wtorek, 21 lutego 2012
Wydawnictwo: Świat Książki, 2010
Tę książkę polecała na początku roku na swoim blogu bookfa. Bardzo się cieszę, że przeczytałam jej świetną recenzję i poznałam nową utalentowaną polską pisarkę. Ostatnio wśród moich lektur brakowało mi dobrej polskiej literatury obyczajowej. I oto mam teraz w planach przeczytanie pozostałych powieści Małgorzaty Wardy: „Ominąć Paryż” (2006), „Czarodziejka” (2006), „Środek lata” (2007), „Nie ma powodu, by płakać” (2008), „Dziewczynka, która widziała zbyt wiele” (2012). Sporo tego, ale mam nadzieję, że się nie zawiodę. Tematyka „Nikt nie widział, nikt nie słyszał…” – zaginięcia dzieci – wydała mi się bardzo aktualna, w kontekście poszukiwań małej Madzi z Sosnowca i rodzinnej tragedii, którą tak nagłośniły media. Spodziewałam się książki bardzo emocjonalnej i trudnej w odbiorze. Zaskoczyły mnie pierwsze rozdziały opisujące dzieciństwo Sary i Leny, a potem dorastanie dwóch kobiet: Leny w Polsce i Agnieszki we Francji. Moja uwaga skupiała się głównie na warstwie psychologicznej, bardzo interesujących portretach młodych kobiet. Temat dzieci wraca w połowie książki. Wtedy też akcja nabiera tempa. Pojawia się nowy wątek, odnaleziona po latach porwana i przetrzymywana przez psychopatę dziewczyna – Monika, której udało się uciec jest najbardziej tajemniczą z bohaterek powieści. Wszystkie trzy jednak coś łączy: trauma z dzieciństwa, problemy ze znalezieniem własnego miejsca w dorosłym życiu. Każdej przydałaby się pomoc dobrego psychologa czy psychoterapeuty. Trochę zabrakło mi dla kontrastu choć jednej postaci kobiecej, która nie byłaby emocjonalnie rozchwiana, wręcz na granicy depresji. Książka na dobre wciągnęła mnie, gdy zamieniła się trochę w powieść "detektywistyczną". Bardzo chciałam się dowiedzieć, czy któraś z bohaterek jest zaginioną Sarą i tego, co się naprawdę z nią stało. Zakończenie bardzo mnie zaskoczyło, ale jest jednym z najmocniejszych punktów powieści. Doskonale pasuje do jej przesłania, które można by ująć – „Zniknięcie dziecka zmienia życie jego bliskich na zawsze. Nawet wtedy, gdy dziecko po latach się odnajdzie (żywe lub martwe)”. W powieści są na poparcie tej tezy aż trzy dowody: historia Leny, Agnieszki i Moniki. To refleksje tej pierwszej:
Warda nie opisała, jak wyjść z trudnej życiowej sytuacji, ale za to świetnie ukazała pełny obraz życia Leny i Agnieszki, a nie tylko to, co związane z zaginięciem Sary. Umiejętnie splotła wszystkie wątki, przeszłość i teraźniejszość. Dziwi mnie tylko jedno – że tak szybko zapominam tę powieść. Zostaje mi jedynie pozytywne wrażenie z lektury (długo będę też pamiętać okładkę). Może dlatego, że niektóre motywy mniej mnie interesowały, może dlatego że raczej nie utożsamiałam się z bohaterkami. Było też coś w stylu autorki, co nie do końca mi odpowiadało (najgorzej czytało mi się pierwszy rozdział, umieściłabym go gdzieś później, może jako drugi?). Myślę, że potrzebuję przeczytać inne jej książki, żeby umieć to dokładniej nazwać i określić. Mam też prośbę, jeżeli znacie inne dobre polskie pisarki z gatunku literatury obyczajowej, to podzielcie się ze mną ich nazwiskami i tytułami najlepszych książek. Ocena: 5/6
poniedziałek, 20 lutego 2012
Wydawnictwo: W.A.B, 2006
Po „Góry Żmijowe” sięgnęłam pod wpływem spotkania autorskiego z Zygmuntem Miłoszewskim. Bardzo chciałam się przekonać, czy inne jego książki spodobają mi się bardziej niż wywołujące mieszane uczucia „Uwikłanie”. I okazało się, że tak. Mimo że wybrałam utwór będący raczej baśnią niż powieścią fantastyczną dla dzieci (tak zakwalifikowano ją w mojej bibliotece), to spędziłam bardzo miło czas. Ładnie wydana, w twardej oprawie, na dobrym papierze, z zakładką z motywem z okładki. Jedynie czarno-białe ilustracje, szkicowane ołówkiem, wydały mi się niezbyt atrakcyjne dla małych czytelników. Fabuła nie jest bardzo oryginalna, ale w przypadku baśni to żadna wada. Dobrze, że bohaterką jest dziesięcioletnia księżniczka Filomena i prawie dwunastoletni syn rybaka Eryk. Dobrze, że spotykają na swojej drodze przedziwne stwory (Żmija, wróblona, wolne skrzaty i in.) i przeżywają niezwykłe przygody, ale to nie wszystko. Świat „Gór Żmijowych” wcale nie jest taki jednoznaczny i oczywisty, jak mogłoby się po tym opisie wydawać, kryje w sobie bardzo wielką tajemnicę. Spodobała mi się pierwsza scena przedstawiająca kapryśną dziewczynkę podczas jedzenia śniadania i jej kłócących się rodziców: króla i królową. Mimo baśniowych dekoracji dialogi są bardzo realistyczne, jakby wzięte z codziennego życia:
