charakterystycznych bohaterów, którzy zostaliby w pamięci. Wszyscy zlewają się w jednego Adriana, plus może jeszcze jedną Magdę. To chyba wada całej twórczości Kosika – skupiając się na fabule, zapomina o tworzeniu ciekawych i głębokich portretów psychologicznych postaci. W powieściach jednak nie jest to tak widoczne, bo tam skupiamy się na niesamowitych światach stworzonym przez autora i wymyślonych przez niego tajemnicach.

Zastanawiam się, jaki będzie drugi tom opowiadań, zapowiedziany już na 2012 rok, o tytule „Nowi ludzie”. I czy wiedząc, czego mogę się spodziewać, będę bardziej zadowolona z ich czytania? Oby. I oby autor napisał jeszcze wiele powieści.

Ocena 4+/6



wtorek, 29 listopada 2011

 

Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy, Jarosław Grzędowicz

Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2006

 

Powieść Jarosława Grzędowicza podobała mi się mniej niż jego opowiadania.  Właściwie, gdyby skrócić ją do np. 60 stron (czyli pierwotnego tekstu – Obol dla Lilith) nic by się złego nie stało, a myślę, że miałabym bardziej pozytywne odczucia. Jak na tak długi utwór, to zdecydowanie zbyt prosta i jednowątkowa historia. Chociaż początkowe rozdziały zdają się zapowiadać świetną rozrywkę, to później właściwie fabuła zaczyna przypominać gry komputerowe, w których bohater za wszelka cenę stara się nie zginąć. Mamy walki, ucieczkę i przerażający świat Pomiędzy życiem a śmiercią. I okropne zakończenie z gatunku „deus ex machina”, czyli gdy autorowi kończą się pomysły, jak uratować swoją postać, wprowadza dodatkowy i niespodziewany czynnik, w tym wypadku – nagą czarownicę na motocyklu.

A przecież miało być ciekawie. Narrator pierwszoosobowy tak opowiada o swoim dzieciństwie:

 

„Pierwszego demona widziałem zanim jeszcze nauczyłem się mówić. Dlatego to tak pamiętam. To był gaki. A ja nie miałem nawet dwóch lat. Upiorna, wysnuta z nicości żółtawa gęba z krwawymi oczami ścigająca mnie, wrzeszczącego, po całym mieszkaniu. Pamiętam nie tylko przerażenie. Pamiętam też straszny wysiłek, z jakim usiłowałem zawołać o pomoc, wyrazić cokolwiek z tego, co czułem, i nie potrafiłem. Nic z tego, co się ze mną działo, nie mogło być oddane za pomocą tych kilku przypadkowych słów, które znalem. Rodzice uspokajali mnie i nie mogli, bo nie widzieli tego, co ja.
Potem były sny.
Miałem normalne, pogodne dzieciństwo, dopóki nie wypiłem kubka mleka, nie wysłuchałem bajki i nie położyłem się do łóżka. Później w ciemnościach dziecięcego pokoju śniłem o szkieletowych twarzach ludzi ubranych w biało-sine pasiaki, kłębach zardzewiałego drutu kolczastego, widziałem morza ceglanych ruin, wśród których snuł się siwy dym, widziałem doły pełne trupów, kłębowiska wyciągniętych rąk, jak powykręcane gałęzie.
Nie bałem się.
Nie rozumiałem, co widzę.”

 

Tę historię da się logicznie wytłumaczyć – u bohatera powieści stwierdzono schizofrenię i zaczęto go leczyć. I podobno wyleczono, ale on nadal potrafi widzieć krainę „Pomiędzy”, która od czasu jego okresu dojrzewania wygląda tak:

 

„Wtedy po raz pierwszy znalazłem się w krainie Półsnu. W świecie Pomiędzy. Po raz pierwszy zobaczyłem jego czerwone niebo i Ka wszystkich codziennych przedmiotów, stojące na ich miejscu, jak mroczne atrapy.

To nie jest zaświat. Jeszcze nie. Zaświaty są znacznie wyżej. To tylko pęknięcie. Szczelina. Dziura pomiędzy życiem a śmiercią, wypełniona cieniami i wątpliwościami. Znajdują się tam martwe lub półżywe dusze wszystkiego, co nas otacza. Stoją tam takie same budynki, takie same krzesła i lustra, wyglądają jednak inaczej, bo to nie są te same przedmioty, tylko ich widma. Ich Ka, Ich odbicia w krainie Półsnu.”

