blog o książkach, które niedawno czytałam i polecam innym przeczytać

Wpisy z tagiem: Powieść

sobota, 19 maja 2012

 

Jane Austen, Rozważna i romantyczna

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 1996

 

To było moje drugie spotkanie z książką Jane Austen pt. „Rozważna i romantyczna”. Po raz pierwszy czytałam ją pewnie z dziesięć lat temu zachęcona wspaniałą ekranizacją z 1995 roku z Emmą Thompson i Kate Winslet w rolach głównych. Rzadko sięgam po powieści po raz drugi i obawiałam się, czy ponowna lektura mnie nie znudzi. Okazało się, że nie! Mimo że dobrze pamiętałam: przebieg wydarzeń, bohaterów, zakończenie.

Styl Jane Austen ma w sobie coś takiego, że warto czytać dla niego samego. Książka wciągnęła mnie w swój świat równie mocno jak kiedyś. Zachwycałam się sposobem charakteryzowania postaci, ciętym, ironicznym językiem narracji, przemyślaną konstrukcją, pełną omyłek i zwrotów akcji. Za drugim razem mogłam lepiej zaobserwować i docenić, jak świetnie pisarka radzi sobie ze zwodzeniem czytelnika. Niektóre zdania, opinie i dialogi mają zupełnie inne znaczenie, gdy zna się zakończenie powieści.

Dla tych, którzy nie czytali i nie oglądali nigdy „Rozważnej i romantycznej” podam kilka szczegółów dotyczących fabuły, ale myślę, że najlepiej zapoznać się z nią samemu. Bohaterkami są dwie siostry Dashwood: dziewiętnastoletnia Eleonora i siedemnastoletnia Marianna. Obie zakochują się po raz pierwszy i przeżywają trudne chwile spowodowane zachowaniem swoich ukochanych mężczyzn. Rożni je jednak podejście do przeżywania miłosnego zawodu. Starsza pragnie być rozważna i ukrywa swoje cierpienie. Młodsza nie wstydzi się uczuć i jawnie oddaje się rozpaczy.

Podoba mi się właśnie to kontrastowe zestawienie ze sobą dwóch postaw życiowych: rozwagi i romantyzmu:

 

„Eleonora, najstarsza, której wstawiennictwo wywarło taki skutek, obdarzona była zdolnością spokojnego rozumowania i chłodnego osądu, które to cechy, choć miała zalewie dziewiętnaście lat, pozwalały jej być doradczynią matki i powściągać – ku pożytkowi wszystkich czterech pań – matczyną popędliwość, wiodącą na ogół do nierozważnych postępków. Była to panna obdarzona najzacniejszym sercem – usposobienie miała czułe, a uczucia silne, umiała jednak na nimi panować. Tej umiejętności nie nabyła jeszcze jej matka, jedna z sióstr zaś postanowiła nie nabywać jej nigdy.

Zalety Marianny dorównywały pod wieloma względami zaletom starszej siostry. Była rozsądna i inteligentna, lecz we wszystkim nadmiernie popędliwa – jej smutki i radości nie znały umiarkowania. Była osobą wielkoduszną, miłą, interesującą, brakowało jej jedynie roztropności. Uderzająco przypominała swoją matkę.”

 

Myślę, że czytając tego typu opisy łatwo można się identyfikować z jedną lub drugą bohaterką, zależnie od naszego usposobienia i charakteru.

Dla mnie „Rozważna i romantyczna” jest przede wszystkim powieścią o radzeniu sobie z nieszczęściem. Żal po stracie ojca czy ukochanego mężczyzny i przyjaciela (albo ukochanej kobiety i przyjaciółki) jest ogromny. Utrata miłości lub jej złudzenia bardzo boli. Znalezienie sposobu na przetrwanie najgorszego to problem, z którym przychodzi się zmierzyć nie jednemu z nas lub naszych bliskich. Jane Austen pokazuje nam dwie drogi postępowania w cierpieniu: drogę Eleonory i drogę Marianny. Możemy albo zaakceptować sytuację, spróbować się z nią pogodzić i żyć dalej, lub poddać się smutkowi, buntować się przeciw faktom i rozpaczać aż do utraty sił. Możemy zaufać albo rozsądkowi, albo sercu.

Ocena: 5+/6

 


Na dyskusję o książce zapraszam serdecznie na blog Klubu Jane Austen:

 

 Klub Jane Austen

http://janeausten.blox.pl/2012/05/Recenzje-Rozwaznej-i-romantycznej.html

           



piątek, 18 maja 2012

 

Arthur Conan Doyle, Znak czterech

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 1997

 

W końcu udało mi się dostać w bibliotece drugą powieść Arthura Conan Doyle’a o Sherlocku Holmesie. Nie myślałam, że będzie z tym jakiś problem, ale gdy okazało się, że jednak jest, zdecydowałam się na zrobienie rezerwacji. Lubię czytać książki chronologicznie według tego, jak zostały napisane, szczególnie gdy są to cykle mające wspólnego głównego bohatera.