Każdy rozdział rozpoczyna się krótkim, jednozdaniowym streszczeniem, które dobrze współgra z treścią i zachęca do dalszej lektury. Narrator w zabawny sposób zwraca się do czytelnika na tylnej okładce i w zakończeniu. Największym jednak plusem tej książki jest nieoczywistość morału. Można wyciągnąć z niej kilka nauk, ale nie są one ani nachalne ani najważniejsze. Opowieść pobudza do refleksji. Filomena łamie zasady, w które wierzą i według których żyją jej rodzice i początkowo spotyka ją za to kara, służba u Żmija. Jednak w zakończeniu królewna kolejny raz przekracza postawione sobie granice (bardzo boi się zmarłych przestępców, ale nie może patrzeć na ich cierpienie) i zmienia nie tylko swoje życie, ale i swojego strażnika, a nawet postępowanie ojca i matki wobec niej. Książka oznaczona została na tylnej okładce jako odpowiednia dla dzieci powyżej siódmego roku życia. Trochę mi się to mało wydaje, żeby zrozumieć ją w całości, ale może się mylę, to pewnie zależy od dziecka. Jeżeli macie jakieś znajome siedmio-dziewięciolatki lubiące czytać baśni, to możecie podsunąć im tę lekturę i sprawdzić. Powinna im się spodobać. Ocena: 5/6
niedziela, 19 lutego 2012
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2011
Pamiętam, kiedy po raz pierwszy miałam w rękach tomik z wierszami i piosenkami Jonasza Kofty, to było prawie 12 lat temu w mało poetyckich okolicznościach, w szpitalu. Od tamtej pory kilkakrotnie do niego wracałam, a niektóre wiersze na zawsze wryły mi się w pamięć. Bardzo się więc ucieszyłam, kiedy ujrzałam na bibliotecznej półce dwa bardzo grube tomy najnowszego i pierwszego pełnego wydania jego utworów. Przydźwigałam do domu prawie 500 stronicowy pierwszy tom, ładnie wydany, w twardej oprawie, ze zdjęciem Kofty wkomponowanym w okładkę i od razu zaczęłam czytać. Bardzo spodobał mi się krótki, kilkustronicowy wstęp Ryszarda Marka Grońskiego, który przybliżył mi sylwetkę poety. Nawet jeżeli nie czytacie wierszy, to znacie jego piosenki i teksty kabaretowe. Najpopularniejsze: „Jej portret”, „Śpiewać każdy może”, „Pamiętajcie o ogrodach”, „Kwiat jednej nocy”, „Wakacje z blondynką”, „Autobusy zapłakane deszczem”, „Samba przed rozstaniem”. Tak, to Kofta napisał je wszystkie i wiele innych, dziś już kultowych. Tom pierwszy wierszy i piosenek zebranych dzieli się na 4 części: „Jej portret. Szlagiery”, „Wygnanie z raju. Liryka miłosna”, „Femme fatale. Parodie”, „Blues – minus. Kabaret”. Zdecydowanie najbardziej podobała mi się cześć pierwsza i druga, czytanie trzeciej i czwartej było męczące. Może teksty kabaretowe nie powinny być czytane, a raczej oglądane na scenie, żeby można je było właściwie docenić? W czasie czytania zaznaczałam sobie najlepsze utwory kolorowymi samoprzylepnymi karteczkami. Wybrałam dziewięć tekstów Jonasza Kofty. Zdecydowanie najpiękniejszy jest wiersz tytułowy „Co to jest miłość”:
Teksty Kofty są wyjątkowe i chyba nie trzeba tu podawać na to żadnych argumentów. Dodam jedynie, że pozostałe moje ulubione to: „Samba przed rozstaniem”, „Śpiew ocalenia”, „Parasol nie chroni od łez”, „Wołanie Eurydyki”, „Czułość”, „Gdzie jesteś?”. Pisząc dzisiejszy tekst dużo czasu spędziłam słuchając na YouTube piosenek, do których słowa napisał Jonasz Kofta. Na zakończenie wybrałam dwa filmiki. Coś zabawnego, „Śpiewać każdy może” w wykonaniu Jerzego Stuhra:
sobota, 18 lutego 2012
Wydawnictwo: Oficyna Wydawnicza Tysiąclecia, 2011
Nie wiem, czy już powinnam pisać o tym tomiku wierszy. Przeczytałam go kilka razy, a wciąż tak mało go znam. Choć jest niewielki – 50 stron, 32 wiersze, to znaczeń w nim bardzo wiele. Myślę, że będę je odkrywała jeszcze bardzo długo i powoli, bo to utwory do których się wraca. Gdy je czytam, wciąż przypomina mi się niedawne spotkanie autorskie z Andrzejem Mestwinem i wciąż jeszcze brzmią mi w uszach recytacje Jarosława Tyrańskiego. Potwierdziły się moje pierwsze wrażenia – to wspaniała poezja, która daje czytelnikowi do myślenia. Rozważania o wierze, życiu i śmierci. Zabrakło mi jedynie wierszy o miłości, które, sadząc po jedynym o tej tematyce utworze „Miłość, śmierć i podatki”, w wykonaniu autora muszą być równie wyjątkowe. Zgadzam się z Dariuszem Wołodźko, przyjacielem poety, który powiedział, że część pierwsza tomiku, „Może i wiara”, jest najlepsza. Każdy z zamieszczonych w niej dziewięciu wierszy jest potrzebny i ważny. Styl poety wydaje się w nich najbardziej „widoczny”, indywidualny, odrębny od innych znanych mi twórców. Kolejne wersy zaskakują połączeniem codzienności (współczesności: esemesy, internet, telewizor itd.) z aluzjami literackimi (Biblia, Różewicz, „Bogurodzica”). Nastrój jest lekki, tematyka poważna. Brak interpunkcji umożliwia różnorakie interpretacje. Są wśród tych tekstów: pytania do Boga, modlitwa, zwątpienie i poszukiwanie, dyskusja, wyznanie wiary („Dobry Boże! / jeśli nawet nie wierzę w co wątpię / dziwnie mi tak bez dowodu”). Jest też badanie siebie i własnej tożsamości, nazywanie i odnajdywanie („raczej nie jestem cierpliwy / może dobry sam nie wiem”, "czas poszukać siebie"). Podmiot liryczny potrzebuje wiary, ale nie jest ona dla niego czymś łatwym i oczywistym. Mimo to Bóg jest w jakiś sposób bliski, ludzki, bo można mówić do niego i o nim, nawet gdy brakuje nadziei i miłości:
To co najbardziej mi się podoba w całym tomiku to język, jego lapidarność, treściwość, zapadające w pamięć sentencje typu: „warto czynić dobro / bez względu na wyznanie”, „klucz jest we mnie, wiara w tobie”, „wszystko co mamy jest teraz / wszystko co mamy jest tu”, „kiedyś myślałem / śmierć jest odległą krainą / można ją opuścić”, „mieliśmy być nieśmiertelni / ci co uwierzyli umarli”, „kiedy przysypiam śni mi się życie”. Andrzej Mestwin jest poetą idealnym do cytowania, fragmenty jego wierszy mają w sobie piękno całości, i są całością. Już sobie wyobrażam w przyszłości: zbiory cytatów złożone z jego myśli, opisy na gg czy Facebooka wzięte z jego wierszy, aforyzmy na murach i pomnikach. Część druga „Być gdzieś obok” momentami szokuje („głośno się wzdycha nad zwierzętami / jakby były ważniejsze / nie wiadomo od kogo / może boga kurczaków / King Konga Psa Cywila Kaczora Donalda”, „ludzie gatunek skazany na przeżucie”), momentami zdaje się bardzo osobista, dotyka tematów: inności, niezdecydowania, patriotyzmu, starości, śmierci ojca, pisania wierszy, Warszawy. Problematyka bardzo urozmaicona, poziom wierszy różny. Ton poważniejszy niż w części pierwszej. Wyróżniają się: „(Z powodu niedokończonych studiów…)”, „Solidarność”, „(Już go nie ma…)”, „Obok”:
Część ostatnia – „Pod koniec” – rozpoczyna się zaskakującym wierszem „Gust” próbującym oswoić czytelnika ze śmiercią („jeśli zginać tak nagle przypadkowo w wypadku / to tylko w eleganckiej bieliźnie”, „jeśli nie umierać / to tylko na chwilę”). Następny utwór, równie dobry, „(Kiedyś myślałem…)” to próba zmierzenia się ze strachem i przemijaniem. „Europa – choroba” to jeden z trzech wierszy, w którym pojawia się temat holokaustu, wiersz ostrzeżenie, przed wojną, zbrodniami i zacieraniem ich śladów. Składa się głównie z krótkich, dosadnych haseł: „wojna zaczyna się od pokoju”, „Bóg po naszej stronie / religia jest narzędziem / wiara milczeniem”. Wiele utworów tego poety zasługuje na bliższe poznanie, przemyślenie. Wymienię jeszcze tylko: „Los”, „Miłość, śmierć i podatki” i ostatni „(Jeśli mnie pytasz)”:
Wierszy nie sposób streścić ani opowiedzieć. I bardzo dobrze. Dlatego zachęcam Was wszystkich do przeczytania pięknego tomiku wierszy Andrzeja Mestwina – „Być może Coś innego”. Dla mnie to jest „Coś” przez wielkie „C”. I już czekam na następny.
środa, 15 lutego 2012
Wydawnictwo: W.A.B, 2010
Po tę książkę sięgałam kilka razy i odkładałam ją z powrotem na biblioteczną półkę. W końcu gdy zobaczyłam drugą część – „Ja, anielica” i wcześniejszą powieść autorki „Wilczyca”, pomyślałam, że skoro napisała już kilka książek to nie mogą być takie złe. Zaciekawiła mnie również informacja z okładki, że Katarzyna Berenika Miszczuk swoją pierwszą powieść „Wilk” (2006) napisała w wieku piętnastu lat (wydała ją jako osiemnastolatka). Przyznam, że trochę dziwnie czytało mi się książkę napisaną przez osobę tak młodą (do tego sześć lat młodszą ode mnie). Właściwie cały czas o tym myślałam. Zamiast wczuć się do końca w akcję, zastanawiałam się, co autorka ciekawego jeszcze wymyśli. Ani na chwilę nie straciłam poczucia „literackości” (czy „papierowości”, nie wiem jak to nazwać). Cały czas wiedziałam, że to tylko fikcja. A dobre książki przecież powinny przenosić nas niezauważalnie w swój świat, porywać w wir akcji. Ich bohaterowie powinni być tak prawdziwi, że bez problemu będziemy chcieli się z nimi zaprzyjaźnić lub ich „znielubimy”. Jednak czytałam dalej i czytałam z przyjemnością. Przypominało mi się „Dożywocie” Marty Kisiel. Również bardzo „literackie” (pełne nawiązań do romantyzmu, gry z konwencjami). Podczas lektury obu miałam podobne odczucia, że to jednak nie jest wielka literatura. Jednak gdy minął jakiś czas, zauważyłam, że wspominam świat powieściowy z uśmiechem, że zostały mi w pamięci nietuzinkowe i zabawne postaci. I że chętnie bym do tego świata wróciła. „Ja, diablica” oparta jest na interesującym pomyśle, zabawnych bohaterach i opowiedziana została łatwym, lekkim językiem. Jednak to raczej czytadło. Albo po prostu książka, po którą sięgniemy, żeby się odprężyć. Trzeba podchodzić do niej wyłącznie „rozrywkowo”, wtedy się nie rozczarujemy. Wiktoria Biankowska zostaje zamordowana i trafia do pokoju nr 6 w piekle, które przypomina zwyczajny urząd. Podpisuje tam umowę, w której zgadza się przyjąć posadę diablicy i targować się z aniołami o dusze zmarłych ludzi:
Książka ma ponad 400 stron jednak czytanie jej nie nuży. Myślę, że powstałaby na jej podstawie bardzo zabawna komedia. Jest w niej zagadka, zwroty akcji, niebezpieczne sytuacje. Z wielką chęcią sięgnę po kontynuację – „Ja, anielica”, a później kto wie, może nawet po kolejne książki. Autorka właśnie skończyła pisać trzecią część serii z Wiktorią pt. „Ja, potępiona”. Ocena: 5-/6