 

W krainie Pomiędzy bohater odgrywa rolę Charona, albo jak sam siebie nazywa „psychopompa”, to znaczy pomaga duszom, które utknęły w tym miejscu po śmierci, przejść na drugą stronę, do światła. Choć sam nie ma pojęcia o tym, co jest dalej. Korzystając ze swoich niezwykłych umiejętności stara się też rozwiązać zagadkę morderstwa swojego przyjaciela – mnicha i dziwnych zdarzeń w jego klasztorze. Jednocześnie pracuje zawodowo na uniwersytecie, jest doktorem etnologii. Prowadzi wykłady na temat kultury Celtów (o legendach, przypowieściach, rytuałach i demonologii). Napisał też książkę o wierzeniach mieszkańców Syberii, Oceanii i Ameryki. Oba kręgi zainteresowań, zawodowy i prywatny wyraźnie się ze sobą łączą. Bohater może w praktyce sprawdzić różne podania ludowe o duchach i praktyki medytacyjne. I robi to, ryzykując własnym życiem. Jego historia jest zdecydowanie przerażająca, pełna demonów i trupów, wywołuje w czytelniku strach. Dla mnie jest zbyt mroczna i pozbawiona, w przeciwieństwie do opowiadań, drugiego dna.

Doceniam język autora, tak dobry, że nie mogę się powstrzymać przed cytowaniem dłuższych fragmentów, doceniam wyobraźnię, która stworzyła bardzo konkretną krainę rządzącą się swoimi prawami. Nie odkryłam jednak sensu tej opowieści. Jedyne przypuszczenie związane jest z popularną anegdotą o tonącym człowieku, który odmawia pomocy ludzi, wierząc w pomoc Boga. Bohater podziela zdanie będące jej morałem, że radzić musimy sobie sami, bo „Bóg pomaga tylko tym, którzy sami sobie pomagają, ale nie wychodzi z cienia. Zapewne po to, by wiara nie stała się wiedzą”. Przyjmując taką interpretację, można by zaliczyć powieść Grzędowicza do „historii alternatywnych” będących ilustracjami, tego, co po śmierci.

„Popiół i kurz” nie zniechęcił mnie do poznania kolejnych utworów tego pisarza. Może będą mniej mroczne i bardziej wieloznaczne. A na pewno oryginalnie napisane.

Ocena: 4+/6

 

sobota, 26 listopada 2011

 

Uwikłanie, Zygmunt Miłoszewski

Wydawnictwo: W.A.B, wyd. III - 2011, wyd. I - 2007

 

Teraz na moim blogu nastąpi krótka przerwa w recenzjach książek z dziedziny fantastyki (przez niektórych chyba wyczekiwana) i zajmę się kryminałem. W tym gatunku również mam spore zaległości, więc na początek pierwsza powieść Zygmunta Miłoszewskiego z prokuratorem Teodorem Szackim w roli głównej (wiem, że część czytelników jest już po lekturze kontynuacji – Ziarna prawdy, ale może to lepiej, bo będzie się można wymienić uwagami o autorze, którego twórczość się czytało, a nie dopiero ma się zamiar przeczytać).

Uwikłanie jest zdecydowanie książką godną polecenia. co nie znaczy, że nie ma wad. Jej siłą jest pomysł, by kryminalna intrygę osnuć wokół jednej z bardzo kontrowersyjnych metod terapeutycznych – terapii ustawień wymyślonej przez Berta Hellingera, polegającej na „ustawieniu” obcych ludzi w rolach swojej rodziny i przyjaciół. To w jakim miejscu i w jakiej odległości, a także w jakiej relacji do siebie ustawimy konkretne osoby, świadczy o naszym stosunku do nich. Pozwala też obejrzeć sytuacje rodzinną z dystansu i wysnuć odpowiednie wnioski dotyczące uwikłania w nieodpowiednie związki, znaleźć nierozwiązane problemy itp.

