Wpisy z tagiem: Mankell
wtorek, 03 stycznia 2012
Wydawnictwo: W.A.B, wyd. II - 2005, wyd. I - 2002
Warto się było pomęczyć z „Mężczyzną, który się uśmiechał”, bo kolejna część cyklu – „Fałszywy trop” jest bardzo dobra. Od samego początku ma to „coś”, co kryminał mieć powinien. Czyta się lekko, wciąga, wydarzenia i bohaterów można sobie wyobrazić, i oczywiście nie można się doczekać zakończenia. Chociaż w tym przypadku czytelnik wie, kto jest mordercą to i tak śledzi z zainteresowaniem poczynania policji, zbieranie poszlak, badanie dowodów, odkrywanie kolejnych tajemnic. Rozpoczyna się historią rodziny z Dominikany. Potem, już w Szwecji, pierwszym tragicznym wydarzeniem jest samobójstwo młodej dziewczyny na polu rzepaku. Natomiast tematem książki tym razem jest seria brutalnych morderstw. Pierwszą ofiarą jest były minister sprawiedliwości. Wydarzenia toczą się bardzo szybko, kolejne zabójstwa następują jedno po drugim. Obserwujemy sytuację zarówno z perspektywy komisarza Kurta Wallandera, jak i z punktu widzenia mordercy. Choć powieść jest obszerna (460 stron) składa się w dużej części z dialogów. Dzięki temu akcja jest dynamiczna i sami możemy wyciągać wnioski na podstawie tego, co mówią policjanci i świadkowie. Dodatkowym plusem są rozważanie głównego bohatera o współczesnej Szwecji, przestępczości i przestępcach. Zaznaczyłam sobie dwa fragmenty. Pierwszy:
Z niecierpliwością czekam na kolejne części cyklu, który jest nie tylko rozrywką, ale i daje do myślenia. I do tego jeszcze napisany jest świetnym stylem. Czego chcieć więcej? Ocena: 5/6
wtorek, 20 grudnia 2011
Wydawnictwo: W.A.B, wyd. II - 2008, wyd. I - 2007
To czwarta przeczytana przeze mnie książka Henninga Mankella i pierwsza, która mnie zawiodła. Zupełnie się tego nie spodziewałam. Pierwsze 200 stron przeczytałam szybko, z rozpędu, licząc na dobra rozrywkę. Następne 100 stron było bardzo nudne i wiele razy się zastanawiałam, czy nie skończyć czytania. Ostatnie 80 przeczytałam z trudem. A jednak było warto. Wiedziałam, że jeżeli zrezygnuje w połowie lektury już więcej do cyklu kryminałów z komisarzem Kurtem Wallanderem nie wrócę. Choć można czytać je oddzielnie, dla mnie wątek głównego bohatera jest bardzo ważny. Bez „Mordercy, który się uśmiechał” ciężko byłoby mi zrozumieć dalsze uczuciowe perypetie Kurta i Baiby Liepy. O Łotyszce znanej z „Psów z Rygi” Wallander myśli i wspomina nieustannie, występuje ona jednak jedynie w zakończeniu. Najgorszą wadą tej powieści jest tytułowy mężczyzna, który się uśmiechał. Od początku domyślamy się, kto jest mordercą i czekamy aż komisarz Wallander też to odkryje i znajdzie przeciwko niemu dowody. Niestety śledztwo przez całą książkę prawie się nie posuwa do przodu. Nie ma zwrotów akcji, dodatkowych podejrzanych, mylnych tropów. Nic. Wyjątkowo marne jest również tło społeczne i polityczne. Mamy tradycyjnie krytykę współczesnej Szwecji, bogatych obywateli, którzy stoją ponad prawem, mówi się również o handlu organami do przeszczepów, ale to wszystko bardzo słabo łączy się z akcją. Można by się złośliwie zastanawiać, czy ta książka w ogóle jakąś akcję ma. Zazwyczaj nie wspominam o zakończeniach powieści, ale przy tej zrobię wyjątek. Dla tych, którzy nie będą w stanie przebić się przez tę bardzo nudną druga połowę. Od razu uprzedzam, że można ją ominąć i przejść do końcowych 20 stron, na których w końcu coś się dzieje. Albo po prostu przeczytać ostatnie kilka akapitów:
Przyjechała dzień przed Wigilią na zaproszenie Kurta, żeby spędzić z nim święta. Wdowa po łotewskim policjancie, któremu Kurt pomagał w śledztwie. Kobieta, w której zakochał się mimo różnic kulturowych, słabej znajomości angielskiego, niesprzyjających okoliczności. I o której nie mógł zapomnieć, mimo że dzieliło ich wszystko. Ciekawe, co wyniknie z ich spotkania. Mam nadzieję, że kolejna część przygód Wallandera – „Fałszywy trop” jest ciekawsza. Czeka już u mnie na półce. Choć samemu stylowi pisarza nie mam nic do zarzucenia, drugiej nudnej powieści Mankellowi nie wybaczę. Ocena: 4-/6
niedziela, 13 listopada 2011
Wydawnictwo: W.A.B, 2005