Zdecydowanie nie powinnam chorować. Teraz mam na biurku stos przeczytanych książek i sześć zaległych wpisów. Zamiast jednak narzekać biorę się do roboty, zaczynając od wywiadu z moim ulubionym polskim pisarzem SF – Rafałem Kosikiem. Można go było posłuchać i obejrzeć (pierwszy raz oglądałam stację radiową) na antenie „Czwórki” Polskiego Radia 8 lutego 2012 roku, w audycji „Stacja Kultura” prowadzonej przez Jakuba Kuklę i Katarzynę Dydo. Zapowiedź wcześniej sam pisarz umieścił na swoim blogu i profilu na Facebooku (myślę, że to świetny pomysł, żeby pisarz miał blog i profil na FB). Przy okazji zachęcam, żeby zajrzeć na stronę Rafała Kosika, są tam m. in. pisane przez niego recenzje książek, a nawet przepisy kulinarne:
czwartek, 09 lutego 2012
5 lipca 1813 roku Chawton Cottage, hrabstwo Hampshire Drodzy Moi! Widząc tak ogromne zainteresowanie moją twórczością, nie mogę już dłużej odmawiać sobie przyjemności napisania do Was. Niedawno wydałam swoją kolejną powieść. To „Duma i uprzedzenie”. Nie spodziewałam się, że książka okaże się tak wielkim przebojem literackim tegorocznej wiosny. Obecnie pracuję nad kolejną książką. Tym razem zatytułowałam ją „Mansfield Park” i planuję jej wydanie w przyszłym roku. Jak zapewne wiecie, moje powieści skupiają się gównie na egzystencji angielskiej klasy wyższej. Choć wiodę raczej odosobnione życie, mieszkając w hrabstwie Hampshire, nie pozbawia mnie to możliwości obserwacji innych. Moja niemalże pustelnicza egzystencja nie wpływa negatywnie na dramaturgię moich utworów. Najczęściej skupiam się na sprawach związanych z zamążpójściem, a także tych dotyczących problemów społecznych. Niemniej jednak mnie nigdy nie dane było wyjść za mąż i nie wierzę, że ten dzień kiedykolwiek nastąpi. Być może fakt, że swoje marzenia o wielkiej miłości przelewam na papier, sprawia, iż moich powieści nie da się tak łatwo zapomnieć. W każdej ze swoich książek starałam się, i nadal staram, jak najdokładniej oddać stan psychiki bohaterek, co powoduje, że moje powieści są czymś więcej niż tylko zwykłymi romansami. Być może właśnie dlatego sam Walter Scott wyraża się przychylnie o mojej twórczości. Czy wiecie kim jest ów nietuzinkowy dżentelmen? To pisarz, którego główną domenę stanowią powieści historyczne. Łączy on w nich realizm historyczny z fantastyką oraz tajemniczymi ludowymi legendami i wierzeniami. Bardzo cienię sobie opinię tego dżentelmena. Żyję w czasach, kiedy obowiązują pewne konwenanse. Pisanie powieści jest zarezerwowane głównie dla mężczyzn. Jak do tej pory nie wydałam jeszcze żadnej książki pod swoim prawdziwym nazwiskiem. Na razie jestem znana jako The Lady, czyli Pewna Dama. Być może dopiero po mojej śmierci ktoś zdecyduje się ujawnić moje prawdziwe nazwisko. Cztery lata temu mój brat, Edward, zaproponował mojej matce zamieszkanie Chawton Cottage, która leży niedaleko Chawton House. To bardzo miłe z jego strony, zważywszy, że dom należy do niego. Oprócz matki, jest tutaj ze mną także moja najdroższa przyjaciółka, Martha Lloyd. Jestem tutaj bardzo szczęśliwa. Żyję w otoczeniu przyrody, co pomaga mi tworzyć. Piszę do Was przede wszystkim dlatego, aby zaprosić Was do podjęcia pewnej, bardzo miłej dla mnie, inicjatywy. Aby moje książki wciąż były żywe, muszą przede wszystkim żyć w Was. Załóżcie więc „Klub Miłośników Jane Austen”. Na jego łamach piszcie nie tylko o moich, książkach, ale także i o mnie. Przybliżajcie innym moją sylwetkę. Dyskutujcie o bohaterach, zastanawiajcie się nad ich postępowaniem, twórzcie własne wersje wydarzeń. Tak jak ja, badajcie psychikę moich postaci. Do Klubu zapraszajcie wszystkich, zarówno kobiety, jak i mężczyzn. To nieprawda, że romanse są tylko dla kobiet. Wszystkim nam potrzebna jest miłość. Pamiętajcie, że dzięki temu wciąż będę żyć. Zróbcie wszystko, aby pomimo upływu lat, świat o mnie nie zapomniał. Wasza na zawsze Jane Austen
W związku z powyższym nie pozostaje nam nic innego, jak tylko spełnić życzenie Jane Austen i założyć jej upragniony Klub. W tym celu zostały już podjęte pierwsze kroki. Od dzisiaj istnieje blog, na którym wszyscy Miłośnicy Jane Austen będą mogli spotykać się i dyskutować o jej twórczości, a także o niej samej. Nie znajdziecie tu jeszcze zbyt wiele, gdyż projekt jest na razie w fazie tworzenia. W chwili obecnej Klub czeka na wszystkich, którym w jakiś sposób twórczość Jane Austen nie jest obojętna. Mogą też zgłaszać się osoby, które pragną poznać tę wyjątkową Pisarkę, a której powieści czytane są wciąż z jednakowym entuzjazmem, pomimo upływu wieków. Drzwi do Klubu otwarte są dla wszystkich. Dla kobiet i dla mężczyzn. Dla osób w każdym wieku. Bez wyjątku.