Tak tłumaczy to jedna z postaci powieści, psychiatra Jeremiasz Wróbel:

 

„- W ustawieniach zadajemy sobie dwa podstawowe pytania. Po pierwsze: kogo brakuje i kto musi dołączyć do ustawienia? Często przypomina to śledztwo, grzebanie w brudach rodzinnej historii. Po drugie: kto musi odejść? Komu trzeba na to pozwolić? Mechanizm zawsze jest ten sam. Jeśli nie pozwolimy komuś odejść, zarówno w sensie „umrzeć”, jaki i w sensie „oddalić się”, to zamiast tej osoby odchodzą dzieci. To dorośli zazwyczaj są winni, a dzieci chcą im pomóc, wziąć winę na siebie, odejść zamiast tego, kto odejść powinien. Taki jest porządek miłości.”

 

Bohaterowie powieści – terapeuta Cezary Rudzki i jego pacjenci spotykają się, by w małym, kilkuosobowym gronie poddać się oczyszczającej kuracji. Sesje mają burzliwy przebieg, a rano jeden z pacjentów zostaje znaleziony martwy. Śledztwo w tej sprawie prowadzi wspomniany już Teodor Szacki, a narrator poucza, że w Polsce decydujący głos w śledztwie ma właśnie prokurator, nie policja i on również prowadzi czynności śledcze: przesłuchuje świadków, asystuje przy sekcji zwłok itd. Dowiadujemy się przy okazji wiele na temat nudnej urzędniczej pracy w prokuraturze.

Pierwsza połowa książki bardzo mi się podobała: mały krąg podejrzanych, sympatyczny śledczy, interesujące teorie psychologiczne. Niestety w drugiej połowie wątek kryminalny schodzi na dalszy plan, a pod koniec powieści prawie w ogóle traci znaczenie odpowiedź na pytanie, kto zabił. Prokuratora Szackiego „dopada” kryzys wieku średniego i jedyne, o czym jest w stanie myśleć, to romans z młodą dziennikarką – Monika Grzelką. I tu moja sympatia dla bohatera się ulotniła. A zazwyczaj gdy nie lubię głównego bohatera, nie podoba mi się też książka. Właściwie doczytałam ją już z niesmakiem i życząc Szackiemu pobicia przez zbirów. Trudno mi się identyfikować czy sympatyzować z postacią, która po kilku latach małżeństwa, gdy na świecie jest już siedmioletnie dziecko, zaczyna zdradzać swojego partnera bez żadnych wyrzutów sumienia, a wręcz z pretensjami, że wcześniej wszystko robili razem, a teraz zdradzać musi sam:

 

„Była najbliższą mu osobą i żałował, że nie może jej opowiedzieć o wszystkich swoich rozterkach, obawach i nadziejach związanych z Moniką. Chciałby otworzyć butelkę carmenere albo primitivo, usiąść obok niej w łóżku i opowiadać zabawne anegdoty, jak to bał się zamówić tort bezowy, żeby nie walczyć z nim na oczach dziewczyny. Śmieszne? Śmieszne. Uśmiałaby się? Wcale. Robili prawie wszystko razem, ale zdradzać ją musi oddzielnie.”


Ten brak moralności i zwykłej uczciwości u osoby stojącej na straży sprawiedliwości i prawa zupełnie nie przypadł mi do gustu.

Z powodu mojej niechęci do głównego bohatera nie zamierzałam sięgnąć już po książki Miłoszewskiego, pomimo że dostrzegam w nim duży potencjał i talent. Moje zdanie na temat autora zmienił bardzo ciekawy wywiad z 2008 roku dostępny na portalu Zbrodnia w bibliotece. Poza „ciekawostką” wywołującą moje zdziwienie, że według redaktorki zadającej pytania Szacki „To bardzo „czysta”, pozytywna postać.” (czytałyśmy inną książkę?), dowiedziałam się jakie jest zdanie autora na temat własnej twórczości i że za najbliższy sobie gatunek literacki uważa horror. I dlatego właśnie postanowiłam poznać jego powieść grozy z 2005 roku – Domofon. Może okaże się mniej irytująca?

Ocena 4+/6



niedziela, 13 listopada 2011

 

Biała lwica, Henning Mankell

Wydawnictwo: W.A.B, 2005

 

Na początek wyjaśnienia słów kilka. Z powodu choroby nastąpiła u mnie nieplanowana przerwa w blogowaniu, ale nie w czytaniu. Mam do napisania 8 recenzji. Mam nadzieję, że kiedyś te zaległości nadrobię. Postaram się.

