blog o wartościowych książkach
czwartek, 16 maja 2013



Dostałam bardzo dobrą propozycję od Onet.pl i przeniosłam cały blog (wpisy+komentarze) na platformę blog.pl. Serdecznie Was zapraszam pod nowy adres:


Co warto czytać? Blog o wartościowych ksiażkach
http://cowartoczytac.blog.pl/


Mam nadzieję, że będziemy się tam często spotykali.

Od dziś znajdziecie mnie również w zakładce "Znani blogują" (zabawne, prawda?) i w kategorii "Kultura i sztuka":
http://www.blog.pl/znani
http://www.blog.pl/znani/Kultura-i-sztuka
A link do mojej recenzji książki Jimmy'ego Liao pt. "Księżyc zapomniał" od rana jest na stronie głównej Onetu i generuje kosmiczne liczby odwiedzin.

To się pochwaliłam.

Czy mogę liczyć na to, że nadal będziecie czytać mój blog? To dla mnie bardzo ważne.

 

PS Na nowym blogu jest już nowa recenzja:
http://cowartoczytac.blog.pl/2013/05/17/grazyna-jagielska-milosc-z-kamienia/

niedziela, 12 maja 2013

 

Autor przekładu: Katarzyna Sarek

Jimmy Liao, Księżyc zapomniał

Wydawnictwo: Officyna, 2012, egzemplarz recenzencki

 

Drugie spotkanie z twórczością Jimmy'ego Liao było równie niesamowite jak pierwsze (kiedy czytałam „Dźwięki kolorów”). Od razu zauważyłam pewne różnice i mnóstwo podobieństw. „Księżyc zapomniał” to dwie opowieści, jedna schowana w drugiej. Dzieci dostrzegą historię chłopca, który pewnego dnia odnalazł na łące księżyc, zabrał go do domu i się z nim zaprzyjaźnił. Dorośli dostrzegą na pierwszych stronach pana, który „wypadł” z balkonu i na końcu książki... (chyba nie chcecie już teraz wiedzieć, co było na końcu?). Chłopiec i mężczyzna, co ich łączy?

Książek Jimmy'ego Liao nie da się opowiedzieć, bo to nie tylko słowa, ale i obrazy, kolory, emocje i poezja. Ważne jest i czarne tło z białymi napisami co kilka stron, ważne są również szczegóły „ukryte” na poszczególnych obrazkach. Dużo jest kartek bez tekstu. Często na twarzy czytelnika gości uśmiech. Jednak siłą tej opowieści jest pokazanie różnych stron życia: jasnych i ciemnych. Jest więc strach przed końcem świata, rozpacz, łzy, samotność. Jest przyjaźń, współczucie, pomoc innym. Księżyc ratuje chłopca, chłopiec ratuje świat, a mężczyzna... Tego, mam nadzieję, dowiecie się sami.

W centrum wydarzeń (oprócz księżyca) jest dziecko. Autor pokazuje życie chłopca w domu i w szkole. Nowa przyjaźń jest źródłem odosobnienia wśród rówieśników, problemów z nauczycielami. W rodzinie również nie wszystko jest w porządku, ojciec daleko, mama nie ma czasu i płacze. Gdzieś w tle czai się niebezpieczeństwo. Ciekawym elementem są wielkie postaci zwierząt, z jednej strony budzą niepokój, z drugiej zdają się jedynie obserwować i czuwać nad sytuacją. Są tym, co niewidzialne na pierwszy rzut oka i niepoznawalne, ale stale obecne.

„Księżyc zapomniał” kończy dedykacja „Odważnie dorastającym dzieciom”. Jednak to nie jest tylko bajka dla dzieci. Jimmy Liao tworzy dzieła wymykające się prostym klasyfikacjom. Lubię je za wieloznaczność, za to, że można do nich wracać i wciąż odkrywać coś nowego. Lubię je za prostotę i głębię, za radość i refleksje, za nadzieję, którą przynoszą. To jedne z najcenniejszych skarbów w moim domowym księgozbiorze.

Ocena: 6/6



PS Przypominam o konkursie, w którym można wygrać „Dźwięki kolorów” Jimmy'ego Liao:
http://cowartoprzeczytac.blox.pl/2013/05/Konkurs-8222Dzwieki-kolorow8221-z-lodzka-Officyna.html

 

czwartek, 09 maja 2013

 

Arthur Conan Doyle, Dolina strachu

Wydawnictwo: REA, wyd. III – 2012, wyd. I – 2011

 

Po „Psie Baskerville'ów” „Dolina strachu” trochę mnie rozczarowała. Arthur Conan Doyle wraca w niej do swojej ulubionej dwuczęściowej formy utworu: najpierw zbrodnia i złapanie sprawcy, później wyjaśnienie wydarzeń sprzed lat, które były jej przyczyną. W efekcie otrzymujemy więc dwie dość krótkie historie (po około pięćdziesiąt stron w moim wydaniu) powiązane osobą jednego z bohaterów. Do tego obie są dość proste do rozszyfrowania.

Najbardziej zaskoczył mnie początek. Sherlock Holmes opowiada doktorowi Watsonowi o profesorze Moriartym:


„– […] Największy intrygant wszech czasów, organizujący iście diabelskie sztuczki, mózg kontrolujący całe podziemie przestępcze, który mógłby decydować o losach całych narodów, taki jest właśnie nasz człowiek. A jednak cały czas pozostaje w cieniu! […] Czyż nie jest słynnym autorem „Dynamiki asteroidy”, książki wznoszącej się na takie wyżyny czystej matematycznej abstrakcji, że mówi się, że nie ma człowieka, który byłby w stanie napisać jej recenzję dla prasy? Czy to jest człowiek, którego można znieważać?”



Kto czytał najpierw „Ostatnią zagadkę” również będzie zdziwiony. Niestety wydarzenia opisane w „Dolinie strachu” są wcześniejsze. Prozę Doyle'a trudno czytać chronologicznie.

Część pierwsza „Doliny strachu” to „Tragedia w Brilstone”. W swoim domu zamordowany zostaje John Douglas. Wcześniej Sherlock dostaje zaszyfrowany list od podwładnego profesora Moriaty'ego z ostrzeżeniem o niebezpieczeństwie grożącym Douglasowi, ale nie ma szans zapobiec tragedii. Razem z inspektorem Macdonaldem ze Scotland Yardu i doktorem Watsonem wyjeżdża obejrzeć miejsce zbrodni i wyjaśnić sprawę.