„Znak czterech” (wydany po raz pierwszy w 1890 r.) bardzo mi się podobał. Przywykłam już do stylu pisania Doyle’a, choć nadal dziwi mnie forma jego utworów. W porównaniu ze współczesnymi kryminałami są to raczej bardzo rozbudowane opowiadania (liczące ok. 125 stron), na końcu których, po zakończeniu śledztwa, morderca lub narrator opowiada całą historię zbrodni, od motywów aż po ich skutki.

Książkę przeczytałam od razu po przyniesieniu z biblioteki, nie mogłam się od niej oderwać. Pierwszy rozdział i postać Sherlocka Holmes’a mnie zachwyciły:

 

„Sherlock Holmes zdjął z kominka flaszkę, a potem z małej walizeczki wyciągnął strzykawkę. Ręką o długich, nerwowych palcach osadził ciężką igłę i podwinął lewy mankiet koszuli. Przez chwilę spoglądał w zamyśleniu na muskularne ramię, pokryte niezliczoną liczbą śladów po ukłuciach, wbił igłę, nacisnął tłok strzykawki i wreszcie z westchnieniem ulgi zatopił się z powrotem w pluszowym fotelu.”

 

Pewnie się zastanawiacie, co w opisie wstrzykiwania sobie kokainy przez Sherlocka mogło mi się tak spodobać? Chyba zadziałał efekt zaskoczenia. Wielki detektyw – narkomanem. Tego się nie spodziewałam. Później kolejne niespodzianki. Holmes krytykuje „Studium w szkarłacie” napisane przez dr Watsona, którego sam jest bohaterem. A na koniec bardzo ciekawej sceny, na pytanie przyjaciela, opinia Sherlocka o sensie czy raczej bezsensie życia:

 

„ – […] Powiedz, czy masz teraz na warsztacie jakąś ciekawą sprawę?

 – Żadnej, stąd kokaina. Nie mogę po prostu żyć bez łamigłówek umysłowych. Bo po cóż innego warto żyć? Stań przy oknie i powiedz, czy widziałeś kiedyś podobnie posępny, pochmurny, beznadziejny świat. Popatrz na tę żółtą mgłę rozsnuwającą się wśród ulic i wpełzającą między szare domy. Cóż znajdziesz bardziej beznadziejnego, prozaicznego i materialnego? I cóż stąd, że człowiek posiada jakąś siłę, doktorze, jeżeli nie ma jej gdzie wyładować? Zbrodnia jest banałem i nic innego nie rządzi światem jak banał.”

 

Chyba mało dotąd wiedziałam o Sherlocku, stąd jego zachowania i słowa wciąż bardzo mnie dziwią.

W tej części jego przygód poznajemy Mary Morstan, która przychodzi po pomoc w sprawie tajemniczego listu i związanego z nim zaginięcia swojego ojca dziesięć lat wcześniej. Urozmaiceniem akcji jest wątek romantyczny – między doktorem Watsonem, a „czarującą” Mary szybko rodzi się uczucie.

Teraz muszę zdobyć „Księgę wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa”, czyli wydany po raz pierwszy w Polsce zbiór wszystkich powieści i opowiadań Arthura Conan Doyle’a o Sherlocku Holmesie. Całe szczęście nie będzie to trudne, bo został on niedawno kupiony przez moją osiedlową bibliotekę. Nie pomyślałam, o nim  wcześniej, bo to okropna „cegła”, zupełnie niewygodna do czytania (1108 stron, twarda okładka). Najwyżej będę ją czytała na raty i  opisywała na blogu „po kawałku”.

Ocena: 5/6



niedziela, 06 maja 2012

 

Adam Zalewski, Małe miasteczko

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2012

 

Książkę otrzymałam niespodziewanie w prezencie od Danusi. Bardzo się ucieszyłam!  I od razu wzięłam się za lekturę! „Małe miasteczko” czyta się bardzo szybko. Dużo dialogów, bohaterów, świetna narracja. I do tego te wszystkie cechy, za które polubiłam poprzednie utwory Adama Zalewskiego, czyli: wiarygodne odtworzenie amerykańskich realiów i życia małej społeczności, znajomość ludzkiej psychiki, ukazywanie dobra i zła, piękna i „brzydoty” ludzkiego życia. Nie mówiąc o prawdziwym literackim talencie, który sprawia, że czytanie to przyjemność.

Myślę, że powieść w której bohaterem jest miasto i jego mieszkańcy jest trudna do napisania z wielu powodów. Po pierwsze ilość postaci, które trzeba czytelnikowi zaprezentować w taki sposób, żeby zostały zapamiętane. Po drugie przedstawienie historii miejsca, oddanie jego atmosfery trzeba przeprowadzić w taki sposób, żeby nikogo nie zanudzić. Te dwa warunki Adam Zalewski spełnił wzorowo. Abraham to miasteczko w Nebrasce, które początkowo wydaje się idealnym miejscem do życia:

 

„Słoneczne poranki złocące dachy domów i ciepłe, letnie wieczory przepełnione ćwierkaniem niezliczonych świerszczy, Urzeka mnie sielska, senna atmosfera małych miasteczek, w których wszyscy się znają, chodzą do kościołów wybudowanych własnymi siłami i robią zakupy w tych samych sklepach. Stanowią coś w rodzaju wielkiej rodziny nawet wtedy, kiedy przyjdzie im się pokłócić, a pies Hendersonów czy Boyle’ów nie szczeka na ciebie, gdy mijasz ich ogrodzenie, bo robisz to codziennie od lat. Wtedy najlepiej doświadczysz, że jesteś wśród swoich.”