„Białą lwicę” przeczytałam jeszcze przed położeniem się na tydzień do łóżka i zrobiłam to z przyjemnością. To już trzecia poznana przeze mnie powieść Mankella i trzecia dobra. Jak ten pisarz to robi? Ten sam bohater, formuła kryminału plus ciekawy motyw przewodni.

A jednak gdybym wiedziała, jak ważny będzie w tej książce temat Republiki Południowej Afryki i segregacji rasowej, to bym do niej nie zajrzała. I to na pewno byłby błąd. Widać Mankell potrafi pisać ciekawie o wszystkim. Także, a może przede wszystkim, o tematach trudnych i kontrowersyjnych pod płaszczykiem rozwiązywania kryminalnej intrygi.

Pomijając kiepski prolog, pierwsze sto stron jest rewelacyjne. Tym razem komisarz Wallander prowadzi poszukiwania zaginionej Louise Akerblom, pośredniczki w handlu nieruchomościami, przykładnej żony, matki, do tego osoby wierzącej i odpowiedzialnej, która nigdy sama nie opuściłaby rodziny. Czytelnik już w pierwszym rozdziale dowiaduje się, co przydarzyło się Louise, ale policja będzie to musiała dopiero ustalić w toku szczegółowego śledztwa, przesłuchując męża, pastora, i innych którzy widzieli kobietę w dniu zniknięcia.

Czyta się jednym tchem. Do pewnego momentu. Dalej powieść rozpada się na wątek szwedzki i afrykański. Pojawiają się nowi bohaterowie, którym autor poświęca sporo miejsca. Oczywiście wszystko jest ze sobą powiązane i na końcu zostanie wyjaśnione, ale jednak równowaga powieści zostaje zachwiana. Nie można powiedzieć, że wątek afrykański został dobrze wkomponowany w powieść, tak jak to było z wątkiem łotewskim w Psach z Rygi. Tam akcja przenosi się na Łotwę razem z głównym bohaterem i wszystko jest tak jak należy. Tutaj bohaterowie są powiązani, ale moim zdaniem tej Afryki jest troszkę za dużo. Niby to uzasadnia fabuła powieści, ale czasami się zastanawiam, czy nie jest ona tylko pretekstem by zachęcić czytelników do poznania historii RPA i skłonić do refleksji o rasizmie. Mottem powieści są dwa cytaty:

 

„Dopóki różnie będziemy oceniać ludzi w naszym kraju, zależnie od koloru skóry, nie opuści nas przypadłość, którą Sokrates nazwał kłamstwem duszy.”

Jan Hofmeyr, premier Afryki Południowej, 1946

 

„Angurumapo simba, mcheza nani?"

(Kto się odważy bawić, kiedy ryczy lew?)

przysłowie afrykańskie

 

Taka dawka polityki nie pasuje do kryminału, a jednak wdzięczna jestem Mankellowi za tę lekcję historii Afryki, bo w innym wydaniu raczej bym jej nie przeczytała. Tutaj jednak powstaje pytanie: Ile w tej powieści prawdy o Afryce, a ile fikcji wymyślonej przez szwedzkiego pisarza? Nie ma już takiego państwa, jakie on opisuje, nie wystarczy tam pojechać, żeby się przekonać. Ponieważ Mankell mieszka na zmianę w Szwecji i Mozambiku, to zakładam, że na Afryce się zna.

Ciekawa jestem, jakie jeszcze tematy wziął na swój warsztat w kolejnych powieściach. Jeżeli są tak samo dobre jak chociażby „Biała lwica”, to pewnie przeczytam wszystkie.

Ocena: 4+/6



niedziela, 11 września 2011

 

Sprawa Niny S., Maria Nurowska

Wydawnictwo: W.A.B.

 

Z książkami Marii Nurowskiej spotkałam się po raz pierwszy dopiero niedawno, czytając różne książkowe blogi. Postanowiłam nadrobić zaległości i podczas ostatniej wizyty w bibliotece, gdy zobaczyłam książkę tej autorki na półce z kryminałami, zaczęłam się jej uważnie przyglądać. Okładka nieciekawa i staromodna, a książka nowa. Opis z tyłu okładki już bardziej zachęcający. Postanowiłam wypożyczyć, choć raczej nie myślałam, że ją przeczytam w całości. Stało się inaczej.