Część druga to „Wykonawcy wyroków”. Jej akcja dzieje się dwadzieścia lat wcześniej, w Ameryce. Głównym bohaterem jest John McMurdo, członek loży masońskiej ukrywający się w dolinie Vermissy, fałszerz i morderca. Co może łączyć go z morderstwem w Brilstone?

Obie historie bardzo się różnią, postaciami, miejscem, atmosferą, fabułą. Pierwsza dużo bardziej przypadła mi do gustu. Zamknięte miejsce zbrodni (dwór otoczony fosą, z mostem podnoszonym na noc), mała liczba świadków (żona, przyjaciel, służba), sprzeczne dowody – to wszystko ułatwia Sherlockowi dojście do prawdy za pomocą dedukcji. Druga przez swój sensacyjny charakter, odpychającego bohatera i liczne morderstwa dokonywane przez zorganizowanych przestępców podobała mi się dużo mniej.

Jestem ciekawa, jakie jeszcze niespodzianki przygotował Arthur Conan Doyle w dwóch następnych książkach („Księdze przypadków Sherlocka Holmesa” i „Ostatnim ukłonie”) dla miłośników przygód Sherlocka Holmesa. Na razie zrobię sobie przerwę od jego utworów (mam bardzo dużo innych interesujących lektur), ale na pewno za jakiś czas do nich wrócę.

Ocena: 5-/6

 

piątek, 03 maja 2013

 

Autor przekładu: Ernest Dyczek, Marek Feliks Nowak

Thomas Bernhard, Kalkwerk

Wydawnictwo: Officyna, wyd. II – 2010, egzemplarz recenzencki

 

Trudna, skomplikowana, ambitna – tak piszą o „Kalkwerk” liczni czytelnicy. I możliwe, że ta powieść taka jest. Ale dla mnie to była naprawdę przyjemna lektura. Oryginalna, intrygująca, dająca do myślenia. I ten język, styl, forma! Rewelacja!

Początek czytałam kilka razy na stronie wydawnictwa i pomyślałam, że coś jest z nim nie tak. Jak każdy akapit może zaczynać się wielokropkiem? Jak zdania mogą być tak zawiłe i niegramatyczne?

 

...gdy Konrad pięć i pół roku temu kupił Kalkwerk, pierwszym nabytkiem był fortepian, który polecił wstawić do swojego pokoju na pierwszym piętrze, mówi się u Laski, ale nie z zamiłowania do sztuki, to Wieser, administrator Mussnerowskich posiadłości, lecz dla uspokojenia nerwów, nadwerężonych trwającą dziesięciolecia pracą myślową, to Fro, administrator Trattnerowskich posiadłości, ze sztuką, której on, Konrad, nienawidził, jego gra na fortepianie nie miała zgoła nic wspólnego, improwizował, to Fro, i, to Wieser, dyletancił codziennie o bardzo wczesnej i bardzo późnej porze na instrumencie przy otwartych oknach i włączonym metronomie...”



Pierwsze wrażenie jest mylne. Ten fragment ma sens, choć może nie widać go od razu.

Konrad zabija żonę – to sytuacja wyjściowa. Choć nie jest to kryminał, podczas czytania wciąż towarzyszy nam pytanie: „Dlaczego?”. Teorii jest kilka, żadna nie zostanie potwierdzona. Nie ma co liczyć na wyjaśnienia. Narratorem jest agent ubezpieczeniowy, który podpisując z klientami umowy zbiera rozmaite plotki i świadectwa na temat zbrodni i zbrodniarza. Choć narracja jest trzecioosobowa przypomina strumień świadomości i zdaje się być miejscami niekończącym się monologiem jednej osoby. Akapity szybko zanikają. Tekst „ciągnie się” ze strony na stronę, nic go nie zatrzymuje (nie ma rozdziałów, dialogów).

Tematy podejmowane przez Thomasa Bernharda są tak zajmujące, że przyjęta przez niego forma wypowiedzi nie tylko nie męczy, ale świetnie do nich pasuje. Konrad ma obsesje na punkcie pisania. Twierdzi, że w głowie ma już gotowe studium „O słuchu”. Codziennie próbuje je zapisać i nie może. Męczy siebie i męczy swoją żonę eksperymentami ze słuchem. Czy jest geniuszem czy wariatem? Naukowcem czy sadystą? Ile można poświecić w imię nauki (i sztuki)? Zamknięty w swojej posiadłości (tytułowy Kalkwerk) początkowo ma wielkie nadzieje, że spokój i odosobnienie pomogą mu w pracy twórczej. Z czasem pozbywa się złudzeń. Samotność, niespełnienie, brak zrozumienia – o tym jest ta książka. Ale nie tylko. Szerzej: jest o sensie życia.

Świetne posłowie napisał Karol Franczak. Nosi ono wymowny tytuł „Kartka zostaje pusta”. Można się z niego dowiedzieć nie tylko więcej o „Kalkwerku”, ale i o pozostałej, bogatej, twórczości Bernharda. A także o roli, jaką ma w niej do odegrania czytelnik:

 

Rolą odbiorcy miało być rozpoznanie miejsca dezintegracji, rozpadu, kryzysu oraz próba dokonania ponownej reintegracji i rekonstrukcji.”



Innymi słowy autor nie daje gotowych odpowiedzi, musimy odnaleźć je samodzielnie. Bardzo lubię i wysoko cenię takie wieloznaczne utwory.

Ocena: 5+/6

 

wtorek, 30 kwietnia 2013

 

 Autor przekładu: Janina Zawisza-Krasucka 

Lucy Maud Montgomery, Ania na uniwersytecie

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia, 1998

 

Ten tom jest inny od dwóch poprzednich. Ania jest inna. Już nie popełnia zabawnych błędów, nie pakuje się w kłopoty, które kończą się odnalezieniem bratniej duszy. W jej sercu pełno jest obaw o przyszłość, o studia. Początkowo akcja toczy się powoli, bez szczególnych wydarzeń. Dopiero potem nabiera tempa i rumieńców. Oświadczyny następują jedne po drugich. Kandydatów do ręki panny Shirley jest wielu. Gilbert… Tego Wam nie zdradzę.