 

Są w nim co prawda np. patologiczne rodziny czy bójki pod barami, lecz nic nie zapowiada katastrofy, która dopiero ma nadejść. Akcja toczy się nie tylko w domach, ale i w urzędzie pocztowym, biurze szeryfa, czy na szkolnym boisku. Poznajemy kolejnych bohaterów i historie ich życia ukazane w krótkich scenach – migawkach z przeszłości. Kiedy porwana zostaje pierwsza dziewczynka, wydaje się, że zło może pochodzić wyłącznie z zewnątrz. Kolejne wydarzenia temu jednak zaprzeczą.

Adam Zalewski pokazuje naturę człowieka z różnych stron. Widzimy świat oczami seryjnych morderców, dobrodusznego listonosza, prawego szeryfa, zakochanego pisarza, samotnej kobiety i wielu innych. Autor czy narrator ich nie ocenia, jedynie pokazuje ich czyny, byśmy sami mogli wyrobić sobie o nich zdanie. Czytając, zadajemy sobie pytanie: kto jest porywaczem dzieci i mordercą. Kto z tych znających się od lat ludzi, skrywa mroczne tajemnice? Kto byłby zdolny do okrucieństwa i zabójstwa? Podejrzewamy wszystkich, choć nie ma żadnych dowodów. Nie podejrzewamy nikogo, bo każdy na swój sposób wydaje się sympatyczny lub budzi współczucie.   

Akcja jak na thriller toczy się dość spokojnie. Nie jest też tak drastycznie jak np. w opowiadaniach „Sześć razy śmierć”. Moim zdaniem dobry wybór, jeżeli chce się zacząć swoją przygodę z twórczością tego pisarza.

Ocena: 5/6

 

PS Jeżeli kogoś przekonałam do sięgnięcia po „Małe miasteczko”, to od jutra pod specjalnym wpisem, będzie się można zgłaszać do losowania, w którym będzie ono nagrodą. Darmo dostałam i darmo oddam jednej szczęśliwie wylosowanej osobie.

Danusiu, dziękuję! Jesteś kochana! :-)



środa, 18 kwietnia 2012

 

Andrzej Pilipiuk, Oko Jelenia. Srebrna Łania z Visby

Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2008

 

Jednak przeczytałam drugi tom „Oka Jelenia”. A tak narzekałam na tom pierwszy. Początek drugiego nie jest może porywający, akcja znowu toczy się powoli, ale za to ma parę cech, których „Drodze do Nidaros” zabrakło. Przede wszystkim dowiadujemy się więcej o bohaterach i ich motywacjach. Portrety psychologiczne zostają pogłębione, dziwne zachowania wytłumaczone, a nawet u niektórych postaci pojawiają się zupełnie nowe cechy charakteru. Do tego poznajemy lepiej tajemniczą kosmitkę – łasicę i zadanie, które stawia przed niewolnikami Skrata w jego imieniu, czyli przed Markiem, Staszkiem i Helą. Wątek Hanzy i związanych z nią Mariusa Kowalika i Petera Hansavritsona w końcu łączy się z głównym nurtem powieści. Rozwinięty zostaje wątek Żydówki Estery. A w zakończeniu pojawiają się nowe tajemnice i zagrożenia czekające na bohaterów.

Trochę trudno mi zrozumieć, dlaczego Andrzej Pilipiuk właśnie w ten sposób skonstruował swój cykl powieściowy. Pierwsza część nie zachęca do czytania dalej, druga lepsza, ale wciąż czegoś jej brakuje. Chyba motyw poszukiwania „Oka Jelenia” jest zbyt słabym motorem napędowym akcji. Od początku niewiele wiemy o tym przedmiocie i jego ważności (i chyba niewiele nas on obchodzi). Bardzo powoli poznajemy bohaterów. Oba tomy wydają się zbyt „rozwlekle” napisane, jakby autor tworzył jakąś epopeję. Wciąż się zastanawiam, czy nie trącę czasu, czytając kolejne części (ale im więcej przeczytanych stron, tym bardziej lubię bohaterów). Sama lektura nie jest nieprzyjemna, styl pisania łatwy w odbiorze, dużo dialogów itd. Ale do czego to wszystko prowadzi? Czy nie będę rozczarowana, gdy okaże się, że moje początkowe zastrzeżenia były słuszne i że to książki nie dla mnie? Chyba jednak skuszę się na trzeci tom. Skoro drugi był lepszy od pierwszego, to może trzeci jest jeszcze lepszy? Przy szóstym powinno być już rewelacyjnie.
A to fragment rozważań Staszka o sytuacji w jakiej się znalazł:

 