Na początek wyjaśnienia słów kilka. Z powodu choroby nastąpiła u mnie nieplanowana przerwa w blogowaniu, ale nie w czytaniu. Mam do napisania 8 recenzji. Mam nadzieję, że kiedyś te zaległości nadrobię. Postaram się. „Białą lwicę” przeczytałam jeszcze przed położeniem się na tydzień do łóżka i zrobiłam to z przyjemnością. To już trzecia poznana przeze mnie powieść Mankella i trzecia dobra. Jak ten pisarz to robi? Ten sam bohater, formuła kryminału plus ciekawy motyw przewodni. A jednak gdybym wiedziała, jak ważny będzie w tej książce temat Republiki Południowej Afryki i segregacji rasowej, to bym do niej nie zajrzała. I to na pewno byłby błąd. Widać Mankell potrafi pisać ciekawie o wszystkim. Także, a może przede wszystkim, o tematach trudnych i kontrowersyjnych pod płaszczykiem rozwiązywania kryminalnej intrygi. Pomijając kiepski prolog, pierwsze sto stron jest rewelacyjne. Tym razem komisarz Wallander prowadzi poszukiwania zaginionej Louise Akerblom, pośredniczki w handlu nieruchomościami, przykładnej żony, matki, do tego osoby wierzącej i odpowiedzialnej, która nigdy sama nie opuściłaby rodziny. Czytelnik już w pierwszym rozdziale dowiaduje się, co przydarzyło się Louise, ale policja będzie to musiała dopiero ustalić w toku szczegółowego śledztwa, przesłuchując męża, pastora, i innych którzy widzieli kobietę w dniu zniknięcia. Czyta się jednym tchem. Do pewnego momentu. Dalej powieść rozpada się na wątek szwedzki i afrykański. Pojawiają się nowi bohaterowie, którym autor poświęca sporo miejsca. Oczywiście wszystko jest ze sobą powiązane i na końcu zostanie wyjaśnione, ale jednak równowaga powieści zostaje zachwiana. Nie można powiedzieć, że wątek afrykański został dobrze wkomponowany w powieść, tak jak to było z wątkiem łotewskim w Psach z Rygi. Tam akcja przenosi się na Łotwę razem z głównym bohaterem i wszystko jest tak jak należy. Tutaj bohaterowie są powiązani, ale moim zdaniem tej Afryki jest troszkę za dużo. Niby to uzasadnia fabuła powieści, ale czasami się zastanawiam, czy nie jest ona tylko pretekstem by zachęcić czytelników do poznania historii RPA i skłonić do refleksji o rasizmie. Mottem powieści są dwa cytaty:
Taka dawka polityki nie pasuje do kryminału, a jednak wdzięczna jestem Mankellowi za tę lekcję historii Afryki, bo w innym wydaniu raczej bym jej nie przeczytała. Tutaj jednak powstaje pytanie: Ile w tej powieści prawdy o Afryce, a ile fikcji wymyślonej przez szwedzkiego pisarza? Nie ma już takiego państwa, jakie on opisuje, nie wystarczy tam pojechać, żeby się przekonać. Ponieważ Mankell mieszka na zmianę w Szwecji i Mozambiku, to zakładam, że na Afryce się zna. Ciekawa jestem, jakie jeszcze tematy wziął na swój warsztat w kolejnych powieściach. Jeżeli są tak samo dobre jak chociażby „Biała lwica”, to pewnie przeczytam wszystkie. Ocena: 4+/6
piątek, 23 września 2011
Wydawnictwo: W.A.B., 2004
To druga przeczytana przeze mnie książka Henninga Mankella. Teraz wiem, że to od niej powinnam zacząć poznawanie przygód policjanta Kurta Wallandera. Nie dlatego że ważna jest tu chronologia i bez niej nie zrozumie się kolejnych powieści, a dlatego po prostu, że „Morderca bez twarzy” jest dużo ciekawszy od „Psów z Rygi”. Początek wciąga – bestialskie morderstwo pary staruszków w ich domu na wsi bulwersuje i chcemy dowiedzieć się, kto jest sprawcą. Główny bohater da się lubić, choć załamany po rozwodzie z żoną, jednak dopiero w połowie powieści zaczyna nałogowo pić i zachowywać się nieodpowiedzialnie pod wpływem alkoholu. Podejrzanych jest niewielu i bez problemu czytelnik ich zapamięta. Atmosfera podobnie jak w „Psach…” ciężka i zimna. Poruszane problemy – ważne i godne zapamiętania. Tym razem jest to temat imigrantów:
To chyba cecha charakterystyczna Mankella, że porusza tematy ważne dla swojego kraju i aktualne. Przeczytałam tylko dwie jego powieści, ale mam wrażenie, że podobnie będzie w pozostałych. Dzięki temu jego powieści nie są pustą rozrywką, a bohater, którego stworzył nie przypomina innych superbohaterów powieści, którzy nieustraszeni i szczęśliwi rozwiązują kolejne kryminalne zagadki. Wybrałam dwa fragmenty charakteryzujące Wallandera, żeby pokazać, jak się rożni od znanych detektywów:
Policjant, który się boi i wbrew zapewnieniom zastanawia się wciąż nad swoim życiem:
Jestem ciekawa, jak ta postać będzie się rozwijała w kolejnych powieściach. I jakie tematy da do przemyślenia swojemu czytelnikowi szwedzki pisarz. Choć przyznam, że druga połowa powieści mniej mi się podobała, może dlatego że zrobiłam sobie w trakcie czytania parodniową przerwę. Może dlatego że tempo akcji nie było zbyt szybkie. Po której książce Mankella taki styl pisania mi się znudzi? I czy się znudzi? Ocena: 5/6
środa, 14 września 2011
Wydawnictwo: W.A.B., 2006
Kolejny autor, którego nazwisko poznałam czytając blogi o książkach. Z ciekawością sięgnęłam po jeden z jego kryminałów, niestety chronologicznie drugi z serii o komisarzu Kurcie Wallanderze. Przyznam, że początek powieści jest mało zachęcający. Nudna narracja, nieciekawe dialogi. Pomyślałam, że to książka nie dla mnie. A jeszcze z opisu na okładce wynikało, że będzie to powieść szpiegowska i polityczna, czyli coś, czego nie lubię i nie czytam. Zagadka kryminalna dotyczy odnalezienia morderców dwóch mężczyzn, których znaleziono martwych w pontonie na brzegu morza niedaleko Ystad. Zamordowani ubrani byli w garnitury, a o ich śmierci policja została powiadomiona dzień wcześniej. Trochę trwało zanim przyzwyczaiłam się do mrocznego nastroju panującego w zimnej Szwecji. Trudno mi było także od pierwszej chwili polubić głównego bohatera, wspomnianego już komisarza Wallandera – przemęczonego pracą, smutnego po śmierci przyjaciela, zmagającego się z wyrzutami sumienia i strachem. Do tego podczas prowadzenia śledztwa policjant cały czas zastanawia się nad sensem swojej pracy i zmianą zawodu. Nie spotkałam się jeszcze z tego typu kryminałem. Z czasem jednak książka się rozkręca i zaczyna wciągać. Szczególnie po wyjeździe Wallandera do Rygi. Opis państwa łotewskiego będącego ciągle pod wyraźnym wpływem ZSRR i opis walki Łotyszów o odzyskanie niepodległości jest bardzo przejmujący. Mankell pisze o ważnych sprawach i zmusza tym samym swoich czytelników do zastanowienia. Wybrałam dwa cytaty, które świetnie to pokazują. Tak o Łotwie i Szwecji mówi policjant łotewski zaproszony do pomocy Wallanderowi w Ystad:
Nie byłam nigdy na Łotwie, ale z ciekawości po przeczytaniu książki dokładniej obejrzałam zdjęcia Rygi na jednym z ulubionych blogów. Byłam ciekawa jak teraz po politycznych zmianach wygląda to miejsce. Czy nadal jest tak brzydkie i smutne jak w powieści? Możecie się sami przekonać:
http://walkingondream.blogspot.com/2011/07/ryga.html
Co do Szwecji, to odwiedziłam ją rok temu na bardzo krótko. Zwiedziłam tylko Sztokholm i to bardzo pobieżnie, bo ile można zobaczyć w dwa dni. Ciekawych informacji na temat tego kraju i jego mieszkańców dowiedziałam się od przewodniczki. Z jej opowieści wyłaniał się obraz narodu o mentalności różnej niż Polacy, niektóre różnice ciężko było mi pojąć. Podczas czytania powieści Mankella mój obraz Szwecji zmienił się diametralnie. Zamiast bogatego kraju zadowolonych mieszkańców, zobaczyłam Szwecję zimną i nieprzychylną, ludzi borykających się z problemami. Pewnie, żeby wyrobić sobie własne zdanie na temat jakiegoś kraju, musiałabym tam zamieszkać na dłuższy czas. Cieszę się jednak, że będę mogła zobaczyć Szwecję oczami szwedzkiego pisarza Mankella, bo na stole czeka już na mnie pierwsza część przygód Wallandera – „Morderca bez twarzy”. Mam nadzieję, że równie dobra. Ocena: 5/6
|
Archiwum
Zakładki:
Moje blogi
Polecane książki:
Klasyka:
Kryminały:
Fantastyka/SF:
Horror/Thriller:
Poezja:
Dla młodzieży:
Dla dzieci:
Czytadła:
Zaproszenie :-)
Akcja - opowiadanie:
Szablon:
Tagi
Facebook - profil
Skrzynka pocztowa
Ostatnio przeczytane:
Jane Austen Arthur Conan Doyle Danuta Wałęsa Andrzej Pilipiuk Suzanne Collins Ursula Le Guin Jarosław Grzędowicz Andrzej Pilipiuk Jarosław Grzędowicz Siergiej Łukjanienko Antonina Kostrzewa Maciej Bennewicz Andrzej Pilipiuk Andrzej Pilipiuk Tove Jansson Małgorzata Warda Andrzej Mestwin |