Brakowało mi w tej części nowych postaci. Co prawda pojawia się Iza Gordon, piękna i roztrzepana studentka, która zostaje przyjaciółką Ani, pojawia się także „książę z bajki” Robert Gardner, a także Janina Sweet, ale to trochę mało. Do tego o samym studiowaniu w tamtych czasach niestety nie można się z tej powieści wiele dowiedzieć. Młodzi ludzie uczą się, zdają egzaminy, ale same przedmioty, które poznają wspomniane są zaledwie kilka razy (może dla ówczesnych czytelników i autorki te sprawy były zbyt oczywiste?).

Ciekawy jest natomiast wątek literacki, Ania wraca do pisania i stara się o wydanie swoich opowiadań. Rad dotyczących pisania udziela jej pan Harrison (tu tylko kilka przykładowych, jest ich więcej):

 

„– Wyrzuć te wszystkie kwieciste ustępy – rzekł stanowczo. [...]

W ogóle cała akcja nie powinna się rozgrywać w żadnym mieście, bo ty przecież zasadniczo życia miejskiego zupełnie nie znasz. Powinno się to dziać chociażby w Avonlea. Mogłaś zmienić nazwę miejscowości, żeby uniknąć podejrzeń pani Linde, iż to ona właśnie jest główną bohaterką.

Tego uczynić nie mogłam – broniła się Ania. – Avonlea jest dla mnie najdroższym zakątkiem na świecie, ale zbyt mało posiada romantyzmu, aby być tłem noweli.

Moja droga, ileż to tragedii życiowych rozegrało się właśnie tutaj! – zawołał szorstko pan Harrison. – Twoi bohaterowie nie sprawiają wrażenia ludzi żyjących. Przede wszystkim zbyt dużo mówią i wyrażają się trochę górnolotnie.”



Są one aktualne do dziś i wszystkie stosowała w swojej prozie z powodzeniem sama autorka.

Najbardziej podobał mi się sposób, w jaki przedstawiona została w tej powieści miłość. Główna bohaterka wyobraża ją sobie jako coś tak wspaniałego, idealnego, że aż niemożliwego do osiągnięcia w prawdziwym życiu. Odrzuca kolejne oświadczyny, niszczy przyjaźń, zakochuje się, błądzi coraz bardziej, by w końcu odnaleźć siebie i prawdziwe uczucie (dalekie od jej wyobrażeń). Historii miłosnych w tym tomie jest więcej, każda z jakimś głębszym przesłaniem.

A już niedługo w ramach naszego wyzwania „Czytamy Anię” sięgnę po kolejny tom jej przygód: „Anię z Szumiących Topoli”.

Ocena: 5/6



Serdecznie zapraszam do przyłączenia się do naszego czytelniczego wyzwania:



Czytamy Anię!

http://czytamyanie.blox.pl

 

niedziela, 28 kwietnia 2013



Gdańskie Spotkania Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu”

www.odnalezionewtlumaczeniu.pl

 

Trzeci dzień Gdańskich Spotkań Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu” był równie wyjątkowy, jak pierwszy (drugi niestety opuściłam). Działo się naprawdę sporo i nie sposób wszystkiego opisać. Całe szczęście nagrania będzie można obejrzeć na stronie organizatora, Instytutu Kultury Miejskiej, na YouTube. To wiele godzin oglądania, ja chciałabym napisać o najciekawszych moim zdaniem kwestiach, które zostały wczoraj (27 kwietnia 2013 roku) poruszone.

Mimo że „Odnalezione w tłumaczeniu” to spotkania tłumaczy poświęcone przekładowi literackiemu, ja nastawiona byłam głównie na spotkania z pisarzami i rozmowy o literaturze. Okazało się, że nie można mówić o jednym bez drugiego. A najmniej mnie interesujący panel dyskusyjny „Sytuacja tłumaczy literatury w Polsce. Czy w Szwecji jest podobnie?” okazał się najważniejszym!

W czwartek, podczas rozpoczęcia Spotkań, panowała podniosła, radosna, wręcz świąteczna atmosfera. W sobotę było inaczej. Część osób podkreślała, że zaczynają się powtarzać, że tyle zostało już powiedziane, że nie sposób powiedzieć czegoś nowego. Kluczowa okazała się wypowiedź Jerzego Jarniewicza (o piśmie „Literatura na Świecie”, o którym nikt wcześniej nie wspominał), która rozpoczęła może nie kłótnię, ale niezbyt przyjemną wymianę zdań. Sytuacja zrobiła się napięta. Nie wszystko zostało powiedziane wprost, wiele zostało między słowami. Jak na dłoni widać było podział środowiska tłumaczy literackich, choć same przyczyny podziału nie są dla mnie do końca jasne. Dyskusja zakończyła się jednak pozytywnym pomysłem Sławomira Paszkieta, by zorganizować spotkanie przedstawicieli różnych związków zrzeszających tłumaczy literackich przy okrągłym stole/przy szwedzkim stole i zastanowić się, jak wspólnie działać.

 

1. Pisarze podróżujący i osiadli - tłumacze rzeczywistości

Szczepan Twardoch, Grażyna Plebanek, Joanna Bator
Moderator: Anna Dziewit-Meller

Szczepan Twardoch, Grażyna Plebanek, Joanna Bator, Anna Dziewit-Meller

fot. Piotr Połoczanski, archiwum IKM

 
Myślałam, że najciekawszy będzie punkt pierwszy programu, rozmowa Anny Dziewit-Meller z pisarzami: Joanną Bator, Grażyną Plebanek i Szczepanem Twardochem, ale został mi po niej wielki niedosyt. „Pisarze podróżujący czy osiadli – tłumacze rzeczywistości” to był dość szeroki temat. Goście opowiedzieli trochę o sobie i swoim życiu, mniej o twórczości. Pojawiło się pytanie z sali, dlaczego nie ma dziś pisarzy, jak Bolesław Prus, którzy potrafiliby opisać współczesność. Każdy z autorów odpowiedział na nie inaczej. Szczepan Twardoch uważa, że „nie rozpoznaliśmy jeszcze formy społecznej, w której żyjemy”, nie znamy swojego świata, nie jest tak, że artyści mogą ją poznać i wytłumaczyć. Joanna Bator powiedziała o upadku wielkiej narracji, którą zastąpiły małe opowieści, fragmentaryczne, np. Michała Witkowskiego, Olgi Tokarczuk, Daniela Odiji i dodała, że odzwierciedlanie czy upiększanie świata w książkach nie ma sensu, ważne jest mierzenie się z rzeczywistością. Grażyna Plebanek z kolei odpowiedziała, porównując literaturę do życia, w którym są etapy, które się kończą, XIX wiek się skończył, zmieniło się nasze myślenie. Bardzo żałuję, że każdy z tych twórców nie został zaproszony na osobne spotkanie (szczególnie Joanna Bator), na którym mógłby powiedzieć więcej.