Agnieszka (krainaczytania) i Beata (felicja79)
środa, 08 lutego 2012
Pewnie większość z Was zastanawia się, kim jest Andrzej Mestwin? Po przeczytaniu tego tekstu mam nadzieję, że każdy zapamięta, że to utalentowany poeta. 7. lutego 2012 roku w bibliotece w Gdańsku (Filia Gdańska Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej, przy ul. Mariackiej 42/43) odbyła się promocja jego dwóch debiutanckich książek: „Być może Coś innego” i „Elegie Gdańskie”. Przed spotkaniem niewiele można było wyczytać o autorze w Internecie. Znalazłam jedynie krótką notatkę biograficzną i jedną recenzję z fragmentami wierszy. To jednak wystarczyło, żeby mnie zachęcić do udziału. Zdziwiłam się bardzo, bo przybyło bardzo wiele osób, organizatorzy musieli dostawiać dodatkowe krzesła, a i tak część osób siedziała na schodach. Wśród zaproszonych byli znajomi i rodzina pisarza, ale również sporo znanych osób. Publiczność przywitał pisarz Aleksander Jurewicz, wiersze czytał aktor Jarosław Tyrański, a wywiad poprowadził przyjaciel poety Dariusz Wołodźko. Na początku Aleksander Jurewicz odczytał wiersz Wisławy Szymborskiej „Nagrobek” w hołdzie zmarłej noblistce. Następnie powiedział, że „poeci odchodzą, przychodzą następni” i z humorem przedstawił bohatera wieczoru – Andrzeja Mestwina – „to ten brodaty, który dość długo był maglowany, żeby coś wydał” i plan wieczoru:
Wiersze Mestwina w interpretacji Tyrańskiego naprawdę zrobiły na mnie wrażenie. Aktor przeczytał ok. 16 utworów, czyli połowę tomiku. To wrażenie byłoby pewnie jeszcze większe, gdyby nie przerwy w czytaniu spowodowane przez spóźnionych fanów poezji, którzy co chwila wchodzili i niewyłączone telefony komórkowe, które często dawały o sobie znać. Jako pierwszy przeczytany został utwór „Wiara” (jest on również pierwszym utworem w tomiku):
Po części „recytacyjnej” nastąpiła równie ważna część „dialogowa”. Szczególnie nowi czytelnicy mogli się dowiedzieć podstawowych informacji o autorze i poznać go trochę bliżej. Pierwsze pytanie Dariusza Wołodźko dotyczyło terminu debiutu książkowego (ponad 20 lat po wydrukowaniu pierwszego wiersza w prasie – w 1990 roku na łamach „Gwiazdy morza”). „Dlaczego musieliśmy tak długo czekać?” – zapytał. „Nie byłem gotowy” – odpowiedział krótko i prosto Andrzej Mestwin i wymienił kilka faktów z historii swoich publikacji i udziału w konkursach literackich. Trzy lata temu rozpoczął szukanie nowego języka i zaczął pisanie na nowo. Drugie pytanie brzmiało: „Skąd tytuł Być może Coś nowego?” Autor długo odpowiadał na to pytanie. Przyznał, że napisał ok. 300-400 wierszy, większość w ciągu dwóch, trzech lat. ”Jakbym przez całe życie to w sobie tłumił” – tłumaczył przypływ weny. Jednak z tytułu nie jest zadowolony. Ma on pokazywać, że jest to inna propozycja poezji niż większość tomików poetów, którzy teraz piszą (technicznie dobrych, ale piszących o niczym). Chciał napisać takie wiersze, które będą związane z konkretną tematyką, która jest w nim i która go obchodzi. Interesują go trzy tematy: religia, kwestia Boga (nie wyśmiewanie się, nie żarliwość w modlitwie, raczej modlitwa sceptyczna), śmierć (zagłada, Holocaust, historia, Rwanda, Kambodża), tematy społeczne (bycie w społeczeństwie, poezja zaangażowana). Tytuł zbioru ma sugerować, że treść nie będzie tylko grą z czytelnikiem i mówieniem o sobie. Autor wspomniał, że był kiedyś pytany, dlaczego pisze modernistycznie i odpowiedział wtedy, że chce, żeby jego utwory miały powierzchnię i głębię, przesłanie i temat. Niespodziewanie w słowo autorowi wszedł Aleksander Jurewicz, który wyraził swoje zdanie na temat tego, co jest najważniejsze w twórczości Mestwina (odcięcie się od twórczości ojca). Między zaprzyjaźnionymi pisarzami doszło do dość ostrej wymiany zdań, co powtarzało się potem jeszcze kilkakrotnie. Kolejne pytania Dariusza Wołodźko dotyczyło budowy debiutanckiego tomiku i jego podziału na trzy części. „Dlaczego akurat trzy?” – zapytał. „Trójka jest dobrą liczbą, magiczną.” – odpowiedział poeta. Zapytany, jak wybierał wiersze, odparł, że oczywiście wybrał te najciekawsze, najlepsze, ale do tego musiały być jednorodne. Odrzucił np. wiersze o ojcu, te będące dyskusją z Grochowiakiem, a także nawiązujące do mitologii. Następne zagadnienie, które zostało poruszone przez pytającego, to tytuły poszczególnych części („Może i wiara”, „Być gdzieś obok”, „Pod koniec”). Pytanie: „Skąd nazwy?”, odpowiedź: „Jest to pewna sugestia tematów”. W tym miejscu ponownie wtrącił się Aleksander Jurewicz protestując przeciwko takiej tematyce w poezji i mieszaniu jej z publicystyką. Jego zdaniem poezja powinna być rozmową z nieobecnym, nieznajomym. Poety bronił m. in. Dariusz Wołodźko twierdząc, że pierwsza część tomiku jest najlepsza, a pozostałe bardzo dobre. Do dyskusji głośnymi komentarzami włączały się osoby z publiczności. Atmosfera zrobiła się gorąca. Rozmowa zeszła na tematy bezpośrednio niezwiązane z poezją (np. padło nazwisko ojca Rydzyka). Całe szczęście szybko Dariusz Wołodźko przeszedł do kolejnych pytań, tym razem o Boga i wiarę. Zapytał: „Czy Bóg powinien być socjalistą?”