blog o książkach, które niedawno czytałam i polecam innym przeczytać

Wpisy z tagiem: dziewiętnastowieczna

niedziela, 25 marca 2012

 

Jane Austen, Emma

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 1996 

 

Czytanie „Emmy” to była prawdziwa przyjemność! Obawiałam się trochę, że może będzie nudno, albo nie polubię głównej bohaterki, albo nie będzie już tak ciekawie, jak w „Rozważnej i romantycznej” czy „Dumie i uprzedzeniu”. Nic z tego. Było po prostu tak jak trzeba. Świetni bohaterowie, wciągająca fabuła, wspaniała rozrywka. I chyba to, za co cenią Jane Austen czytelnicy (a może głównie czytelniczki?), czyli możliwość oderwania się od trosk i problemów dnia codziennego, a w zamian przeniesienie do świata wcale nie różowego czy cukierkowego, ale jednak takiego, w którym kłopoty można udźwignąć i wszystko zawsze kończy się szczęśliwie. Tak, zdradziłam Wam zakończenie, ale chyba nikt nie jest specjalnie zdziwiony?

Emma to panienka z dobrego domu, ładna i inteligentna, a przy tym bardzo rozpieszczona:

 

„Emma Woodhouse, osóbka przystojna, rozumna i bogata, posiadająca dostatni dom i obdarzona pogodnym usposobieniem, otrzymała, zda się, wszelkie dary, jakie życie ofiarować może; toteż przeżyła na świecie blisko dwadzieścia jeden lat bez większych powodów do zmartwień i niezadowolenia.

Była młodszą z dwóch córek najczulszego i najpobłażliwszego z ojców, wskutek zaś wczesnego zamęścia siostry bardzo wcześnie została panią domu.”

 

Jej ulubionym zajęciem jest zabawa w swatanie innych. Wprost nie może się od tego powstrzymać, choć efekty bywają czasami przykre dla niej i dla jej najbliższych osób. Naiwna dziewczyna początkowo nie rozumie, że swoimi pomysłami może wyrządzić komuś krzywdę. Sama mając niewiele pojęcia o życiu, próbuje uczyć swoją siedemnastoletnią przyjaciółkę Harriet, co jest odpowiednie dla młodej damy i jakie znajomości i z kim wolno jej utrzymywać. Najbardziej denerwującą cechą Emmy są jej uprzedzenia wobec ludzi, dzielenie ich na lepszych i gorszych jedynie na podstawie ich statusu społecznego, nazwiska, pochodzenia. Do tego dochodzi niekonsekwencja w działaniu. Ale wszystkie te wady łatwo wybaczyć młodej pannie, która wciąż się jeszcze zmienia, dojrzewa do bycia dorosłą kobietą. Jej zaufani przyjaciele: była opiekunka pani Weston i brat szwagra a zarazem bliski sąsiad pan Knightley dbają, by nie popełniła zbyt wielkich głupstw. Szczególnie ten ostatni nie boi się mówić prawdy i piętnować jej naganne postępowanie.

Poza ciekawym portretem głównej bohaterki jest w tej powieści wiele unikatowych postaci. Opisanych z humorem i znawstwem ludzkiej psychiki. To kolejny wielki atut pisarstwa Austen. Jej powieść to trochę komedia obyczajowa, komedia charakterów i komedia pomyłek. W pamięci zostanie mi na pewno wiecznie narzekający ojciec Emmy, pan Woodhouse, bojący się przeciągów, uwielbiający kaszkę na kolację i litujący się nad każdą zamężną kobietą, mimo wszystko sympatyczny starszy pan. Ciekawie autorka pokazała też proces samooszukiwania się ludzi, którym zdaje się, że znają innych i siebie. Na przykładzie zakochania przedstawiła rożne etapy dochodzenia do prawdy o uczuciach. Emma zastanawia się, czy jest zakochana, analizuje siebie. A jednak, to co odkryje zupełnie przypadkiem nijak będzie się miało do jej wcześniejszych rozważań. Pisarka nie poświęca wiele miejsca na tkliwe dialogi zakochanych czy opisy ich miłości. Wręcz przeciwnie, skupia się na charakterach, sytuacjach, omyłkach. Gdy już bohaterowie odkryją, że kochają, niewiele więcej ma na ten temat do powiedzenia.