 

2. Koszmar złych tłumaczeń. Krytyka przekładu w Polsce.

Michał Chaciński, Jacek Dehnel, Justyna Sobolewska, Anna Topczewska
Moderator: Anna Dziewit–Meller

Michał Chaciński, Jacek Dehnel, Justyna Sobolewska, Anna Topczewska, Anna Dziewit-Meller

fot. Piotr Połoczanski, archiwum IKM

 
„Koszmar złych tłumaczeń. Krytyka przekładu w Polsce” to był panel, z którego dowiedziałam się dużo o życiu tłumacza. Uczestnicy przedstawili wiele zabawnych i pouczających anegdotek. Jacek Dehnel przypomniał swoją znaną recenzję przekładu „Obcego dziecka” Alana Hollinghursta i najbardziej rażące w nim błędy. Anna Topczewska opowiedziała o swoich nieprzyjemnych doświadczeniach z wydawcami: wydaniu książki bez korekty autorskiej, zrezygnowaniu z jej usług z powodów finansowych, zakończeniu współpracy, bo przekład był za dobry, na zbyt wysokim poziomie (chodziło o tłumaczenie norweskich romansów, które robiła pod pseudonimem). Michał Chaciński mówił o „zbrodni zbiorowej”, za zły przekład jego zdaniem odpowiedzialny jest nie tylko tłumacz, ale również redaktor i wydawca. Justyna Sobolewska zastanawiała się, czy ze złej książki da się zrobić dobre tłumaczenie, na co Anna Topczewska odparła, że da się zrobić może nie dobrą literaturę, ale dobre rzemiosło.

 

3. Sytuacja tłumaczy literatury w Polsce. Czy w Szwecji jest podobnie?

Sławomir Paszkiet, Justyna Czechowska, Stefan Ingvarsson, Jerzy Jarniewicz
Moderator: Katarzyna Tubylewicz

Sławomir Paszkiet, Justyna Czechowska, Stefan Ingvarsson, Jerzy Jarniewicz, Katarzyna Tubylewicz

fot. Dominik Werner, archiwum IKM

 
O wypowiedzi Jerzego Jarniewicz, która padła podczas dyskusji o sytuacji tłumaczy w Polsce i jej konsekwencjach już pisałam. Podtytuł tego panelu brzmiał: „Czy w Szwecji jest podobnie?” i teraz na ten temat chciałabym dodać parę słów. Jak można było się spodziewać okazało się, że w Szwecji jest dużo lepiej niż w Polsce. Stefan Ingvarsson powiedział, że tłumacze literatury mają silny związek zawodowy, który wywalczył dla nich stawki minimalne i standardową umowę z wydawcą, zapewnia również pomoc prawną i stypendia dożywotnie (do siedemdziesiątego roku życia). Biblioteki wypożyczają książki za darmo, ale rekompensują tłumaczom zyski z praw autorskich w postaci funduszu, z którego część pieniędzy otrzymuje autor, część związek. Jakie to mądre rozwiązanie. Niestety, jak przyznała Justyna Czechowska, modelu szwedzkiego nie da się tak po prostu skopiować u nas (bo ani tłumacze, ani wydawcy nie są odpowiednio zrzeszeni i nie mają przedstawicieli, którzy mogliby się spotkać i coś ustalić).

 

4. Tłumaczyć poezję

Tadeusz Dąbrowski, Dariusz Suska, Irena Grönberg, Julia Fiedorczuk
Moderator: Agnieszka Wolny-Hamkało

Tadeusz Dąbrowski, Dariusz Suska, Irena Grönberg, Julia Fiedorczuk, Agnieszka Wolny-Hamkało

fot. Dominik Werner, archiwum IKM

 
Do dyskusji „Tłumaczyć poezję” byłam nastawiona trochę sceptycznie (uważam, że poezji nie da się przetłumaczyć), ale była bardzo ciekawa. Dariusz Suska powiedział, że poezja to kontakt osobisty, „piszemy po to, żeby się skontaktować”, on boi się kontaktu, dlatego pisze książki. Tadeusz Dąbrowski trafnie porównał tłumaczenie poezji do zabawy w głuchy telefon. Julia Fiedorczuk nie boi się oddania swoich wierszy w inne ręce, nie uważa ich za rzecz skończoną. Irena Gr
önberg powiedziała, że przystępując do pracy tłumacz musi się najpierw zastanowić, gdzie w wierszu jest poezja i przyznała, że dla niej najtrudniejsze do przełożenia są rymy. Z kolei Dariusz Suska nie pisałby poezji, gdyby nie było rymów. Ciekawie mówił również o tym, że „wiersz jest rzeczą przedjęzykową”, kieruje nas do dzieciństwa, do czasu, kiedy nie było języka. Wtórował mu Tadeusz Dąbrowski: „Nie wierzę, że poetyckość jest wytworem języka, sytuuje się na obrzeżach tekstów lub poza nimi”.



Podstawowe przesłanie, które płynie z Gdańskich Spotkań Tłumaczy Literatury można by streścić w jednym zdaniu: „Tłumacz jest drugim autorem”. Postaram się o tym pamiętać i na blogu zawsze już odtąd będę wymieniała autora przekładu omawianej książki. Nie będę oceniała jego pracy, bo nie mam odpowiednich kompetencji, ale będę przypominać sobie w trakcie lektury, że nie czytam oryginału, który może być zupełnie inny od przekładu.