„Przypomniał sobie rozmowę z Markiem. Obaj nic w życiu nie osiągnęło. Obaj byli nieudacznikami. Aż do teraz… Przyjmijmy, że nie będzie żadnej zagłady. Że obudzi się we własnym łóżku. Wstanie i pojedzie autobusem do szkoły. Do kumpli z klasy, którzy mają go w dupie, bo nie stać go na najnowszy model komórki. Do dziewczyn lampucerek, z którymi nie da się porozmawiać o niczym ciekawym i które traktują go jak powietrze. Do nauczycieli, którzy już dawno przyczepili mu etykietkę „zdolny, ale leniwy”. Do rodziców tak zajętych swoimi sprawami, że nie pamiętają nawet, w której jest klasie. I co będzie tam robił? Siądzie w piwnicy po dziadku, rozmontuje kolejny telewizor, żeby sprawdzić, co jest w środku? A co potem? Studia, praca, gapienie się w telewizor, tym razem od strony ekranu, a nie wnętrzności…

A tu? Tu ma do wypełnienia niewykonalne zadanie. Tu ma pod opieką istotę jeszcze bardziej zagubioną niż on. Towarzyszkę życia trochę dziwną, dziką i zahukaną, ale inteligentną i sympatyczna. Tu ma kogoś, komu jest potrzebny.”

 

Takie pozytywne myśli rodzą się w głowie bohatera pod wpływem uczucia do Heli. W drugim tomie bowiem zaczyna się w końcu wątek romantyczny. Może tego było najbardziej w tej opowieści brak?

Ocena: 4+/6



poniedziałek, 16 kwietnia 2012

 

Suzanne Collins, Igrzyska śmierci

Wydawnictwo: Media Rodzina, 2011

 

„Igrzyska śmierci” będę Wam dziś polecała. Książka dostarcza bardzo dobrej rozrywki, świetnie się ją czyta i jeszcze dzięki plastycznej narracji bardzo łatwo można sobie wszystkie wydarzenia wyobrazić. A później można wybrać się do kina na film. Nie oglądałam, ale mam wielką ochotę zobaczyć.

Samą fabułę już pewnie znacie z reklam wersji kinowej. Świat przyszłości, okrutne igrzyska, na których na śmierć i życie walczą wylosowane z dwunastu dystryktów nastolatki. Też znałam przed lekturą ten zarys, a jednak byłam bardzo zaskoczona. Książka wzrusza, łapie za gardło, wyciska łzy. Poznajemy Katniss, szesnastolatkę, która nielegalnymi polowaniami próbuje zapewnić byt rodzinie. To nie ona zostaje wylosowana, a jej ukochana młodsza siostra Prim. W tej sytuacji Katniss zgłasza się na ochotnika, by ją uratować. Wydaje się, że tym czynem skazuje siebie na pewną śmierć. Zmagać się będzie przecież nie tylko ze starszymi od siebie chłopcami, ale i z osobami specjalnie szkolonymi do zabijania. Jak na ironię z  jej miasta wylosowany zostaje Peeta, który kiedyś podarował jej chleb i uratował od głodówki.

To jednak dopiero początek fascynujących zdarzeń. Wylosowani, zwani trybutami, zostają przewiezieni do stolicy, by tam pod okiem stylistów przygotować się do występu przed kamerami. Igrzyska, przypominające te ze starożytnego Rzymu, otrzymały w książce oprawę medialną rodem z BigBrothera. Twórcy nie cofną się przed niczym, żeby tylko przyciągnąć jak najwięcej widzów przed ekrany telewizorów. Poznajemy mechanizmy powstawania wielkiej produkcji telewizyjnej, które autorka zapewne podpatrzyła podczas swojej pracy w telewizji (tworzyła programy dla dzieci).

Nie chcę Wam za dużo zdradzać, żeby nie psuć przyjemności czytania. Powieść ma drobne mankamenty, ale szybko się o nich zapomina. Postacie są ciekawe, szczególnie główna bohaterka, odważna, szczera i waleczna. Fabułę napędza nie tylko pytanie, kto przeżyje i będzie zwycięzcą, ale dużo ważniejsze, kto jest przyjacielem, a kto tę przyjaźń tylko udaje. Bardzo chętnie sięgnę po następny tom tej trylogii. Mam nadzieję, że jest równie dobry. Dawno takiej powieści dla młodzieży nie czytałam, jest w niej jakiś powiew świeżości.
A tak się rozpoczyna:

 

„Gdy się budzę, czuję, że druga strona łóżka już zdążyła wystygnąć. Wyciągam rękę w poszukiwaniu Prim, ale dotykam tylko szorstkiego płótna materaca. Na pewno przyśnił się jej koszmar, więc poszła do łóżka mamy. Oczywiście, że tak. Dziś dożynki.

Podpieram się na łokciu. W pokoju jest już na tyle jasno, że je widzę. Moja młodsza siostra Prim zwinęła się jak embrion i wtuliła w mamę, przywarły do siebie policzkami. We śnie mama wygala młodziej, nadal wydaje się zmęczona, ale nie taka sterana. Prim ma twarz świeżą jak poranek i śliczną jak prymulka, na której cześć dostała imię. Mama też kiedyś była wyjątkowo piękna. Tak przynajmniej słyszałam.”



Recenzje tej książki możecie przeczytać także na blogach padmy i bookfy. Ja na koniec dodam tylko, że okładka choć nawiązuje do treści książki, nie przypadła mi do gustu.