. Autor odpowiedział: „Bóg jest socjalistą, jest sprawiedliwy.” Kolejne pytanie: „Czy Bóg jest potrzebny?”. Andrzej Mestwin odpowiedział, że Bóg jest mu potrzebny, nie tylko do pisania wierszy: „Ja się modlę pisząc. Ale to nie ma być modlitwa na kolanach.” Następnie Wołodźko pytał o konkretne wiersze: „Ponownie ocalony” i „Obok”, prosił o ich interpretację. Fragment „królestwo z tego świata / nie bardzo do mnie pasuje” Mestwin przetłumaczył „to, co tu się dzieje nie jest do końca ważne". A drugi wiersz uznany przez przyjaciela za swój manifest rozwinął w ten sposób: „Jestem po środku. Jednocześnie wierzę i wątpię. Chcę jednocześnie wierzyć i wątpić.” W tym momencie „na scenę” znowu wkroczył Jurewicz zadając pytanie: „Kiedy jest nam potrzebny Pan Bóg?” i dzieląc się z publicznością swoimi przemyśleniami na ten temat. Miałam wrażenie, że te „wtrącenia” są nie na miejscu, bohaterem spotkania miał być przecież Andrzej Mestwin. Jednak autor mniej lub bardziej cierpliwie odpowiadał „Olkowi” (jak zwracał się do kolegi po piórze). Te odpowiedzi były bardzo ciekawe i pomimo wszystko dużo wniosły do dyskusji. Na powyższe pytanie odpowiedział, że Bóg, to „część mnie” i że „Można wierzyć wątpiąc i wątpiąc grzeszyć.” Przy okazji tematu Boga między pisarzami po raz kolejny doszło do spięcia w kwestii ojca Andrzeja Mestwina. Autor wytłumaczył zgromadzonym, że „Mestwin”, to nie jest jego nazwisko, ale drugie imię (nadane na cześć średniowiecznego gdańskiego księcia). Naprawdę poeta ma na nazwisko Fac, ale jego ojciec, również pisarz (Boleslaw Fac, 1929 – 2000) życzył sobie, by syn nie używał nazwiska, ale sam zapracował na swój sukces, na swoich przyjaciół i wrogów. Ostatnie pytania Dariusza Wołodźko dotyczyły drugiej z debiutanckich książek – „Elegii Gdańskich”. Pytanie: „Skąd pomysł na „Elegie Gdańskie?”. Odpowiedź: „Jest to hołd miastu i ludziom, którzy pisali o Gdańsku i żyli tu.” Andrzej Mestwin dodał też, że nazywa tę książkę poematem dygresyjnym, bo nie ma w niej subtelnego liryzmu tak, jak w tomiku wierszy „Być może Coś więcej”, to raczej proza. Wołodźko dopytał, czy autorowi chodziło też o wpisanie własnej mitologii rodzinnej w historię miasta. Pisarz odparł, że tak. Utwory tworzą kolaż nazwisk i miejsc, chronologicznie, od założenia miasta do dziś. Po tym wprowadzeniu w tematykę „Elegii Gdańskich” Andrzej Mestwin sam, mimo chrypki, przeczytał kilka utworów. Następnie okazało się, że jest to nie tylko jego debiut jako autora, ale również jako współwydawcy. Razem ze swoją „ukochaną”, poetką, Ewą Miłek założył wydawnictwo Oficyna Wydawnicza Tysiąclecia, w którym wydają nie tylko swoje wiersze, ale pracują już nad wydaniem poezji kolejnych autorów, m. in. Barbary Piórkowskiej (21. lutego 2012 o godz. 18 odbędzie się promocja jej tomiku „International” w tym samym miejscu, co spotkanie z Andrzejem Mestwinem). Czekają na kolejnych twórców (najlepiej „z gotówką”). Pytań czytelników było niewiele, głównie dziękowali za piękne i wzruszające wiersze. Jedno ważne pytanie o „trud tworzenia”: „Niektóre utwory były prezentowane dwa lata wcześniej, co się w nich zmieniło od tego czasu?”. Autor odpowiedział, że było za dużo elementów lirycznych w „Elegiach Gdańskich” i że nadal ich jest za dużo, mimo że redagował je, wycinał fragmenty i zmieniał. Nie jest z nich do końca zadowolony, z tomiku wierszy jest natomiast „w miarę” zadowolony. Na koniec Dariusz Wołodźko zapytał, czy będzie drugi tomik. Poeta odpowiedział, że na pewno nie w tym roku. I na tym skończyła się cześć oficjalna. Po niej można było nabyć książki Andrzeja Mestwina i poprosić o autograf, co oczywiście zrobiłam. Czytelnicy zostali też poczęstowanie lampką czerwonego wina. http://ibedeker.pl/osobowosci/andrzej-mestwin-w-filii-gdanskiej-2/
wtorek, 07 lutego 2012
Wydawnictwo: Rebis, 2005