Na koniec przytoczę „zagadkę” opowiedzianą przez Jerzego Jarniewicza. Kto jest autorem słów: „Źle się dzieje w państwie duńskim”? Nie! Nie Shakespeare. On nie znał polskiego! W „Hamlecie” napisał: „Something is rotten in the state of Denmark.” i to zdanie zostało w każdym z polskich przekładów przetłumaczone w inny sposób. Natomiast autor tłumaczenia, które weszło do powszechnego użytku, stało się popularnym powiedzeniem, jest anonimowy.

 

PS Część pierwszą mojej relacji znajdziecie tutaj:
http://cowartoprzeczytac.blox.pl/2013/04/Gdanskie-Spotkania-Tlumaczy-Literatury.html

 

sobota, 27 kwietnia 2013

 

Autor przekładu: Maciej Świerkocki

 Robert Graves, Król Jezus

Wydawnictwo: Officyna, wyd. II – 2012, egzemplarz recenzencki

 

Mój tekst zawiera liczne spoilery. Polecam najpierw przeczytać powieść.

Bardzo dobra powieść. Zastanawiam się do jakiego gatunku ją zaliczyć. Powszechnie pisze się o niej jako o powieści historycznej (postaci historyczne, wydarzenia, tło). Mi bardziej jednak kojarzy się z tzw. retellingiem i historią alternatywną (wydarzenia fantastyczne też się w niej znalazły: przepowiadanie przyszłości, czytanie w myślach, cudowne uzdrowienia, wyrzucanie demonów, wskrzeszenie, zmartwychwstanie). Z jednej strony Robert Graves pokazuje Jezusa jako wnuka Heroda, syna Antypatra i prawowitego króla Żydów, z drugiej przytacza wszystkie najważniejsze wydarzenia z Nowego Testamentu (poza tymi mówiącymi o Jezusie jako Bogu i Synu Boga). To niezwykłe połączenie.

Czytałam i byłam coraz bardziej zaskoczona. Spodziewałam się zupełnie realistycznej historii, zdroworozsądkowej, wykluczającej cuda i wszystko, czego nie da się dotknąć i zobaczyć. Autor poszedł jednak w zupełnie przeciwną stronę. Napisał swoją wersję życia Jezusa nie tyle zmieniając fakty, ile tłumacząc je po swojemu. Posłaniec Antypatra, Gabriel – zamiast anioła Gabriela, dziewictwo Marii po urodzeniu Jezusa jako fakt potwierdzony przez akuszerkę (i przyjęty przez Heroda, bo „Zdarzyło się już kilka podobnych przypadków”), trzech uczonych Żydów zamiast trzech króli, lecz z tymi samymi darami: złotem, kadzidłem, mirrą. Jedną z ciekawszych zmian było wytłumaczenie cudu w Kanie Galilejskiej. Jezus nie przemienił wody w wino, a jedynie udawał, że woda to wino, co podchwycili inni uczestnicy uczty. Natomiast zupełnie nieprawdopodobne wydało mi się karmienie tysięcy głodnych i zmęczonych ludzi wyimaginowanym chlebem i rybą (zamiast cudu rozmnożenia chleba).

Jezus Roberta Gravesa nie je mięsa i nie pije wina, żyje w celibacie i boi się kobiet. To fragment jego rozmowy z żoną, Marią, siostrą Łazarza:

 

„– Nie gniewaj się na swoją służebnicę, lecz sprawiedliwie odpowiedz na jej sprawiedliwe pytanie, albowiem ma prawo je zadać.

Jezus westchnął i odwracając wzrok od jej odkrytej twarzy powiedział: – Józef, syn Jochanana z Jerozolimy mądrze nakazał, by nie przedłużać rozmowy z kobietą. Mędrcy zaś powiadają, że dotyczy to nawet własnej żony. Dlatego też twierdzą, że zawsze, kiedy człowiek łamie ów zakaz, czyni sobie zło, odchodzi od Prawa i ostatecznie dziedziczy Piekło.

Jak to? – spytała Maria. – Czy wszystkie kobiety są złe? Dlaczego więc ożeniłeś się ze mną?

Nie wszystkie kobiety są złe, albowiem Bóg nasz stworzył kobietę na towarzyszkę mężczyzny. Jednak słusznie powiada się, że mężczyzna ma się do kobiety jak rozum do zmysłów, jak góra do dołu, jak prawica do lewicy, jak to, co Boskie, do tego, co człowiecze.

A jednak, panie mój, czym jest rozum, kiedy odłączy się go od zmysłów cielesnych? A czy wyższe piętro może stać, jeśli nie wspiera się na niższej kondygnacji? Czy osioł może stać jedynie na dwóch bocznych nogach? Czy Bóg nasz cieszyłby się czcią na ziemi, jeśliby nie wielbili go ludzie? Rozkaż swojej służebnicy, aby towarzyszyła ci w twych wędrówkach, a będzie ci posłuszna.

Wielce zakłopotany Jezus wstał i wyszedł.”



Maria chce mieć z Jezusem dziecko, on jednak odmawia. Jego życiowym celem jest pokonanie Niewiasty (rozumianej jako pogańska bogini, groźniejsza niż diabeł i sprzeciwiająca się Bogu, ale też jako symbol zmysłowości, seksualności, a po części też po prostu jako kobieta). Pomysł ten nie jest nowy, autor zaczerpnął go z apokryficznej Ewangelii Egipcjan (i dał jako motto powieści). Jezus jest symbolicznym drugim Adamem, Maria (jego żona i siostra Łazarza) to druga Ewa, która swoją prośbą (o wskrzeszenie brata) przyczynia się do jego upadku. Ten wątek (i jego antykobieca wymowa) podobał mi się najmniej.