Ocena: 5/6

 



niedziela, 15 kwietnia 2012

 

Ursula K. Le Guin, Czarnoksiężnik z Archipelagu

Wydawnictwo: Prószynski i S-ka, 2011 

 

To była moja druga próba przeczytania tej książki, tym razem udana. Zaparłam się i z trudem, czytając po dwa rozdziały dziennie, skończyłam. Ktoś mógłby zapytać, po co się tak męczyć. Uznałam, że dzieło tak znane i chwalone (nazywane wprost „arcydziełem”) będzie warte włożonego wysiłku. Styl pisania autorki zupełnie mi nie odpowiada (według mnie jest po prostu nudny), ale przesłanie powieści widoczne szczególnie w zakończeniu jest bardzo mądre i pouczające. Wniosek: czasami forma książki nie dorasta do jej treści.

Fabuła nie jest oryginalna (chociaż może w 1968, kiedy pierwszy raz ukazał się „Czarnoksiężnik z Archipelagu”, było inaczej?). Chłopiec z małej wioski uczy się jak być czarnoksiężnikiem i wykorzystywać swoją moc. Najpierw uczony jest przez czarownicę, potem czarownika, a następnie trafia do szkoły magii (wątek znany z dużo późniejszego „Harrego Pottera”, ale zupełnie inaczej opowiedziany). Nauka momentami jest trudna i żmudna. Ged przez swój charakter szybko pakuje się w poważne kłopoty, ściąga na siebie tajemniczy i śmiertelnie niebezpieczny Cień. Większość książki to ucieczka, a później poszukiwanie Cienia. To mag Ogion doradza swojemu uczniowi, żeby zawrócił:

 

„– Jeżeli będziesz szedł przed siebie, jeśli nie przerwiesz ucieczki – dokądkolwiek uciekniesz, wszędzie napotkasz niebezpieczeństwo i zło, ono bowiem cię popycha, ono wybiera dla ciebie drogę. To ty musisz wybierać. To ty musisz poszukać tego, co ciebie szuka. Musisz ścigać to, co ciebie ściga.

Ged nic nie powiedział.

– Nadałem ci imię u źródeł rzeki Ar – mówił mag – nad strumieniem, który spływa z gór do morza. Człowiek może poznać cel, do którego zmierza – ale nie potrafi go poznać, jeśli się nie odwróci, jeśli nie powróci do swego początku i nie zawrze tego początku w swoim istnieniu. Jeśli nie chce być patykiem porwanym przez wir i pochłoniętym przez prąd, musi być samym owym prądem, całym, od źródła aż do pogrążenia się w morzu. Wróciłeś na wyspę Gont, wróciłeś do mnie, Ged. Teraz zawróć już zupełnie z drogi, szukaj swego źródła i tego, co leży przed źródłem. Tam spoczywa twoja nadzieja na odzyskanie siły.”



Fragment może trochę niejasny bez znajomości całej powieści, ale zapewniam, że jeżeli dotrwacie do jej końca, to nie będziecie rozczarowani. Ja zapamiętam walkę Geda z Cieniem i to jaki miała sens. Trochę denerwowało mnie, że autorka nie pozostawia pola do interpretacji dla czytelnika, sama podaje znaczenie wydarzeń, ale z drugiej strony może sama nie umiałabym tak tego trafnie ująć jak ona. Po inne jej książki jednak już nie zamierzam sięgać, może za kilka lat.

Ocena: 4/6



piątek, 13 kwietnia 2012

 

Jarosław Grzędowicz, Pan Lodowego Ogrodu

Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2005

 

Kolejna bardzo wyczekiwana książka, którą udało mi się wypożyczyć dzięki otwarciu nowej biblioteki w Gdańsku – Biblioteki Manhattan. Oczekiwaniu towarzyszyły wielkie nadzieje na ciekawą lekturę, które niestety nie zostały do końca spełnione. Książka jest dobra, ale nie wybitna czy genialna. Nie miałam nawet zamiaru czytać kontynuacji, ale ostatnia strona pozostawia czytelnika z tak wielkim znakiem zapytania, że chyba się jednak skuszę na tom drugi.

Co jest nie tak z „Panem Lodowego Ogrodu”? To dość dziwna powieść, która rozpoczyna się jak SF, od wysłania kosmonauty na obcą planetę, a dalej toczy się rytmem znanym z fabuł fantasy, a może nawet gier RPG. Główny bohater, Vuko Drakkainen (zwany Ulf Nitj’sefni – Wilk Nocny Wędrowiec) przybywa z misją ratunkową, ma odnaleźć zaginionych dwa lata wcześniej naukowców i razem z nimi wrócić do domu albo „posprzątać bałagan”, jeżeli taki po nich pozostał. Od początku historia ma wiele wspólnego z horrorem. Drakkainen odkrywa makabryczne rzeźby zrobione z ludzi, np. jednego z poszukiwanych zamienionego w drzewo, który jednak zachował świadomość i powtarza wciąż „Kill me”. Do tego pojawia się dziwna mgła, która odbiera zmysły i inne potwory, z którymi Nocny Wędrowiec musi walczyć. Stąd moje skojarzenie z grami – bohater idzie, zabija, spotyka nowe postaci, zabija, idzie dalej i tak dalej. Świat, który poznajemy pełen jest magii i nie działa w nim żadna elektronika. Ludzie wierzą w bogów, którzy walczą między sobą i są przyczyną zła, które nagle opanowuje ich kraje. A gdzie chwalona przeze mnie umiejętność Jarosława Grzędowicza do opisywania ludzkiej psychiki i ważnych problemów? Tu złośliwie powinnam zacytować tekst z okładki, że każdy z nas odnajdzie siebie w bohaterach i „coś więcej” w tej historii. Nie wiem, jak mam się identyfikować ze zmutowanym zawodowym mordercą?