O tej książce pisały na swoich blogach m. in.: karto_flana i Kaye. Już sam tytuł wiele mówi o jej treści i na pewno zainteresuje miłośników prozy Jane Austen. Mnie zainteresował, choć bałam się rozczarowania. Imię i nazwisko sławnego pisarza w tytule powieści wcale nie musi oznaczać, że będzie to dobra powieść. Recenzje również były niejednoznaczne. I pewnie wahałabym się jeszcze długo, gdyby nie film. Obejrzałam zwiastun, a potniej całość, która bardzo mi się spodobała. Polecam prostą i zabawną komedię romantyczną (w sam raz na zimowy wieczór) „Rozważni i romantyczni – Klub miłośników Jane Austen” z 2007 roku:
http://www.youtube.com/watch?v=X2p__Sea19E
Wiem, że lepiej jako pierwszą czytać książkę, ale nie w tym przypadku. Wydaje mi się, że wyjątkowo należy zacząć od filmu. Dlaczego? No cóż, książka ma swoje wady, które gdy mamy w pamięci film stają się znośniejsze. Chyba nie dałabym rady jej przeczytać, gdyby nie pamięć o świetnie wykreowanych przez aktorów w filmie postaciach. Albo coś jest nie tak z tłumaczeniem albo z oryginałem. Momentami coś w tekście „zgrzyta”. Niektóre wyrażenia lub całe zdania nie pasują, odrywają od płynnej lektury. Konstrukcja fabuły również jest odrobinę, jeżeli nie wadliwa, to niezbyt udana. Współczesne wydarzenia przeplatane są z tymi z przeszłości, np. z czasów liceum. Wszystko niezbyt się miejscami łączy. W filmie jest inaczej. Wydarzenia tak zostały dobrane (nawet te same, co w książce), że widz się nie nudzi. Drobne zmiany, przesunięcie niektórych scen spowodowało, że akcja nabiera tempa, jest ciekawsza, portrety bohaterów pełniejsze (bez odwoływania się do dalekiej przeszłości). Do tego w powieści narracja prowadzona jest w pierwszej osobie liczby mnogiej (bardzo dziwne) i przez cały czas zastanawiałam się, kto to wszystko opowiada. Rozpisałam się o wadach książki i różnicach w porównaniu z ekranizacją, a nie wspomniałam nic o treści ( zresztą, kto obejrzał zwiastun już i tak wszystko wie). Pięć kobiet: Jocelyn (50 lat), Bernadette (67 l.), Sylvia (50 l.), Allegra (30 l.), Prudie (28 l.) i jeden mężczyzna, Grigg (40 l.), tworzą nieformalny Klub miłośników Jane Austen. Spotykają się raz w miesiącu i omawiają jedną z jej sześciu powieści: „Emmę”, „Rozważną i romantyczną”, „Mansfield Park”, „Opactwo Northanger”, „Dumę i uprzedzenie” i „Perswazje”. Pomysłodawczynią klubu jest Jocelyn:
Widać, że ta książka zrodziła się z wielkiej fascynacji osobą i powieściami Jane Austen (na końcu znajduje się nawet „Przewodnik literacki”, czyli streszczenie wszystkich powieści Austen, opinie o nich rodziny i przyjaciół pisarki, a także krytyków i pisarzy na przestrzeni dwustu lat, są też ciekawe „Pytania do roztrząsania” zadane przez postaci stworzone przez Fowler). Każdy rozdział powieści to nie tylko dyskusja o jej książkach, ale i jakaś próba nawiązania do ich treści. Każde z sześciorga bohaterów ma własne problemy i radości, które dotyczą głównie miłości i bycia (lub nie) w związkach. Każde z nich ma inne życiowe doświadczenie: Sylvię 32 lata po ślubie opuścił mąż dla kochanki, Jocelyn i Grigg żyją samotnie, Allegra jest lesbijką i wciąż się zakochuje, a Bernadette miała w swym życiu wielu mężów. Myślę, że Karen Fowler miała świetny pomysł i że miłośnikom Jane Austen jej książka się spodoba. Przy okazji może, tak jak ja, zechcą wrócić do prozy dziewiętnastowiecznej angielskiej pisarki. Nawet przyszedł mi przy okazji czytania pewien pomysł do głowy. Czy nie miło byłoby założyć Blogowy Klub Miłośników Jane Austen? Wystarczy 6 chętnych osób i dyskusja raz w miesiącu na jednym z blogów o jednej powieści Jane Austen. Ja już wypożyczyłam „Emmę”. Co o tym myślicie? Jeżeli nie będzie chętnych to sama zamierzam przeczytać nie tylko „Emmę”, ale i pozostałe nieznane mi utwory: „Mansfield Park” i „Perswazje”. Jeżeli ktoś chciałby podjąć wyzwanie i przyłączyć się do niego, to serdecznie zapraszam! Ocena: 5-/6
poniedziałek, 06 lutego 2012
Wydawnictwo: Fabryka Słów, wyd. II - 2009, wyd. I - 2006