„Król Jezus” składa się z trzech części. Pierwsza (najlepsza) obejmuje okres od narodzin Marii (matki Jezusa) do ucieczki do Egiptu, druga to dzieciństwo, dojrzewanie i dorosłość Jezusa, trzecia: działalność publiczna Jezusa aż do śmierci. Narratorem jest Agabus Dekapolitańczyk (żyjący pod koniec pierwszego wieku naszej ery), który w pierwszym rozdziale przedstawia siebie i sektę znaną jako „chrestiańscy poganie”. Największe „pole do popisu” miał autor, opisując najmniej znane fragmenty życiorysu Jezusa, zapełniając białe plamy. Na przykład rewelacyjna jest scena w świątyni, kiedy Zachariaszowi wydaje się, że widzi Boga (wrażenie robi wyjaśnienie „cudu”). Jeżeli chodzi o postaci drugoplanowe, to obok Marii, siostry Łazarza, bardzo ciekawie przedstawiony został Judasz (jako najwierniejszy uczeń, jedyny, który rozumie zamierzenia swojego mistrza) oraz Poncjusz Piłat („Był dowcipny, śmiały, chciwy i pozbawiony jakichkolwiek zasad.”). Mało wiarygodnie przedstawieni zostali apostołowie, ślepo wykonują polecenia (gdy nagle Jezus wbrew wcześniejszym zwyczajom każe im pić wino i jeść mięso – piją i jedzą: „Uczniowie poczuli, jak gdyby spadł im z serca wielki ciężar. Nie musieli już dłużej udawać przed sobą, że są w duchu bardziej pobożni, niż są.”).

Rozpisałam się, a jeszcze o tylu rzeczach nie napisałam. Chyba pozostawię ten tekst taki niedokończony. Jako luźny zbiór refleksji. „Król Jezus” zaprasza czytelnika do przemyślenia Nowego Testamentu. Jednocześnie jest jakby jego wielką parafrazą. Co świadczy dla mnie o podziwie autora dla tego tekstu i dla tego bohatera „Naśladownictwo jest największą pochwałą”.

Ocena: 5/6

 

piątek, 26 kwietnia 2013



Odnalezione w tłumaczeniu

www.odnalezionewtlumaczeniu.pl



Wczoraj (25 kwietnia 2013 roku) rozpoczęło się w Gdańsku (w Dworze Artusa) święto tłumaczy, pisarzy i czytelników, konferencja „Odnalezione w tłumaczeniu”. O trzech punktach programu, w których wzięłam udział, chciałabym Wam pokrótce opowiedzieć.

 
1. Wszystko o kobietach
Rozmowa z gościem specjalnym Spotkań, szwedzką powieściopisarką, Majgull Axelsson
Prowadzący – Justyna Sobolewska, Maciej Robert
Tłumacz – Stefan Ingvarsson

Stefan Ingvarsson, Majgull Axelsson, Justyna Sobolewska, Maciej Robert

fot. Piotr Połoczanski, archiwum IKM


Pytania Justyny Sobolewskiej i Macieja Roberta dotyczyły głównie najnowszej powieści pisarki pt. „Pępowina” i poruszonej w niej tematyki. Majgull Axelsson opowiedziała o okolicznościach powstania książki – jej syn wyprowadził się z domu i poczuła się zwolniona z roli matki; o tytule – po szwedzku dosłownie oznacza „pasję matki”, moment, kiedy matka spotyka spojrzenie dziecka po porodzie i wie, że stanie się rodzicem przyniesie jej szczęście i cierpienie; o problematyce (macierzyństwo) – „Nie wiem, czy dostarczam rozwiązań, zadaję dużo pytań”, jej zdaniem nie ma idealnych rodziców („Nie chciałabym być dzieckiem idealnych rodziców”), najważniejsze to przeciąć pępowinę („Jeżeli nie przetniemy pępowiny, umiera i matka, i dziecko”), nie możemy od siebie wymagać więcej niż refleksji, co było dobre w wychowaniu, a co złe; o celu pisania – „Pisząc książki, poznaję siebie”.

W trakcie rozmowy poruszono również temat: systemu klasowego i sytuacji kobiet w Szwecji, szwedzkich przekleństw („Mamy całą masę przekleństw, głownie kojarzą się z piekłem i diabłem, mało jest związanych z płciowością”) i realizmu magicznego („Elementy magiczne zawsze pojawiają się w moich książkach”). Zapytana o kolejną powieść: „Czy (tak, jak dotychczasowe) będzie przejściem przez piekło?”, pisarka odparła krótko: „Tak”.

 
Cytat do zapamiętania i przemyślenia:
„W świecie zamieszkałym przez szczęśliwych literatura wymarłaby śmiercią głodową.”

 
2. Niewidzialna ręka. Tłumacz i jego poeta

Rozmowa Magdaleny Heydel z Adamem Zagajewskim i jego szwedzkim tłumaczem, Andersem Bodegårdem

Magdalena Heydel, Adam Zagajewski, Anders Bodegård

fot. Piotr Połoczanski, archiwum IKM


Prowadząca spotkanie na początku wyraźnie zaznaczyła, że to osoba tłumacza będzie dziś w centrum uwagi. Do niego też skierowała pierwsze pytanie: „Jak to jest być tłumaczem?”. Anders Bodegård odparł, że tłumaczenie jest niemożliwe, ale potrzebne, jednocześnie proste, „Przekładanie to intensywne czytanie”, można je porównać do gwałtu, tłumacz jest złodziejem, ale jest i dobroczyńcą. W tym momencie włączył się do rozmowy Adam Zagajewski i powiedział, że tłumacz jest przede wszystkim filantropem i że oni z Andersem zostali przyjaciółmi dzięki poezji, co jego zdaniem dowodzi, że poezja nie jest antymiędzyludzka czy autystyczna, jak twierdzą badacze w USA, przeciwstawiając poezji powieść (za Bachtinem). Przyjaźń zakłada zaufanie, kontynuował, spokojne założenie, że przyjaciel nie zrobi mi krzywdy.

Magdalena Heydel chciała wiedzieć, skąd bierze się zaufanie do tłumacza, czy z czytania przekładów, czy może z słuchania opinii czytelników. Poeta wyjaśnił, że to złożona kwestia zahaczająca o to, czym jest poezja. Nazwał ją wyrwaniem się z czasu historycznego i przyrównał do muzyki. Przyznał, że sondował osobowość Bodegårda i zauważył, że są trochę do siebie podobni. Nie rozmawiają na tematy teoretyczne, ale obaj są wrażliwi na muzykę i poezję. Tłumacz powiedział, że poezję Adama Zagajewskiego czyta chętnie i dość dobrze rozumie, dlatego nie czuje żadnych trudności, przekładając ją (ma przywilej dokonywania wyboru, które utwory przełoży). Zdradził też, jak pracuje nad uzyskaniem efektu muzyczności – czyta na głos, nagrywa, potem słucha nagrania, imituje jak najbardziej oryginał, liczy sylaby, słowa („Próbuję brzmieć jak Adam, tylko po szwedzku”).