Od czwartego rozdziału, po 170 stronach, poznajemy drugiego głównego bohatera, następcę tronu, Odwróconego Żurawia, który przechodzi razem z braćmi szkolenie, by być jak najlepszym władcą. Ten wątek, mający być urozmaiceniem, jest mniej ciekawy, zbudowany jak inne opowieści o dojrzewaniu (jedyny interesujący moment to szkolenie małych zwierzątek przez książęta na trzech wyspach, które mają symbolizować ludzi i kraje). Poznajemy historię i obyczaje planety oczami jednego z jej mieszkańców, jednak jego losy toczą się zupełnie osobno od tego, co czyni Drakkainen. Domyślam się, że cały tom jest takim jakby wstępem do właściwej akcji. Niewiele się dzieje, poznajemy bohaterów i świat, kolejne fragmenty zagadki zniknięcia naukowców. Wszystko to jednak w powolnym tempie, jakby pisarz dał sobie czas i świadomie rozciągał opowieść do kilku tomów. O dziwo, czyta się szybko.

Książka zdobyła bardzo wiele nagród. Oby tom drugi był ciekawszy. A tak rozpoczyna się cześć pierwsza:

 

„Powiadali, że wyszedł wprost z fal Północnego Morza i że zrodził go ich lodowaty bezmiar, a powiła zapłodniona przez morze topielica.

Powiadali, że wyszedł z Pustkowi Trwogi, gdzie powstał jako płód czyichś nieczystych myśli, inny niż pozostałe Cienie. Inny, bo we wszystkim podobny do człowieka.

Mówili, że był synem Hinda, boga wojów, spłodzonym ze śmiertelną kobietą podczas jednej z wędrówek boga pod postacią włóczęgi po świecie.

Mówili, że zrodził go piorun, który zabił stojącą na wydmach Sikranę Słony Wiatr, córkę wielkiego żeglarza Stiginga Krzyczącego Topora. Stała samotnie podczas burzy na klifie, wypatrując na horyzoncie żagli statku swojego ukochanego. Martwa powiła płomienie i wojownika.

Mówili, że pojawił się wprost z nocy, jadąc na wielkim jak smok koniu, z jastrzębiem siedzącym na ramieniu i wilkiem biegnącym obok.

Mówili różne bzdury.

Było całkiem inaczej.

Prawda jest taka, że wypluły go gwiazdy.”

 

A Wam jak podobała się ta powieść?

Ocena: 4+/6

 

wtorek, 10 kwietnia 2012

 

Rafał Kosik, Kameleon

Wydawnictwo: Powergraph, 2008

 

Na tę książkę czekałam bardzo długo i się nie zawiodłam. Trzecia powieść Rafała Kosika jest bardzo dobra. Jest w niej wszystko, co polubiłam w poprzednich, czyli: ciekawa wizja innej planety i jej mieszkańców, zagadka sięgająca początków istnienia wykreowanego świata, ważne pytania: o wojnę, pokój, człowieczeństwo i prawo do zabijania innych, trochę polityki i spraw społecznych. A wszystko to świetnie napisane, fabuła dobrze skonstruowana, zaskakuje czytelnika. Może jedynie ilość opisów bitew i walk bym ograniczyła (ale byłoby to pewnie ze szkodą dla całości).

Historia opowiedziana została dwupłaszczyznowo, z punktu widzenia mieszkańców planety Ruthar Larcke i z punktu widzenia obserwujących ich z pokładu statku kosmicznego Ziemian, którzy przylecieli z misją ratunkową po poprzednią załogę. Bardziej tajemnicze rzeczy dzieją się w kosmosie, niestety jest ich „ilościowo” mniej. Taka podwójna perspektywa bardzo pasuje do tej powieści. Mieszkańcy planety toczą między sobą wojnę, walczą o władzę, nic nie wiedzą o przybyszach z kosmosu. Ich świat to jakby nasze średniowiecze, w którym w czasie jednego pokolenia nastąpił ogromny postęp techniczny. Na potrzeby wojny powstają pierwsze maszyny przypominające ziemskie czołgi, pociągi, karabiny itd. Jest to tym dziwniejsze, że czterysta trzynaście lat wcześniej, podczas pierwszej ziemskiej misji, były tam tylko pola żółtych organizmów. Wiele zagadek, ciekawe dyskusje bohaterów, zwroty akcji i dobre zakończenie. Czego chcieć więcej?