Tak się złożyło, że przeziębienie ostatnio trzymało mnie w łóżku, więc potrzebowałam książki, która czyta się w miarę łatwo. I taka właśnie okazała się „Sprawa Niny S.”. Od pierwszych stron czyta się szybko, tekst jest czytelnie rozmieszczony na stronach, podzielony na krótkie fragmenty, marginesy szerokie.

Zaczyna się jak w typowym kryminale – komisarz Zawadka przybywa na miejsce zbrodni, do kancelarii radców prawnych, przyjrzeć się sprawie morderstwa adwokata Jerzego Barana. Później akcja właściwie nie ma wiele wspólnego z kryminałem, ja bym raczej powiedziała, że jest to powieść obyczajowa, historia rodzinna, matki i trzech córek. Zeznająca w sprawie zbrodni córka Niny S. opowiada o faktach zupełnie niezwiązanych z ofiarą. Oto początek jej zeznań:

 

„Nazywam się Gabriela Sworowicz-Olszewska, mam trzydzieści dziewięć lat, stan cywilny: wdowa, zawód: pedagog.

Według Freuda nikt nie jest bardziej bezbronny wobec cierpienia niż ten, kto kocha… to by pasowało do mojej mamy Niny, jak ją nazywała w dzieciństwie moja starsza o cztery minuty siostra. Na złość, że mama nie pozwalała mówić do siebie po imieniu. „Jak tak, to będzie mamą Niną i już” – zawyrokowała.

Więc mama Nina była bezbronna wobec tego, co ją spotkało. W jednej chwili runęły dwa filary jej życia: miłość do mężczyzny i dom, a właściwie to dom utraciłyśmy my wszyscy, cała nasza czteroosobowa rodzina: mama, moja siostra Lilka , jej syn Piotruś, no i ja…

 

Miałyśmy nie więcej niż osiem lat i siedząc na schodach werandy, dobijałyśmy targu. Rzecz w tym, że bardzo mi się nie podobało moje imię, a nawet szczerze go nie cierpiałam. Brzmi ono Gabriela, więc w domu nazywano mnie Gapcią, a w szkole Gapą.”

 

Trudno czytelnikowi uwierzyć, że jakikolwiek policjant pozwoliłby na tak rozwlekłe i szczegółowe zeznania, zahaczające nawet o wspomnienia z dzieciństwa. Czy taka klamra kompozycyjna w postaci historii kryminalnej, była potrzebna, by spiąć wszystkie fakty z życia trzech kobiet w jedną całość? Niby fabuła ma prowadzić do odpowiedzenia na pytanie, kto zabił, jednak od razu widać, że jest to tylko pretekst.  Siłą tej historii są postacie kobiet, wiarygodne, intrygujące, popełniające błędy, kochające i cierpiące. 

Niestety w drugiej połowie książka wyraźnie traci na spójności. Pojawiają się w niej teksty dość luźno związane z głównym wątkiem, np. pamiętnik Niny S. sprzed poznania Jerzego B., czy jej pierwsze opowiadanie. Odsłaniają one nowe fakty z jej życia i pozwalają lepiej poznać jej osobowość, ale nijak nie pasują do typowej powieści kryminalnej. Ten „kamuflaż” kryminalny sprawia wrażenie bardzo sztucznego i ta jego sztuczność, co chwilę jest widoczna.

Książka, która na początku wydawała mi się rewelacyjna ze względu na świetny „język” i ciekawe postaci i ich historie życiowe, z czasem denerwowała mnie swoją kompozycją. Ostatecznie jednak mi się podobała. To za mało, żeby wyrobić sobie zdanie na temat twórczości tej pisarki. Ciekawa jestem, czy pozostałe książki Marii Nurowskiej są podobne, czy zupełnie inne. Zdecydowanie muszę jeszcze po nie sięgnąć.

O innych książkach tej autorki możecie poczytać tak jak ja na blogu "Między stronami", który pisze bezsennatoja.

Ciekawy wywiad z Marią Nurowską na temat jej życia i autobiograficznych wątków w "Sprawie Niny S." znajduje się na onet.pl Gala.

Ocena: 4+/6

 

Zakładki:
Moje blogi
Polecane książki:
Klasyka:
Kryminały:
Fantastyka/SF:
Horror/Thriller:
Poezja:
Dla młodzieży:
Dla dzieci:
Czytadła:
Zaproszenie :-)
Akcja - opowiadanie:
Szablon:

Facebook - profil


Skrzynka pocztowa

Napisz e-mail