Cieszę się, że w końcu po wielu latach przeczytałam kolejną powieść Jane Austen. Na następną na pewno nie będę czekać tak długo, a to z powodu naszego blogowego Klubu Jane Austen. Zapraszam wszystkich na specjalną stronę internetową, na której można się wymieniać uwagami na temat „Emmy” z innymi blogerami:



http://janeausten.blox.pl/



Od dziś trwa tam pierwsza dyskusja zapoczątkowana przez recenzję Agnieszki. W najbliższym czasie (za miesiąc?) planujemy również porozmawiać na temat trzech ekranizacji „Emmy”. A za jakieś dwa miesiące zapraszamy do czytania „Rozważnej i romantycznej”. Czas z Jane Austen na pewno nie będzie czasem straconym :-).

Ocena: 5/6



środa, 25 stycznia 2012

 

Portret Doriana Graya, Oscar Wilde

Wydawnictwo: W.A.B, 2010

 

Świetna książka. Uwielbiam dziewiętnastowieczne powieści i bardzo się cieszę, że sięgnęłam po „Portret Doriana Graya”. Napisany w 1891 roku przez Oskara Wilde nic nie strącił przez te wszystkie lata ze swojego uroku. Wciąga od samej przedmowy autora (o której za chwilę więcej), przez wszystkie rozdziały (może jedynie lata upadku Doriana opisane jak książka telefoniczna, w formie bardzo długich spisów), zaskakuje czytelnika przebiegiem fabuły i najważniejsze – pełna jest zdań tak paradoksalnych, że nie pozostawiają obojętnym i choć w większości nie są słuszne, to jednak bardzo odkrywcze.

Urzekły mnie słowa autora z krótkiego, dwustronicowego wstępu:

 

„Artysta jest twórcą piękna.

Objawiać sztukę, ukrywać artystę – oto cel sztuki.

Krytykiem jest ten, kto swe własne wrażenia piękna umie w odmiennej wyrazić formie, nowy im nadać kształt. Zarówno najwyższa, jak najniższa forma krytyki jest pewnego rodzaju autobiografią.

Kto w pięknie odnajduje sens brzydki, jest zepsutym, wcale nie będąc czarującym. To błąd.

Kto w pięknie odnajduje sens piękny, posiada kulturę. Ma przyszłość przed sobą.

Wybrani są ci, dla których piękno posiada wyłącznie znaczenie piękna.

Nie ma książek moralnych lub niemoralnych. Są książki napisane dobrze lub źle. Nic więcej.

[…]

W rzeczywistości sztuka odzwierciedla widza, nie życie.

Rozmaitość zdań o dziele sztuki dowodzi, że dzieło jest nowe, złożone i zdolne do życia.

Niezgodność krytyków dowozi zgodności artysty z sobą.

[…]

Każda sztuka jest bezużyteczna.”

 

Gdyby powieść ta była nieudana, to i tak zapamiętałabym powyższe tezy. Ale Oscar Wilde okazał się wspaniałym pisarzem. Tematem jego książki jest sztuka i artyści, młodość i pokusa nieśmiertelności, grzech i cnota. To wielowątkowe dzieło. I wyjątkowe.

Główny bohater – Dorian Gray – to piękny i młody człowiek, który spotyka na swojej drodze dwóch artystów: malarza Bazylego Hallwarda i dandysa lorda Henryka Wottona. Obaj odcisną na jego życiu wielkie piętno. Jeden malując jego portret i wychwalając jego wygląd zewnętrzny, drugi wpajając mu swoje niemoralne poglądy. Dorian początkowo zdaje się jedynie pustą i naiwna zabawką w ich rękach, ale to on zadecyduje o swoim losie wypowiadając niebezpieczne życzenie:

 

„– Jakie to smutne – szepnął Dorian Gray, ciągle jeszcze mając oczy utkwione we własny portret. – Jakie to smutne! Ja się zestarzeję i będę brzydki i odpychający. ale portret ten na zawsze pozostanie młody. Nigdy nie będzie starszy niż w dzisiejszym czerwcowym dniu. Gdybyż mogło być przeciwnie! Gdybym ja pozostał wiecznie młody, a obraz się starzał! Wszystko bym za to oddał, wszystko! Tak, nie ma nic na świecie, czego bym za to nie oddał. Oddałbym duszę własną!”