„Kameleon” to zdecydowanie książka, do której chce się wrócić. Przeczytać i zastanowić się nad nią jeszcze raz znając rozwiązanie i odpowiedzi na pytania stawiane w tekście. Ale nie tylko po to, by lepiej poznać fabułę. Rafał Kosik stawia pytania ważne dla każdego człowieka, prowokuje do przemyśleń. Fikcyjne światy i fabuła pozwalają nam wczuć się w nową sytuację i spojrzeć na nasz świat z oddalenia. Później jednak okazuje się, że wcale nie jest to duża odległość. Trochę tak jakbyśmy przeglądali się w krzywym zwierciadle, pewne rzeczy są wyolbrzymione, inne pomniejszone, ale sprawiają, że patrzymy na siebie z ciekawością i dokładnością. Polecam bardzo!

Rozpoczyna się tak:

 

„Noan stał, potrącany przez spieszących gdzieś ludzi, i patrzył w niebo. W gwiazdozbiorze Lisa przybyła nowa gwiazda! To nieoczekiwane odkrycie wprawiło go w takie osłupienie, że zapomniał o wszystkim wokoło. Torba wypadła mu z ręki i pacnęła o chodnik. Zadźwięczały kupione dziś gwoździe. Gwiazda była jaśniejsza od pozostałych. Nowa dziura w sferze niebieskiej, przepuszczająca blask z zaświatów. Noan obserwował niebo od kilku lat, ale nigdy nie spotkał się z pojawiającą się nagle gwiazdą.

Rozejrzał się. Światło gazowych latarni wydobywało odrapane, krzywe domki przedmieścia. Setki butów depczących bruk, stukot kół zaprzęgów, jednostajny szum rozmów. I ani jednego spojrzenia w niebo. Jakby nic się nie wydarzyło.”

 

A już jutro wybieram się na spotkanie z autorem w Empiku, w Galerii Bałtyckiej o godzinie 18 :-).

Ocena: 5/6



środa, 04 kwietnia 2012

 

Andrzej Pilipiuk, Oko jelenia. Droga do Nidaros

Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2008

 

I znowu książka Andrzeja Pilipiuka na moim blogu. Chciałam ją porzucić w połowie, czyli po 200 stronach, ale po przerwie jednak do niej wróciłam i doczytałam do końca. Okazało się, że wcale nie jest taka zła, jak na początku myślałam.

Rozpoczyna się bardzo ciekawym opisem końca świata. Chwilę przed katastrofą dwóch nauczycieli zostaje wezwanych do dyrektora i powiadomionych o zbliżającym się nieszczęściu. Informatyk Marek, lat 28, będzie jednym z głównych bohaterów. Razem z poznanym przypadkowo osiemnastolatkiem Staszkiem zgodzą się być niewolnikami kosmity, żeby tylko przeżyć zagładę Ziemi:

 

„– Ziemianie! – Staszek odezwał się ochrypłym, dudniącym głosem.

Natychmiast zorientowałem się, że to obcy w jakiś sposób przemówił, używając jego gardła.

– Czy… – zacząłem.

– Czeka was unicestwienie.

Tyle to i ja wiedziałem. Jak przekonać tego gada, żeby nas stąd wyciągnął? Skoro zabiera całe budynki, powinien mieć możliwości techniczne. Milczy. Czeka na moją odpowiedź? Nie zadał pytania. A, do diabła!

– Czy może nas pan zabrać ze sobą? – zapytałem.

– Nie, To nie jest możliwe. Mogę jednak uratować wasze istnienia, jeśli w zamian zostaniecie moimi… – zatrzymał się na chwilę, jakby szukał słowa: – niewolnikami.”

 

Na zlecenie przybysza z kosmosu zostaną przeniesieni w przeszłość, do Norwegii, do roku 1559. Tam poznają lubelską szlachciankę (mającą ok. 16 lat) pochodzącą z 1864 roku i podobnie jak oni zmuszoną do wykonania dziwnego zadania – odnalezienia tytułowego „Oka Jelenia”.

Choć początek powieści i fabuła zachęcająca, potem jest już nudno. Szesnastowieczna Norwegia, opanowana przez protestantów, którzy mordują katolików, to miejsce niebezpieczne i niezbyt ciekawe do zwiedzania dla przybyszów z przyszłości. Właściwie po przeczytaniu „Drogi do Nidaros” za żadne skarby nie chciałabym się przenieść w tamten świat. Bieda mieszkańców, marne jedzenie, niesprawiedliwe prawa. Marek niczym Robinson Cruzoe zmuszony zostaje do budowania sobie siedziby, szukania pokarmu i walki z nieznajomymi.

W połowie powieść nabiera trochę tempa za sprawą ponownego pojawienia się Staszka. Dowiadujemy się też więcej szczegółów na temat kosmitów i tajemniczej misji. Możliwe, że pierwszy tom jest przydługim wstępem naprawdę ciekawej historii. Postaram się to sprawdzić, sięgając po tom drugi – „Srebrna Łania z Visby”. Skoro sam autor uważa ten cykl za swoje szczytowe osiągnięcie, to coś w tym musi być.

Ocena: 4+/6

 

piątek, 23 marca 2012

 

Siergiej Łukjanienko, Nocny patrol

Wydawnictwo: Mag, 2007 

 

„Nocny patrol” przeczytałam tydzień temu i choć wydarzenia w nim opisane szybko ulatniają mi się z pamięci, to jednak wiem, że trafiłam na książkę wybitną. Nie trafiłam na nią sama, ale została mi ona polecona przez Wojtka, tak jak wcześniej książki Sapkowskiego, Tolkiena, Carda. Teraz do tej listy dopisuję Łukjanienkę i jestem pewna, że przeczytam jeszcze wiele jego powieści.