Jako ostatnia została poruszona kwestia pisania po polsku: „Co to znaczy pisać po polsku?”. Zagajewski odpowiedział, że to nie kwestia wyboru, język jest dziedzictwem, słodkim i gorzkim, są w nim echa Kochanowskiego i echa niewoli, to nie tylko kwestia zdolności lingwistycznych. Przytoczył słowa Milosza, który twierdził, że pisze po polsku, bo to język dzieciństwa, język pierwszych objawień. Użył też angielskiego powiedzenia, mówiąc, że być Polakiem to „mixed blessing” (mieszane błogosławieństwo). „Poezję piszę nie dla Polaków, tylko dla ludzi” - podsumował. Najlepszą (niezapomnianą) częścią tego spotkania było czytanie wierszy przez poetę i jego tłumacza.

 
3. Pisarz, który jest tłumaczem. Tłumacz, który jest pisarzem. Czy te role da się łączyć?

Marek Bieńczyk, Zbigniew Kruszyński, Jacek Dehnel, Julia Fiedorczuk
Moderator: Grzegorz Jankowicz

Marek Bieńczyk, Zbigniew Kruszyński, Jacek Dehnel, Julia Fiedorczuk, Grzegorz Jankowicz

fot. Piotr Połoczanski, archiwum IKM

 
Grzegorz Jankowicz dla każdego z gości przeznaczył jedno pytanie (o konflikt między pisaniem, a tłumaczeniem) i około trzynaście i pół minuty. Pozostał więc pewien niedosyt.

Marek Bieńczyk odpowiedział, że jako tłumacz nie czuje konfliktu, gdy siada do tłumaczenia, chce być profesjonalny, takie jest założenie, a potem dzieją się różne zdarzenia. Opowiadał o swoich doświadczeniach z przekładaniem twórczości Milana Kundery, pisarza „przejrzystego z założenia” (o tym, jak poprosił go o możliwość zmiany „słyszą krzyk fal” na „słyszą huk fal”, krzyk wydał mu się być na granicy kiczu) i Emila Ciorana, który pisał przyjemnie i mądrze, bardziej przyjemnie niż mądrze (i „trzeba włączyć własne namiętności dla niektórych słów, żeby było przyjemnie”). Podzielił się również wrażeniami z bycia tłumaczonym autorem. Powiedział, że to tragedia, nie można się zgodzić na nic, przekład to zawsze jest ciało obce.

Julia Fiedorczuk najpierw opowiedziała o swoim doktoracie i Laurze Riding, niszowej poetce amerykańskiej zawiązanej z awangardą lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku, której rola była jednocześnie istotna i marginalna. Riding miała program totalny, chciała zrewolucjonizować poezję/język/słowa, bo uważała, że to niezwykle ważny element ludzkiej egzystencji (jeśli moglibyśmy zmienić swój stosunek do słów, wszystko by się zmieniło, twierdziła, zmiany miały dokonać kobiety). Fiedorczuk początkowo nastawiona sceptycznie, później zakochała się w poezji Riding, stała się jej wierna i przekładowi poświeciła około siedmiu lat pracy. Zrezygnowanie z roli autorki na rzecz roli tłumaczki przychodzi jej łatwo, nie jest przywiązana do swoich ról/tożsamości językowych (krytyczki, nauczyciela językowego, poetki, matki).

Jacek Dehnel przyznał, że czuje się niepełnowartościowym tłumaczem, dyletantem (bez specjalistycznych studiów, bez zamieszkiwania w innym kraju, innej kulturze) i dlatego dba o dobrych redaktorów i krytyków przed publikacją, by wyłapywali kompromitujące pomyłki. Jako poeta, pisarz ma większą pewność. Z reguły tłumaczy wiersze zrytmizowane i rymowane, to jego szczególna umiejętność, w której bycie poetą bardzo pomaga, bo można ją wyćwiczyć przez praktykę. Dla Dehnela tłumacz idealny powinien przypominać medium w seansie spirytystycznym, cudzemu głosowi oddać swoje gardło. Tłumaczenie jest wysiłkiem skromności i zrezygnowaniem z siebie, powiedział.

Zbigniew Kruszyński mówił moim zdaniem najciekawiej. Jemu trudno jest łączyć pisanie z tłumaczeniem, tłumaczy pod pseudonimem. Jasno wyjaśnił, czym różni się przekład od dzieła literackiego. Jego zdaniem, jak się pisze, to raz, a dobrze (niezależnie od stopnia grafomanii). Literatura to tekst, którego nie da się powiedzieć inaczej. Natomiast w tłumaczeniu nic nie jest powiedziane raz, a dobrze, wszystko da się powiedzieć inaczej. Przekład to „katalog poprawek”. Kruszyński nie wierzy we współpracę pisarza z tłumaczem, powinna być niemal zabroniona, twierdzi, bo pisarze kłamią, plączą się w zeznaniach, w odpowiedzi na pytania piszą nowe powieści.

 

Pierwszy dzień konferencji był bogaty, inspirujący, momentami zachwycający. Będziecie mogli się o tym przekonać osobiście, bo zapisy spotkań mają być dostępne na YouTube na stronie organizatora, Instytutu Kultury Miejskiej:
www.youtube.com/ikmgdansk

 

Organizatorom bardzo serdecznie dziękuję za zdjęcia!


PS Część drugą mojej relacji znajdziecie tutaj:
http://cowartoprzeczytac.blox.pl/2013/04/Gdanskie-Spotkania-Tlumaczy-Literatury-1.html

 

czwartek, 25 kwietnia 2013



Może nad morze z książką

 
Już wiadomo, że rozmowy o książkach i blogach książkowych z szumem morza w tle będą miały miejsce 13 lipca.

Ta data odpowiadała większości chętnych.

Zjemy coś pysznego, powdychamy jod i wymienimy się książkami.

Wakacyjne spotkanie odbędzie się w Sopocie.

Serdecznie zapraszamy wszystkich tych blogerów książkowych i aktywnych komentatorów blogów, którzy już wyrazili ochotę przybycia, jak i tych, którzy się jeszcze nie podjęli decyzji. Naprawdę warto wyrwać się z ulubionego fotela na letni weekend do Sopotu.