 

Nie muszę dodawać, że jego marzenie staje się ponurym i  groźnym w konsekwencjach faktem. Zachęcam do tego, żeby przekonać się do czego może prowadzić takie samouwielbienie i pragnienie zachowania wiecznej młodości i piękności. Historia to równie tragiczna, co antycznego Narcyza zakochanego we własnym odbiciu w wodzie. Ja z chęcią kiedyś przeczytam inne dzieła tego znakomitego irlandzkiego poety, prozaika i dramatopisarza.

Ocena: 5+/6

 

piątek, 28 października 2011

 

Małe kobietki, Luisa May Alcott

Wydawnictwo: Muza SA, 1999

 

Mam zdecydowaną słabość do dziewiętnastowiecznych powieści. Po klasyce literatury angielskiej (Shirley Charlotte Bronte) sięgnęłam po klasykę prozy amerykańskiej – czyli Małe kobietki Luisy May Alcott (pierwsze wydanie - 1868). I się nie zawiodłam. Choć powieść została napisana specjalnie dla dziewcząt i u mnie w bibliotece właśnie w dziale z literaturą młodzieżową leży (do tego bogato ilustrowana i opatrzona komentarzami historycznymi i biograficznymi), myślę, że spodoba się i starszym czytelniczkom. A może nawet czytelnikom? Szczególnie młodym tatusiom, którzy chcieliby się dowiedzieć, jak najlepiej wychowywać swoje małe dziewczynki.

Jest to w pewnym sensie powieść dydaktyczna, typowa historia z morałem. A jednocześnie przekonuje realizmem i świetnymi portretami bohaterów. Akcja toczy się w czasie wojny secesyjnej. Głównymi postaciami są cztery siostry March: Meg, Jo, Beth i Amy, które próbują sobie wspólnie z matką radzić z biedą i innymi kłopotami pod nieobecność ojca – wojskowego kapelana. Zajęte pracą, nauką i domowymi obowiązkami, znajdują też czas na zabawę, a może, co jeszcze ważniejsze, na doskonalenie swoich charakterów. Wychowywane są w bardzo religijnym i patriotycznym duchu. Choć początkowo zdają się chodzącymi ideałami, takim wzorem do naśladowania dla młodych dziewcząt, to jednak szybko pojawiają się rysy na ich charakterach. Trudne sytuacje przed jakimi stają, poddają próbie ich dobre wychowanie. Zmagają się z napadami złości, próżnością, egoizmem, lenistwem, zazdrością Jednak łączy je wielka miłość, która dodaje im sił w najtrudniejszych momentach życia.

Alcott wspaniale potrafiła opisać dziewczyny dobre, inteligentne, kochające, ale nie płaskie i nudne. Ciekawa jestem, jak podobałaby się ta książka współczesnej młodzieży. Co powiedzieliby o niej uczniowie klasy piątej czy szóstej? Szkoda, że już nie będę miała okazji ich o to zapytać. Na pewno jest to lektura wartościowa i dobrze byłoby wprowadzić ją do szkół. Świetnie by się też nadawała na prezent gwiazdkowy dla jakiejś „młodej kobietki”, ponieważ rozpoczyna i kończy się w okresie Świąt Bożego Narodzenia, a do tego jest to historia podnosząca na duchu, optymistyczna, choć nie bez smutnych akcentów. Oto pierwsze zdania powieści:

 

„– Święta Bożego Narodzenia bez prezentów to nie święta – mruczała Jo, leżąc na dywanie.

– To takie okropne być biednym! – westchnęła Meg, spoglądając na swą starą sukienkę.

– Uważam, że to niesprawiedliwe, aby jedne dziewczynki miały dużo ładnych rzeczy, a inne nie miały nic a nic – dodała mała Amy obrażonym głosem.

– Mamy ojca i matkę, i siebie nawzajem – odezwała się ze swojego kącika Beth, zupełnie zadowolonym tonem.

Cztery młode twarze, na które padał blask ognia z  kominka, rozjaśniły się na te pogodne słowa, po czym znów spochmurniały i Jo powiedziała ze smutkiem:

– Nie mamy ojca i jeszcze długo nie będziemy go miały.