Po świetnym „Diable na wieży” (2005) nie mogłam się doczekać przeczytania kolejnych książek Anny Kańtoch. Jako następne udało mi się wypożyczyć „Miasto w zieleni i błękicie” (2004) i bardzo się rozczarowałam. Nie byłam w stanie go przeczytać, zupełnie mnie nie wciągnęło, mimo że z wywiadów z autorką wiedziałam, że akcja powieści toczy się w tym samym świecie, co opowiadania, tylko sto lat później. Trochę z obawą sięgnęłam po „Zabawki diabła” (2006), drugi tom przygód Domenica Jordana. Zdążyłam już zapomnieć, co podobało mi się w części pierwszej, ale szybko sobie przypomniałam. Od pierwszego opowiadania z wielkim zaciekawieniem śledziłam wydarzenia, które działy się bardzo szybko, bez żadnych momentów przestoju czy dłużyzn. Świetnie skonstruowane i przemyślane zagadki nie pozwalały mi odłożyć książki przez długi czas. Dokładnie tyle, ile zajmuje przeczytanie czterech opowiadań. Niestety piąte jest zupełnie nieudane, a szóste, ostatnie, jedynie średnie. Jednak całość oceniam bardzo pozytywnie. Świetnie koresponduje z częścią pierwszą. Na początku dowiadujemy się jak wyglądało dzieciństwo Domenica, poznajemy jego starszego brata – Linusa, kuzynkę – Alais i brutalnego ojca. Właściwie to cofamy się w przeszłość, by poznać odpowiedź na pytanie, co ukształtowało i na zawsze zmieniło jego życie. Mroczna tajemnica, ledwie wspomniana w pierwszym tomie, w drugim w końcu wychodzi na jaw i uzupełnia portret niezwykłego detektywa badającego zjawiska z pogranicza świata realnego i świata magii, duchów i potworów. Później wracamy do momentu, w którym skończył się tom pierwszy, Jordan wraca do domu, w którym wszystko jest już inne, a bliskie osoby zmieniły się nie do poznania:
Opowiadania są miedzy sobą bardziej lub mniej powiązane przez postaci i wydarzenia. W zakończeniu w zaskakując sposób wydarzenia zazębiają się ze sobą, przez co jest jeszcze ciekawiej. Bohaterowie są świetnie wykreowani, nawet ci drugoplanowi posiadają charakterystyczne rysy, głębię i swoje tajemnice. Ten rys psychologiczny podoba mi się w opowiadaniach Kańtoch najbardziej, obok wątków kryminalnych, które wymyślone są po mistrzowsku. Na okładce nazwano „Zabawki diabła”: „Z archiwum X”, ale „w świecie powozów i naftowych lamp”, Domenica Jordana – Sherlockiem Holmesem „w świecie, w którym sprawcami zbrodni mogą być duchy nieczyste”, a mrok i atmosferę tajemnicy porównano do tych z dzieł Edgara Allana Poe. Trochę za dużo tych porównań. Dla mnie opowiadania Anny Kańtoch są ciekawsze od tych pisanych przez Edgara Allana Poe, kosmici w nich nie występują, więc „Z archiwum X” to nie jest, a każdego detektywa na dobrą sprawę porównuje się do Sherlocka Holmesa, choć on był wyjątkowy i takie porównanie nie ma sensu. Według mnie Anna Kantoch stworzyła oryginalny świat i bohatera. Wchodząc do tego świata nigdy nie wiemy, czego się spodziewać. Zaskakują nas „święci” obdarzający ludzi różnymi mocami w zamian za okaleczenia lub pod wpływem kaprysu (a to jeszcze nie cała prawda o ich naturze), do tego biskup, który niekonwencjonalnymi metodami stara się wprowadzać spokój i porządek, a korzysta przy tym nie tylko z pomocy Domenica, ale i czarownicy. Podczas czytania opowiadań odwiedzamy zamek, w którym wychowywał się Domenic i poznajemy nie tylko jego brata i ojca (opowiadanie „Mandracourt”), ale także „świętego”/demona związanego z rodziną („Strażnik Nocy”), małe miasteczko Sent Chely, gdzie mieszka bratanica Jordana, a małe dzieci podejrzanie często znikają („Cień w słońcu”), szpital wariatów, w którym wydarzył się „cud” – posagi zaczęły płakać krwawymi łzami („Ciernie”), miejscowość Mirabel podczas wielkiego karnawału, w której mieszka obciążony wieloma wadami dziedzicznymi ród Dairesów („Karnawał we krwi”), a na koniec przenosimy się do stolicy – Alestry, gdzie Domenic ma do rozwiązania aż trzy zagadki morderstwa w ramach zakładu ze swoim studentem (tytułowe „Zabawki diabła”). „Zabawki diabła” to zdecydowanie bardzo dobra książka. Łatwo się takie poznaje, bo gdy tylko je otwieramy i zaczynamy czytać, wszystko inne „znika” i przestaje być ważne. Czas płynie błyskawicznie, a my tego nie zauważamy. Jeżeli akurat jest noc, to z trudem odrywamy się i idziemy spać, albo i nie. Ciekawa jestem, czy będą kolejne tomy z przygodami Domenica Jordana. Mam nadzieję, że tak i że będą tak samo inteligentnie i zabawnie opisane. Ocena: 5-/6
sobota, 04 lutego 2012
Wczoraj na swoim blogu zaczytania podała sensacyjną wiadomość o powrocie Wiedźmina w nowej książce, ja ją dziś przeczytałam (wiadomość, nie książkę) i podaję dalej. W telefonicznym wywiadzie na antenie Radia Gdańsk 20 stycznia 2012 roku padły takie oto słowa:
|
Archiwum
Zakładki:
Moje blogi
Polecane książki:
Kryminały:
Fantastyka/SF:
Horror/Thriller:
Poezja:
Dla dzieci i młodzieży:
Czytadła:
Zaproszenie :-)
Akcja - opowiadanie:
Blogi o książkach:
Szablon:
Tagi
Facebook - profil
Skrzynka pocztowa
Ostatnio przeczytane:
|