Zapewniamy piękny widok na Bałtyk, szum i zapach morza, oraz piasek w butach.

Wszyscy przywozimy ze sobą dobry humor i książki na wymianę. Jedną, lub więcej.

Ile książek przywieziesz ze sobą, tyle samo ilościowo zabierzesz do domu.

Będzie to wspaniała okazja poznać się wreszcie osobiście, porozmawiać o książkach i blogach książkowych.

Miejscem akcji będzie Sopot, 13 lipca 2013 w godzinach popołudniowo-wieczornych.

Do 30 czerwca czekamy na ostateczne zgłoszenia. Kolejna informacja o miejscu i dokładnej godzinie spotkania ukaże się na blogu w pierwszym tygodniu lipca.

Wszystkich chętnych prosimy o zgłaszanie się pod wpisem lub na adres mejlowy lipcowysopot@wp.pl. Tych, którzy zgłosili się już wcześniej, kiedy data nie była ustalona prosimy o potwierdzenie zgłoszenia.

Serdecznie zapraszamy

felicja (www.cowartoprzeczytac.blox.pl) i bookfa (www.bookfa.blox.pl)

 

środa, 24 kwietnia 2013

 

Autor przekładu: Katarzyna Sarek

Jimmy Liao, Dźwięki kolorów

Wydawnictwo: Officyna, 2012, egzemplarz recenzencki

 

W tym miejscu powinno być kilkanaście wykrzykników. Wyobraźcie je sobie. Albo inaczej. Po co macie je sobie wyobrażać. Oto one:

wykrzykniki

Nie wiem, jak inaczej oznaczyć tę genialną książkę na moim blogu tak, by nikt jej nie przegapił.

Nie wiem też, jak o niej napisać. Zacznę więc może od moich wrażeń. Pierwsze, gdy zobaczyłam fragmenty książki na stronie wydawnictwa, nie było pozytywne. Przekonała mnie dopiero recenzja Książkówki. Obawiałam się, że to książka dla dzieci, w której tekst nie ma wielkiego znaczenia (jest go niewiele, po jednym zdaniu na stronę, dwie). Ilustracje początkowo mi się nie spodobały. Jimmy Liao ma bardzo charakterystyczny sposób rysowania, który teraz uwielbiam i rozpoznałabym wszędzie, ale nie była to „miłość od pierwszego wejrzenia”.

Kiedy przyszła paczka z wydawnictwa Officyna (bardzo miła paczka: cztery egzemplarze recenzenckie czterech bardzo różnych książek, trzy już przeczytałam i niedługo o nich napiszę), wszystko się zmieniło. Właściwie od momentu, gdy wzięłam „Dźwięki kolorów” do rąk i przeczytałam kilka pierwszych stron już wiedziałam. Autor trafił prosto w moje serce. Dzieło dedykowane „Poetom”, samo w sobie jest poezją. Od cytatu z wiersza Wisławy Szymborskiej (zwróćcie uwagę: tajwański rysownik cytuje polską poetkę), przez poetyckie ilustracje i zdania, aż do kończącego i podsumowującego fabułę utworu Rainera Marii Rilkego pt. „Ślepa”. Interpretacja tekstu i obrazu zależy od czytelnika (tak, jak zawsze, ale tu wyjątkowo). Od jego spostrzegawczości, wrażliwości i wiedzy. Jakie było moje zaskoczenie, gdy w jednym z wagoników metra zauważyłam Wilka i Czerwonego Kapturka, a zaraz potem na stronie obok: Dorotkę, Lwa, Blaszanego Drwala i Stracha na Wróble z „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”. Zaraz zaczęłam szukać kolejnych, nieprzypadkowych odniesień. Kiedy przyjrzeć się ilustracjom dokładniej, widać na nich „poukrywane” elementy i dodatkowe znaczenia. Kolejne strony łączą się z sobą w zaskakujący sposób. Znajdziemy karocę z Kopciuszka, znajdziemy też nawiązanie do obrazu Paula Gauguina Skąd przyszliśmy? Kim jesteśmy? Dokąd idziemy?”. Znajdziemy świat baśni i wyobraźni, po którym naszą przewodniczką będzie piętnastoletnia niewidoma dziewczyna. Ona pokaże nam... Pewnie każdemu z nas pokaże coś innego. Jeżeli tylko wyruszymy z nią w drogę pewną linią metra.

„Dźwięki kolorów” to książka, którą można postawić obok najlepszych, najcenniejszych, najpiękniejszych, najbardziej wartościowych, np. obok "Małego księcia" Antoine'a de Saint-Exupery'ego. Cudowna jest nie tylko treść i forma, ale i sposób wydania. Przypomina album z reprodukcjami (format: 205x240), aż chce się go wciąż trzymać w rękach i oglądać!

Żałuję tylko jednego, nigdy nie będę mogła przeczytać lirycznych wersów Jimmy'ego Liao w oryginale (po chińsku nie czytam, a nie wierzę w to, że poezję da się przetłumaczyć).

Ocena: 6/6

 

PS Dobra wiadomość jest taka, że dzięki wydawnictwu Officyna "Dźwięki kolorów" można wygrać w kolejnym konkursie na moim blogu:
http://cowartoprzeczytac.blox.pl/2013/05/Konkurs-8222Dzwieki-kolorow8221-z-lodzka-Officyna.html

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21
Zakładki:
Powieści polskie:
Powieści obce:
Klasyka:
Opowiadania:
Kryminały:
Fantastyka:
Thrillery/Horrory:
Poezja:
Biografie:
Dla młodzieży:
Dla dzieci:
Reportaż:
Różne:
Spotkania autorskie:
Blogi pisarzy:
Blogi o książkach:
Piękne grafiki:
Szablon:
Spisy:
Tagi


Ostatnio przeczytane:

Jimmy Liao
Księżyc zapomniał


Arthur Conan Doyle
Dolina strachu


Thomas Bernhard
Kalkwerk


Lucy Maud Montgomery
Ania na uniwersytecie


Robert Graves
Król Jezus





Nagroda literacka:





Zaproszenia:










www.bono35.iportfolio.pl





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...