Nie powiedziała „może już nigdy”, ale każda dodała to sobie z osobna po cichu, myśląc o ojcu, który był gdzieś daleko, tam, gdzie toczyły się walki.”

 

Fabuła została oparta na wspomnieniach pisarki z dzieciństwa. Każda z bohaterek miała swój rzeczywisty odpowiednik w siostrach Alcott. Tylko, że życie okazało się dla nich smutniejsze niż powieść. Elizabeth Alcott (w książce nazwana Beth) tak naprawdę w wieku 23 lat zachorowała i zmarła na szkarlatynę, May Alcott (Amy) zmarła młodo podczas edukacyjnej podróży po Europie finansowanej przez starsza siostrę pisarkę, Anna Alcott (Meg) wcześnie owdowiała i wychowywała z siostrą dwójkę dzieci, a sama pisarka – Luisa May Alcott (Jo) nigdy nie wyszła za mąż i nie miała dzieci, za to jej książka Małe kobietki, napisana w wieku 36 lat od razu po wydaniu w 1868 osiągnęła olbrzymi sukces.

Pewnie dlatego książka jest taka dobra, zawiera w sobie opis prawdziwych postaci i ich życia. Alcott trochę idealizuje cudowny czas dzieciństwa, ale jej postacie do dziś nie straciły swojego uroku. Razem z nimi możemy zatopić się w szczęśliwy świat pełen nadziei i rodzinnego wsparcia, poświęcenia i miłości. A momentami może też najdzie nas refleksja podobna do tej, która mnie osobiście bardzo poruszyła, że:

 

„– Radość nadeszła tym razem tuż po smutkach i sądzę, że zapoczątkowała zmiany – powiedziała pani March. – W wielu rodzinach zdarza się od czasu do czasu rok pełen ciężkich przeżyć. Ten rok był właśnie taki dla nas, ale kończy się, mimo wszystko, dobrze.”

 

Małe kobietki skłaniają do przemyśleń na temat rodziny, wychowania dzieci, szczęścia i nieszczęścia. Jak sobie radzić w obliczu choroby najbliższej osoby? Jak przetrwać czas wojny, biedy, samotności i tęsknoty? Szczególnie ciekawa jest postać matki, która zachowuje pogodę ducha i rozsądek, zajmuje miejsce głowy rodziny i stara się wychować swoje dziewczynki najlepiej jak potrafi, wiedząc, że to głownie z niej biorą one przykład zachowania. Niestety miłość nie jest wystarczającym parasolem przed smutkiem i innymi trudnościami życia. W świetle historii sióstr Alcott trochę dwuznacznie brzmi ostatnia rozmowa Jo i Lauriego, bo zamiast niczym niezmąconego szczęścia słychać w niej echo przyszłych nieszczęść:

 

„– To prawda. Czy nie chciałabyś móc zajrzeć w przyszłość i zobaczyć, gdzie wtedy wszyscy będziemy? Ja tak – odparł Laurie.

– A ja raczej nie, bo mogłabym zobaczyć coś smutnego, a teraz wszyscy wyglądają na tak szczęśliwych, że nie sądzę, żeby mogło im być o wiele lepiej. – I wzrok Jo powędrował powoli dookoła pokoju, a oczy rozjaśniały się w miarę patrzenia, gdyż widok był rzeczywiście przyjemny.”

 

Alcott napisała dalsze losy Małych kobietekDobre żony (znane u nas jako –  Małe kobietki  cz. 2). Zdecydowanie zamierzam po nie sięgnąć, żeby się przekonać jaką przyszłość przeznaczyła swoim bohaterkom. Chętnie bym również obejrzała świetny film z 1994 nakręcony na podstawie książki w reżyserii Gillian Armstrong i w doborowej obsadzie (Jo – Winona Ryder, Amy – Kirsten Dunst, Beth – Claire Danes, matka dziewczynek – Susan Sarandon), który już kiedyś widziałam obiecując sobie sięgnięcie do źródła. Bardzo polecam.

Ocena: 5/6

 

Zakładki:
Moje blogi
Polecane książki:
Klasyka:
Kryminały:
Fantastyka/SF:
Horror/Thriller:
Poezja:
Dla młodzieży:
Dla dzieci:
Czytadła:
Zaproszenie :-)
Akcja - opowiadanie:
Szablon:

Facebook - profil


Skrzynka pocztowa

Napisz e-mail