Co takiego niezwykłego ma w sobie „Nocny patrol”? Właściwie wszystko! Może czytaliście już książki o wampirach, wilkołakach, „innych” obdarzonych nadprzyrodzonymi mocami, o walce dobra ze złem itd. W tej książce to wszystko jest, ale jest też dużo więcej. Jest to, co najważniejsze, czyli „drugie dno”, przesłanie, coś nad czym zastanawiamy się jeszcze długo po odłożeniu książki. Kto jeszcze prócz Łukjanienki pisze dziś fantastykę z pytaniami o sens życia, naturę dobra i zła? A raczej przesiąkniętą jakimś takim bólem egzystencjalnym, czy romantycznym weltschmercem. Nie wiem, jak to nazwać. Może po prostu „manichejskie urban fantasy z rosyjską duszą” (tekst z okładki)?

Aż dziwne jest to, że książka tak naprawdę zaczęła mi się podobać dopiero po 150 stronach! Wcześniej parokrotnie powstrzymywałam się, żeby jej nie odłożyć (przecież Wojtek polecał). Myślałam, że cała powieść będzie wyglądała podobnie jak początek, czyli nocne patrole po współczesnej Moskwie, łapanie niepokornych wampirów i tak w kółko bez głębszego sensu. Jakie było moje zdziwienie, gdy dotarłam do końca księgi pierwszej. No właśnie, okazało się, że są trzy księgi (takie rozbudowane opowiadania właściwie), a nie jedna powieść. Do tego każda z części opowiada jakąś jedną historię i kończy się zaskakująco. Kończy się rozważaniami o tym, co w danej sytuacji jest dobre lub złe. O tym, co zrobiono i o tym, co trzeba było zrobić. Nie są to jakieś suche dyskusje, ale rozmowa o najważniejszych faktach z życia bohaterów, o ich losie, a raczej przeznaczeniu. A wszystkie trzy są ze sobą nierozerwalnie powiązane, w każdej następnej dowiadujemy się czegoś nowego na temat wydarzeń i bohaterów.

Chyba niewtajemniczonym powinnam podać chociaż podstawowy zarys fabuły. Głównym bohaterem jest Anton należący do Nocnego Patrolu. Anton jest „Innym”, posiada dodatkowe zdolność pozwalające mu widzieć Zmrok (taki inny świat, bez kolorów, gdzie czas płynie wolniej i jest zimniej) i się do niego przenosić. Każdy Inny może się opowiedzieć po stronie Światłości lub Ciemności. Anton wybrał bycie Jasnym i pracę w patrolu, który kontroluje Ciemnych Innych, żeby zachować świat w równowadze. Tak tłumaczy to Jegorowi:

 

„– Dobrze. w takim razie słuchaj. Prócz zwykłego ludzkiego świata, który jest dostępny twoim zmysłom, istnieje jeszcze jeden świat – świat cieni, Zmroku.

Myślał. Mimo strachu, a bal się okropnie – czułem fale dławiącego przerażenia – usiłował zrozumieć. Niektórych ludzi strach paraliżuje, innym dodaje sił.

Chciałem mieć nadzieję, ze i ja należę do tych drugich.

– Świat równoległy?

No proszę, w ruch poszła fantastyka. Dobrze, co za różnica, nazwy i tak nie mają znaczenia.

– Tak. Do tego świata mogą dostać się tylko ci, którzy posiadają nadprzyrodzone zdolności.

– Wampiry?

– Nie tylko. Są jeszcze odmieńce, wilkołaki, wiedźmy, czarni magowie… biali magowie, czarodziejki, uzdrowiciele, prorocy.

– To wszystko naprawdę istnieje?

Był spocony jak mysz. Włosy mu się zlepiły, koszula przywarła do ciała, po skroniach spływały krople potu. a jednak nadal nie odrywał oczu, szykował się do stawienia oporu. Zupełnie jakby miał na to siły…

– Tak, Jegorze. Czasem wśród ludzi zjawiają się ci, którzy umieją wchodzić w świat Zmroku. Stają wtedy po stronie Dobra lub Zła, Ciemności lub Światła. To Inni. Tak nazywamy siebie – Inni.”

 

Dużo można by tu napisać jeszcze o świecie Zmroku i Innych. Myślę, że dużo przyjemniej odkryć wszystkie tajemnice samemu, czytając książkę. A właściwie serię książek. Po „Nocnym patrolu” ukazał się „Patrol dzienny”, a po nich jeszcze „Patrol Zmroku” i „Ostatni Patrol”. Możecie się ich spodziewać na moim blogu, jak tylko je przeczytam.

Ocena: 5+/6

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Zakładki:
Moje blogi
Polecane książki:
Klasyka:
Kryminały:
Fantastyka/SF:
Horror/Thriller:
Poezja:
Dla młodzieży:
Dla dzieci:
Czytadła:
Zaproszenie :-)
Akcja - opowiadanie:
Szablon:

Facebook - profil


Skrzynka pocztowa

Napisz e-mail